Sport

Nie do złamania

Kilka dni po tym, jak zwycięsko finalizował Ryder Cup w Nowym Jorku, Robert MacIntyre udał się do ojczyzny, z marszu zwyciężając w kolebce golfa w St Andrews.

Szkot z trofeum na kultowym Swilcan Bridge na Old Course. Fot. Facebook Alfred Dunhill Links Championship

Nie było mu łatwo podczas Ryder Cup, rozgrywanego w tym roku na amerykańskim polu Bethpage Black. Zresztą nie tylko jemu. Cała europejska drużyna spotkała się z delikatnie mówiąc mało gościnnym przyjęciem. Po polu fruwały przekleństwa, gracze byli obrażani, okrzyki bardzo często pojawiały się w trakcie uderzeń. To nie tak, że pierwszy raz w historii amerykańska publika zachowywała się dość niestosownie, jednak to, co działo się pod koniec września na Bethpage, było niesłychane. „Ulubieńcami” Amerykanów byli przede wszystkim Rory McIlroy, Shane Lowry i właśnie 29-letni Szkot, Robert MacIntyre. Rory obrywał za to, że jest legendą europejskiego golfa, filarem drużyny i jej liderem. Czepiano się wszystkiego, czego można się przyczepić, nie oszczędzając jego małżeństwa i spraw prywatnych. Doszło nawet do tego, że w stronę „Rorsa” poleciała puszka z piwem, która nie dotarła  do zamierzonego celu, trafiając przypadkiem w jego żonę – Ericę Stoll. Shane i Bob obrywali mało wybrednymi uwagami dotyczącymi ich może nieco mniej atletycznych sylwetek niż wyobrażenia amerykańskich fanów golfa.

„Złamas” się odgryzł

Mimo obelg, normalnie niespotykanych na arenach golfowych, nie do wyobrażenia również podczas rozgrywek Ryder Cup w Europie, MacIntyre, podobnie jak jego europejscy koledzy, nakręcał się jeszcze bardziej. Chciał się odgryźć i „odwdzięczyć” dobrą grą. Nie zawsze było to możliwe, zdarzało się, że kibole osiągali zamierzony efekt. Bob przegrał swój pierwszy mecz, kiedy wraz z Viktorem Hovlandem nie dali rady parze Patrick Cantlay i Xander Schauffele w piątkowym porannym meczu foursomes. Na tę pierwszą porażkę młodego Szkota w Ryder Cup niemały wpływ miał właśnie jakiś oszołomiony krzykacz. Z wyniku 3 DOWN na siedem dołków przed końcem meczu Europejczycy odrobili straty i wyrównali z Xanderem i Patrickiem, próbując dać swojej drużynie czyste zwycięstwo w pierwszej sesji, po tym jak zespół Luke'a Donalda objął prowadzenie 3-0 po trzech pierwszych meczach. MacIntyre, który jako pierwszy uderzał na krótkiej siedemnastce, musiał przerwać w pół zamachu, kiedy ktoś stojący blisko trybuny za tee wykrzyknął coś mało pochlebnego. Policjant stanowy ochraniający zawodników ruszył do akcji, ludzie na trybunie wskazali winowajcę, jednak ostatecznie nie podjęto żadnych działań. Szkot zagrał do bunkra, co doprowadziło do tego, że Europejczycy przegrali dołek. Po chwili przegrali również na osiemnastce, kończąc z wynikiem 2 DOWN, chwilę wcześniej mając zwycięstwo w zasięgu wzroku. Kiedy Bob zbliżał się na start siedemnastki, inny widz wrzasnął: „Dobry strzał MacIntyre, ty złamasie!”. „Trzeba się tego spodziewać” – powiedział później Robert, który dwa lata temu, w wygranym 16,5-11,5 Ryder Cup w Rzymie był niepokonany w trzech meczach jako debiutant. „Tak to jest, kiedy bar otwiera się o 9.30 i docieramy na miejsce. Rozczarowujące, ale powinienem był lepiej sobie poradzić, lepiej to rozegrać i uderzyć lepiej”. Przerwał tamto uderzenie, w międzyczasie zerwał się lekki wiatr i zmieniły się warunki. Powinien zmienić kij, ale tego nie zrobił: „To był jeden z tych przypadków. Kiedy zmieniasz kij, dostajesz jeszcze więcej obelg od publiczności, ale to po prostu część tej gry, to część tegorocznego Pucharu Rydera, tak sądzę. Chłopaki przed nami spisali się jednak znakomicie, więc jeśli będziemy wygrywać kolejne sesje, jesteśmy w dobrej sytuacji”. Sponiewierany odkuł się już przy kolejnej okazji, wygrywając swój drugi mecz foursomes, kiedy on i Hovland pokonali Russella Henleya i najlepszego obecnie golfistę świata - Scottie'ego Schefflera. Na koniec Bobby zremisował pojedynek z Samem Burnsem, którym przypieczętował rezultat 45. Ryder Cup na 15-13.

Z Nowego Jorku do St Andrews

Nie było wyboru. Po kilku dniach europejskiej fety Szkot po prostu musiał polecieć na rozpoczynający się już w czwartek Alfred Dunhill Links Championship. Ojczyzna wzywała, kibice czekali! Normalnie turniej ten przez trzy pierwsze rundy rozgrywany jest równolegle na trzech fantastycznych polach: kolebce golfa - Old Course St Andrews, Carnoustie Golf Links i Kingsbarns Golf Links, w niedzielę przenosząc się już tylko na Old Course. Tym razem z powodu potężnych zawirowań pogodowych, niemal huraganowego i lodowatego wiatru oraz sążnistych opadów deszczu, organizatorzy zmuszeni zostali do skrócenia rywalizacji do trzech rund – z niedzielnym finałem, toczącym się wciąż na trzech różnych polach. W Szkocji w zasadzie odbywały się dwa równoległe turnieje – w jednym z nich rywalizowali zawodowcy, a w drugim dwuosobowe zespoły, złożone z zawodowca i amatora. Wśród gwiazd turnieju pro-am walczących w tej brutalnej szkockiej pogodzie, znaleźli się w tym roku chociażby: Michael Douglas, Andy Murray, a okrągły dziesiąty występ zaliczył Billy Murray. Spośród zwycięskiej drużyny europejskiej z Bethpage, oprócz Boba pojawili się też Matt Fitzpatrick, Tyrrell Hatton – który zapewnił Europie wygraną - i Tommy Fleetwood, zdobywający w Nowym Jorku najwięcej punktów.

90 minut niepewności

Mimo naprawdę szalonej pogody Robert MacIntyre zdołał w tych niemożliwych wręcz warunkach rozegrać trzy niesamowite rundy 66, wygrywając z przewagą czterech uderzeń przed Tyrrellem i pięciu przed Anglikiem Johnem Parrym oraz reprezentantem RPA – Richardem Sternem. W niedzielę grał akurat na najłatwiejszym z trzech pól – na The Old Course, z wynikiem -12 współprowadząc razem ze Sternem po 36 dołkach. W ostatni dzień wystartował jak z procy, notując sześć birdie na pierwszych trzynastu dołkach i wysuwając się na pięć uderzeń przewagi. Numer dziewięć w rankingu światowym zaliczył następnie birdie na szesnastce i bogeya na siedemnastce, po czym musiał zadowolić się parem na ostatnim, jednym z najłatwiejszych dołków w tym turnieju, co dało mu kolejną rundę 66 i wyznaczyło cel na 18 poniżej par dla potencjalnych pretendentów do tytułu. Szkot czekał cierpliwie, choć nie do końca spokojnie - czasu było sporo i atakowało kilku graczy z grupy pościgowej. Na koniec dnia nikt jednak nie był w stanie się do niego zbliżyć i około 90 minut po wbiciu swojego ostatniego putta mógł wreszcie świętować zwycięstwo i czwarty tytuł DP World Tour - drugi zdobyty w Szkocji, po ubiegłorocznym triumfie w lipcowym Genesis Scottish Open. W turnieju drużynowym triumfowali Harrison Crowe i Cian Foley z wynikiem 33 poniżej par, po rundach 62, 58 i 63. Para MacIntyre & Overman zajęła dziewiąte miejsce, ze stratą ośmiu uderzeń do zwycięzców. Z wynikiem -3, po rundach 71-76-69 Adrian Meronk uplasował się na 113. pozycji.

Szkocka passa

Szkoccy zawodnicy odnosili wielkie sukcesy w pierwszych latach istnienia turnieju. Paul Lawrie, Stephen Gallacher i Colin Montgomerie zdobyli trofeum w trzech z pięciu pierwszych edycji od 2001 roku, po raz ostatni cztery lata później. Od tego czasu dobra passa Szkotów w ich ojczyźnie nagle i na wiele lat się urwała. Przywrócił ją dopiero MacIntyre, zwyciężając w ubiegłym roku w Scottish Open, a teraz w Dunhill Links. Tym samym rok temu MacIntyre zastąpił Colina Mongomerie'ego jako ostatniego szkockiego triumfatora w Szkocji, a teraz dorzucił w ojczyźnie kolejny tytuł.

„Niewiarygodne. Każda wygrana w turnieju na tym wybrzeżu jest wyjątkowa. Jestem po prostu zachwycony tym, jak to zrobiłem. Grałem naprawdę dobrze przez te trzy dni i mamy to. Nie wiem, jak będziemy to świętować po tym, co wyprawiało się w zeszłą niedzielę! Postaramy się jak najlepiej. Nie wiem, czy uda się to zrobić dziś wieczorem, ale na pewno w ciągu najbliższych kilku tygodni. Będziemy mieli miłą uroczystość. Zawsze, kiedy można wygrać, trudno jest to zrobić. To po prostu piękne zakończenie dobrego tygodnia”.

Kasia Nieciak

WYNIKI

Robert MacIntyre i Andy Murray, dwaj szkoccy herosi w St Andrews. Fot. Facebook Alfred Dunhill Links Championship

Robert MacIntyre i Sam Burns na piętnastym greenie Bethpage Black. Fot. Kasia Nieciak