Sport

Galopujący Teksańczyk

Mistrz The Open, Justin Leonard, kilka dni temu zdobył swoje pierwsze trofeum PGA Tour Champions.

Justin Leonard został mistrzem Chubb Classic. Fot. Facebook PGA TOUR Champions

Na Champions Tour nie występują wyłącznie legendy. Spotkać można tam również bardzo dobrych zawodników, którzy ukończyli 50 lat, a w przeszłości wcale nie byli gigantami golfa, nie mają zwycięstw wielkoszlemowych, występów w Ryder Cup czy w Presidents Cup. Po prostu zamarzyła im się rywalizacja po pięćdziesiątce, zakwalifikowali się do ligi i realizują marzenia, tocząc boje z niegdysiejszymi gwiazdami tego sportu. Dobrym przykładem jest Nowozelandczyk Steven Alker, nieustający podróżnik golfowy, z sukcesami w mniejszych ligach, ale bez zwycięstw na DP World Tour czy PGA Tour. Odnalazł się dopiero na PGA Tour Champions, wygrywając tam już ośmiokrotnie. Początek tego roku należy jednak zdecydowanie do gwiazd z przeszłości. W pierwszym turnieju zwyciężył na Hawajach gigant golfa, czterokrotny mistrz wielkoszlemowy – Ernie Els. W drugim, w Maroku, nie miał konkurencji legendarny Hiszpan, posiadacz 21 trofeów European Tour - Miguel Angel Jimenez. Teraz triumfował Justin Leonard, dwunastokrotny triumfator na PGA Tour, dwukrotny zdobywca Pucharu Rydera, mistrz US Amateur i The Open.

Bitwa pod Brooklinem

Ryder Cup jest bez wątpienia największym spektaklem golfowym w Układzie Słonecznym. Drużyny europejska i amerykańska wojują o zwycięstwo i honor, a jedynym celem każdego zawodnika jest to, aby przez kolejne dwa lata właśnie jego drużyna była w posiadaniu pucharu. W1999 r. w The Country Club in Brookline było podobnie. Jak to często bywa, emocje po prostu kipiały, a Justin remisował z Jose Marią Olazabalem w meczu singlowym ostatniego dnia Ryder Cup. Nagle, jak grom z jasnego nieba, Leonard wbił 14-metrowego putta na birdie na siedemnastym greenie, co jak okazało się kilka chwil później zakończyło zaciekłą amerykańską pogoń i zapewniło drużynie USA odzyskanie pucharu od oszołomionej drużyny europejskiej. Łamiąc w stopniu rażącym zasady etykiety, Leonard rzucił się w szalony galop po greenie, na który wbiegli natychmiast wrzeszczący członkowie jego drużyny, ich żony, kibice, kamerzysta NBC, a amerykański kapitan - Ben Crenshaw - padł na kolana i ucałował trawę. Wszystkiemu przyglądał się zaskoczony Olazabal i reszta Europejczyków. To, o czym Amerykanie najwyraźniej zapomnieli w tym chaosie, to fakt, że Ole miał jeszcze swojego putta z sześciu metrów, aby zremisować na tym dołku. Jednak po dzikiej erupcji Hiszpan chybił, co dało Leonardowi jednopunktową przewagę na jeden dołek przed końcem. To zagwarantowało USA pół punktu, którego potrzebowali, aby zdobyć Puchar Rydera i dokonać niemal niemożliwego. Poza tym Amerykanie wygrali tego dnia osiem meczów, a przegrali tylko trzy, powracając z wyniku 6-10 i wygrywając 14½-13½. Ole ostatecznie zremisował pojedynek z Leonardem, trafiając birdie na osiemnastym dołku. Do tamtej chwili żadna drużyna nie zdołała odrobić straty większej niż dwa punkty przed niedzielnymi singlami.

Niespodziewana szansa

Kilka miesięcy wcześniej podczas The Open w Carnoustie, uznawanym za jedną z najtrudniejszych aren golfowych na świecie, Leonard znalazł się niespodziewanie w centrum wydarzeń w prawdopodobnie najbardziej kuriozalnej końcówce turnieju wielkoszlemowego w historii.

Jean Van de Velde, prowadząc w turnieju od pierwszego dnia, wchodząc na piekielny 440-metrowy osiemnasty dołek, z podstępną wodą przed greenem, miał aż trzy uderzenia przewagi. Mimo niemal pewnej wygranej bezpieczna gra nawet nie przyszła mu do głowy. Spektakl się rozpoczął. W ruch poszedł driver. Piłka poleciała drastycznie w prawo i wylądowała tuż przed strumieniem, w zaskakująco dogodnym położeniu. Teraz wyciągnął dwójkę iron. Piłka pofrunęła 172 metry, odbiła się od trybuny i wpadła do wysokiej trawy przed wodą. Po trzecim uderzeniu, z gęstwiny piłka trafiła do głębokiego kanału. Francuz z ułańską fantazją podwinął nogawki, wszedł do kanału i stojąc prawie po kolana w wodzie długo zastanawiał się, czy nie podjąć szaleńczej próby wybicia. Zmienił plan, upuścił piłkę z karą przed wodą i z podobnej gęstwiny co chwilę wcześniej zagrał tym razem nad wodą, wprost do bunkra przed greenem. Stamtąd wylądował trzy metry od flagi i grając już siódmy strzał, trafił putta na trzyosobową dogrywkę, w której oprócz niego znaleźli się jeszcze Szkot Paul Lawrie i… Justin Leonard.  

Pogodził ich Szkot

Atmosfera wokół piętnastego tee powoli się zagęszcza. Wszyscy czekają na rozpoczęcie dogrywki, która ma odbyć się na dołkach 15,16, 17 i 18. Najpierw przybywa Szkot - Paul Lawrie, którego runda zakończyła się półtorej godziny wcześniej i w najdzikszych snach nie mógł przypuszczać, że będzie musiał tego dnia jeszcze machać kijem. Wygląda na strasznie zdenerwowanego i zdezorientowanego. Chwilę później nadciąga Amerykanin. On ma już w swoim dorobku tytuł mistrza The Open, zdobyty dwa lata wcześniej w Royal Troon. Jest śmiertelnie poważny. Wita się z Paulem, po czym obaj zastygają w milczącym oczekiwaniu. Siąpi deszcz i coraz cięższe krople dzwonią o kolorowe parasole. Dwanaście minut mija w zupełnej ciszy. Nagle z szerokim uśmiechem pojawia się Van de Velde. Nie wygląda na kogoś, kto w kuriozalny sposób roztrwonił przed chwilą niemal pewne zwycięstwo w najstarszym turnieju golfowym globu: „Myślałem, że będziemy się trochę lepiej bawić” - mówi, jakby w reakcji na posępne i skupione oblicza rywali. „Czy naprawdę muszę grać osiemnasty dołek”? - przekornie upewnia się Francuz. Wszyscy dookoła wybuchają śmiechem. Nie śmieją się tylko Lawrie i Leonard. Szkot jest zbyt skoncentrowany, a Amerykanin wygląda wręcz na oburzonego niestosownymi żartami Francuza w tak doniosłej chwili. W końcu rozpoczęła się dogrywka. Wygrał aż trzema uderzeniami, sklasyfikowany w rankingu światowym na 159. miejscu - Paul Lawrie, a Justin i Jean finiszowali z jednakowym wynikiem. Jean na odwiedzanej ponownie osiemnastce uzyskał tym razem nie siedem, lecz sześć uderzeń.

Senior na szczycie

Od tamtego pamiętnego The Open zwyciężył jeszcze osiem razy na PGA Tour, ostatnio w 2008 r. w Stanford St. Jude Championship. Nie wygrał już na arenie wielkoszlemowej, ale ponownie był blisko podczas PGA Championship 2004, kiedy przegrał trzydołkową dogrywkę z Chrisem DiMarco i triumfującym Vijayem Singhem. Teraz, podczas Chubb Classic, sięgnął po pierwsze w karierze trofeum  PGA Tour Champions. Po niemrawym początku rundy finałowej zaliczył birdie na pięciu z ostatnich siedmiu dołków Tiburon Golf Club i wyszarpał czteropunktowe zwycięstwo nad Billym Andradem. 52-letni Teksańczyk triumfował dopiero w 45. starcie w lidze. „Minęło sporo czasu, odkąd wygrałem, i cały czas powtarzam sobie, że zwyciężyłem” — powiedział rozdygotany, powstrzymując łzy na ostatnim greenie. „Po prostu włożyłem w to mnóstwo pracy. Mam na myśli to, że ubiegły rok był tak zły, że aż... dobry. To było dla mnie zbawienne. Wprowadziłem pewne zmiany w moim zamachu golfowym. To wielka radość, że w końcu tu jestem. Zawsze czułem, że tak będzie. Miło jest w końcu to zrobić”.

Kolejny turniej PGA Tour Champions rozpocznie się 7 marca podczas Cologuard Classic w Arizonie.

Kasia Nieciak

WYNIKI

Trzecie miejsce zajął inny zwycięzca The Open - Irlandczyk Darren Clarke, również uczestnik Ryder Cup z 1999 roku. Fot. PGA TOUR Champions