Sport

Zawsze warto stawiać na ambicję i młodość

Rozmowa z Piotrem Czają, byłym bramkarzem, trzykrotnym mistrzem Polski, trenerem Józefa Młynarczyka podczas mistrzostw świata w Hiszpanii w 1982 roku

Piotr Czaja - bramkarz, który bronił z uśmiechem. Fot. archiwum Piotra Czai

Dożyliśmy czasów, gdy na mecz Ruchu z Wisłą na zaplecze ekstraklasy przychodzi ponad 50 tysięcy ludzi. Robi to na panu wrażenie?

- Robi. Cieszę się z takiego zainteresowania. Też dostałem zaproszenie, Ruch o mnie pamiętał, ale tym razem niestety nie mogłem się pojawić. Szczerze mówiąc, jestem zaskoczony, że aż tylu ludzi przyszło na ten mecz. Spodziewałem się może dwudziestu tysięcy. Ale ponad pięćdziesiąt?! To wyczyn. Przypominają się stare czasy na Stadionie Śląskim, dawno temu, kiedy tylu ludzi potrafiło przyjść na ligowe mecze.

Piłkarze Ruchu walczą o ekstraklasę. Wywalczą?

- Ostatni ich mecz oglądałem na początku grudnia, to był koniec poprzedniej rundy. Grali na wyjeździe ze Zniczem Pruszków. Dwa razy przegrywali, ostatecznie zwyciężyli 3:2. W trakcie transmisji mówiłem do żony: „Ruch ten mecz wygra”. Na każdej pozycji miał przewagę, podobał mi się. Mam nadzieję, że wróci do tej formy. Patrzę w internecie na te spotkania. Co mnie niepokoi, to sposób w jaki Ruch potrafi tracić punkty z drużynami teoretycznie słabszymi, choćby z Pogonią Siedlce. To niepokojące. Nie znam charakteru tych chłopaków… Mam nadzieję, że dadzą sobie radę. Wiedzą, że ludzie interesują się ich grą i rezultatami, jakie osiągają. Takie zainteresowanie raczej niesie" niż stresuje. Pamiętam to zainteresowanie z moich czasów, te tłumy na meczach pozytywnie oddziaływały. Zdarzały się też spotkania, na które przyszło pięć tysięcy ludzi, a ja byłem nerwowy. Na przykład po strzale nagle piłka dziwnie się odbiła, jakby miała żabę w środku. To potrafiło wyprowadzić z równowagi. Na Ruchu i na GKS-ie Katowice było też tak, że był zegar z widocznymi wskazówkami. Zdarzało mi się na nie spojrzeć i… akurat była trzynasta minuta. Złościło mnie to! Zły znak, mamy przechlapane”. (śmiech)

Porozmawiajmy o reprezentacji. Był pan trenerem bramkarzy podczas słynnych mistrzostw świata w 1982 roku i dbał pan o formę Józefa Młynarczyka. Teraz Polska też ma dobrych bramkarzy, choć po odejściu Wojciecha Szczęsnego nie ma jednego pewniaka do obsady bramki.

- O to bym się nie martwił. W mojej opinii mamy w tej chwili dobrych bramkarzy, choćby Skorupskiego. Zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Szczęsny miał wiele szans, za dużo nie pokazał. Owszem, może karnego złapać, ale wiele meczów zawalił. Zresztą Barcelony, w przeciwieństwie do Realu czy Atletico, zbytnio teraz nie cenię.

O! A dlaczego?

- Czegoś mi tam brakuje... Wszyscy chwalą Lewandowskiego, ale ja widzę u niego wiele momentów, gdy jak mu nie idzie, staje się bardzo nerwowy. Ta nerwowość przenosi się do reprezentacji. Jak na zawodnika, który ma takie otrzaskanie, twierdzę, że tej reprezentacji za mało daje. Długo już patrzę na Lewandowskiego. Nie ulega wątpliwości, że to zawodnik światowej klasy, ale polskiej reprezentacji – to moja ocena – dał za mało. Reprezentacja Polski nie ma żadnych wyników. Nie będzie nam łatwo awansować do najbliższych mistrzostw świata. Przeciwnicy w grupie generalnie są silniejsi.

Czy nadal powinno budować się reprezentację wokół Lewandowskiego?

- Cóż, gdybym miał coś do gadania to… nie stawiałbym go w ataku.

A gdzie?

- W pomocy. I zrobił miejsce z przodu dla kogoś innego. Lewandowski ma przegląd pola, ma posłuch. Jak za moich czasów Bula, który z piłką umiał zrobić wszystko. Nawet cofnięty, zwracałby na siebie uwagę obrońców, bo jego nazwisko sprawia, że plastry zawsze będą wokół niego. Z tyłu mógłby więcej zrobić i dać innym zrobić więcej. Przed nim powinien grać inny napastnik, albo nawet dwóch! Tam stawiałbym młodych, bo nowy selekcjoner nie powinien opierać się na starych zawodnikach, ale zawsze budować nową drużynę, złożoną właśnie z młodych.

Czyli tak, jak kiedyś trener Piechniczek zaczął stawiać na nieznanego wcześniej zbytnio Józefa Młynarczyka…

- Tak! Dostał szansę, nabrał doświadczenia, dojrzałości, miał szacunek do treningu. On słuchał, był wdzięcznym materiałem do pracy, bardzo dużo rozmawialiśmy. Wiedział, że jeśli będzie dawał z siebie wiele na treningu, to efekt przyjdzie.

Wszystko się zmienia, gra na bramce także. Dziś bramkarze są już zupełnie inni niż pięćdziesiąt lat temu?

- Niekoniecznie. Jeśli chodzi o samą bramkę, to nie widzę różnicy. Są oczywiście różnice w detalach, choćby gra na przedpolu. Dziś bramkarze są wyżsi i mogliby więcej grać na przedpolu. Mniej chętnie łapią też piłkę, wolą ją wybić lub wypiąstkować.

To dobrze czy źle?

- Czasem oglądam w internecie bramkarskie treningi i widzę, że dziś na chwyt nie zwraca się już tak uwagi. To źle.

Piotr Czaja zawsze stawiał na dobre przygotowanie fizyczne. Bramkarz musi być wygimnastykowany. Fot. archiwum Piotra Czai

Wróćmy do pańskiej kariery bramkarskiej. Była wspaniała, osiągnął pan wiele, dlatego zawsze mnie dziwiło, że wystąpił pan w reprezentacji Polski ledwie dwa razy, jeszcze za Ryszarda Koncewicza, z Irakiem i z Albanią. Nie przepuścił pan gola. Za kadencji Kazimierza Górskiego pan już nie zagrał. Dlaczego?

- Ryszard Koncewicz mnie i Grotyńskiego uważał za równych i obu dał nam szansę. Za Górskiego też byłem na obozach, zresztą gdy jeszcze nie było na nich Tomaszewskiego. W 1971 roku złapałem poważną kontuzję podczas meczu Ruchu z Górnikiem. Nikogo nie winię - to był przypadek. W drugim meczu za kadencji Kazimierza Górskiego Polska zremisowała na wyjeździe z Albanią w eliminacjach mistrzostw Europy. Gazety żałowały, że Czaja złapał kontuzję, bo szkoda punktów z tego meczu. W trzecim - sparingu z Turcją - byłem rezerwowym, bronił Gomola (ostatni raz w reprezentacji - red.). A potem był przegrany mecz o punkty z NRD w Warszawie. Gomola złapał kontuzję i pojechał do domu i zostałem ja. Na zgrupowaniu masażysta powiedział do mnie tak: Słuchaj, ty podobno urodziłeś się w Niemczech?". No tak. Przyjechałem do Polski jak miałem cztery lata (matka Piotra Czai została wywieziona do Niemiec na roboty przymusowe - red.). Początkowo nie wiedziałem nawet, o co mu chodzi. A ty się nie boisz, że jak przegramy to powiedzą, że byłeś dwunastym zawodnikiem niemieckiej drużyny?" - stwierdził. Wmawiał mi, że jestem Niemcem. Zgłupiałem. Nie przyszło mi to w ogóle do głowy, że taki zarzut mógłby paść! Mieli w głowie już Jana Tomaszewskiego, wówczas grał w Legii i nagle pojawił się na zgrupowaniu. Ostatecznie zadebiutował z Niemcami, a ja siedziałem na ławce. Przegraliśmy 1:3. Niektórzy winili za porażkę debiutanta. Nie wiem, może spisałbym się gorzej? Wiem tylko, że lepiej zachowałbym się przy pierwszej straconej bramce - to był niski strzał Muellera z daleka. Ale żeby było jasne - nie miałem i nie mam pretensji do Kazimierza Górskiego, że mnie nie wystawił. Myślę, że byłem jedynym zawodnikiem, który nigdy nie miał pretensji do selekcjonera o to, że nie pozwolił mi zagrać w jakimś meczu. Zawsze uważałem, że trener ma pełne prawo do własnych wyborów, przecież za nie odpowiada. Ma swoje plany i jest z nich rozliczany. Dlatego nigdy nie szedłem się skarżyć. Siedziałem na tej ławce za trenera Górskiego i nigdy nie narzekałem.

Natomiast nieprawdą jest, jakobym przed meczem z Niemcami poszedł do selekcjonera i powiedział mu, że nie chcę grać w tym meczu. O to mam żal, że takie plotki się pojawiły. Z prostego powodu - nigdy nie rozmawiałem z Kazimierzem Górskim. Powoływał mnie i przyjeżdżałem. Jedyne co powiedziałem, to potwierdziłem masażyście, że urodziłem się w Niemczech. Cały czas kiedy byłem w kadrze zdania z trenerem Górskim nie zamieniłem. Widocznie selekcjoner nie miał potrzeby ze mną rozmawiać. Potem mogłem jeszcze zagrać u Jacka Gmocha. Zadzwonił do mnie, że chce mnie do reprezentacji wziąć. Jestem z nim na ty, bo razem graliśmy i powiedziałem mu: Jacek, gdyby moja żona się o tym dowiedziała, to odeszłaby ode mnie. Już wcześniej chciała żebym skończył granie. Mowy nie ma". Gmoch na to, że gramy zaraz ważny mecz z Portugalią (w eliminacjach MŚ - red.), a ja mu odpowiedziałem, że już nie chcę grać. Choć formę trzymałem. Nawet kiedy byłem trenerem bramkarzy u Antoniego Piechniczka, broniłem w jakimś nieoficjalnym sparingu, bo Józek Młynarczyk miał kontuzję i potem określili mnie tajną bronią Piechniczka". (śmiech)

Niezmiennie zdumiewają mnie pańskie początki. Można powiedzieć, że Piotr Czaja jest przypadkiem jedynym w swoim rodzaju. Nigdy nie słyszałem, żeby do jakiejkolwiek reprezentacji dostał się sportowiec, który... uprawiał inną dyscyplinę sportu. A pan dostał… powołanie do drużyny piłkarskiej, nie będąc futbolistą! Nie znam drugiego takiego przypadku.

- No cóż, tak było… (uśmiech). Jako chłopak mieszkałem na tej samej ulicy, co trener piłkarski Eryk Tomik. Zajmował się juniorami w Bobrku-Karbiu. Na podwórku stałem na bramce podczas meczów piłki nożnej, choć przygodę ze sportem zaczynałem od... uprawiania piłki ręcznej właśnie w Bobrku-Karbiu, w tym samym klubie. Trener Tomik widział te mecze z okna naszego pokoju. Pewnego dnia podszedł do mnie i spytał czy nie zagrałbym w turnieju piłki nożnej w hali, gdzie wykorzystuje się bramki do piłki ręcznej. „Dam ci podwójną dietę" - powiedział. Pamiętam, że dieta wynosiła wtedy 19,50 zł, czyli tyle ile czekolada. Zgodziłem się, choć podkreśliłem od razu, że z poważną piłką nożną nie mam przecież nic wspólnego! Mimo to pojechaliśmy do Katowic na ten turniej i dobrze się spisaliśmy. W trakcie gry nie robiłem parad, nie rzucałem się, grałem jak torman z piłki ręcznej. Akurat piłka trafiała we mnie, rywale wszystkie strzały we mnie walili. Jakiś czas później do sekcji piłki nożnej w Bobrku przyszło dla mnie powołanie do kadry juniorów Śląska. Działacze byli bardzo zaskoczeni. Przecież my nie mamy u nas takiego bramkarza". Zawołali trenera Tomika, a on tylko się uśmiechnął pod nosem. Aaaa, to chłopak z piłki ręcznej!". Zawołał mnie i powiedział żebym pojechał do Chorzowa, do profesora Murgota, autorytetu w juniorskiej piłce. Prowadzony przez niego Zryw był dwukrotnym mistrzem Polski juniorów. Młodzieżowa reprezentacja Śląska miała tam zagrać mecz. Przyjechałem, podszedłem do Murgota. Nasza rozmowa była… dziwna (śmiech). Kiedy usłyszał, że gram w piłkę ręczną, stwierdził... żebym sobie poszedł! Nie trzeba mi było mówić dwa razy, bo nigdy nie pchałem się tam, gdzie mnie nie chcieli. Wyszedłem, a w tym czasie do Murgota podszedł Bernard Kobzik. To był as, jego tam wszyscy znali, bo był w tym czasie zmiennikiem Huberta Kostki w Górniku Zabrze. Trenerze, ja jestem chory i nie mogę dziś zagrać" - stwierdził. W tym czasie byłem już daleko i nagle usłyszałem: Eeeeejjjj!" Odwróciłem się, a to... profesor Murgot mnie wołał. Nawet nie wiedział wtedy jeszcze, jak się nazywam!- Chodź ino" - krzyczał. No to wróciłem. Ten nasz bramkarz nie może dziś jednak zagrać. Postoisz?" - spytał. Skoro już jestem, to postoję" - odparłem. Chyba dobrze wypadłem, bo spodobałem się. Bramki mi rzeczywiście nie umieli strzelić.

Dlaczego ten mecz był ważny?

- Tak się złożyło, że na tym samym meczu był też trener Jerzy Nikiel, postać wielce zasłużona dla śląskiej piłki i dla GKS-u Katowice. Wtedy go jeszcze nie znałem, ale szanuję go, był wspaniałym człowiekiem. Wtedy budował drużynę Rapid Wełnowiec, której miejsce przejął potem GKS. Szukał zawodników. Wtedy jednak jeszcze do Rapidu, czyli późniejszego GKS-u nie poszedłem. Za jakiś czas do klubu przyszło znowu powołanie, podpisane przez Nikiela, który prowadził też drużynę śląskich Orląt (juniorów starszych do 21 roku życia - red.). Pojechaliśmy na turniej do Rzeszowa i znów broniłem dobrze. Trener Nikiel patrzył na mnie i znów spytał: „Nie chciałbyś jednak przyjść do Katowic?”. Miałem wtedy 17 lat , a wokół siebie ludzi, którzy mówili, że mam wielki talent do... piłki ręcznej. Byłem już przecież nawet w szerokiej kadrze reprezentacji Polski! Przez chwilę starałem się łączyć grę na dwóch frontach, początkowo na boisku do piłki nożnej ciągle nie traktowano mnie poważnie. Ale nawet jak złapałem kontuzję i całe lato byłem w gipsie - wyróżniałem się w meczach futbolowych. Trener Nikiel o mnie pamiętał. Powtarzał, że widzi mnie w Rapidzie. Trenerze, ale przecież mnie nie puszczą" - odpowiadałem. My to załatwimy. Ty tylko daj zgodę" - nalegał. Zgodziłem się. W efekcie po półtora roku przeszedłem do Katowic. Na transferze zaważyły górnicze łańcuchy, po które działacze jeździli do zakładów Rapid - ówczesnego sponsora katowickiego klubu. W GKS-ie grałem od rundy wiosennej w 1965 roku. Miałem wtedy 21 lat. W Katowicach broniło się bardzo dobrze. Zawsze z moim konkurentem do gry w bramce, gdziekolwiek byłem, miałem dobre stosunki. Nigdy z kolegami nie miałem konfliktów. Józef Bem, a potem Franek Sput to byli bardzo dobrzy bramkarze.

Potem trafił pan do Ruchu. Tak się składa, że łączy pan GKS i Ruch w nietypowy sposób: akurat w tamtym momencie ustanowił pan rekord, który być może nigdy nie zostanie pobity. W kwietniu 1969 roku puścił pan gola w ekstraklasie w końcówce meczu z Legią. Potem piłkarze Wisły Kraków, Odry Opole, Zagłębia Wałbrzych, Polonii Bytom, Stali Rzeszów, Szombierek Bytom, Cracovii, Pogoni Szczecin, Ruchu Chorzów, Gwardii Warszawa nie potrafili pana pokonać jako bramkarza GKS-u. Doliczyć trzeba jeszcze spotkanie w barwach Ruchu przeciw Polonii Bytom i wreszcie kwadrans meczu ze Stalą Rzeszów.

- Rzeczywiście, przez 1005 minut nie puściłem gola w ekstraklasie (uśmiech). A przecież ówczesne nazwiska napastników z innych klubów mogły robić wrażenie: Lubański, Banaś, Gadocha, Musiałek, Żmijewski albo Sadek… Miałem wiele szczęścia, tak długo nie przepuszczając bramki, chyba dwa karne obroniłem. Kiedy puściłem gola w 15 minucie meczu Ruchu ze Stalą Rzeszów Marian Kozerski, który zakończył moją serię, cieszył się tak, jakby zdobył mistrzostwo świata (uśmiech). Ale gol padł… z mojej winy. Kozerski nie chciał strzelać, tylko dośrodkować, jednak piłka mu zeszła. Zrobiłem krok w prawo i przepuściłem uderzenie, którego nie powinienem przepuścić... Zremisowaliśmy wtedy. Przyszedł do mnie prezes Ryszard Trzcionka z pretensjami, że to puściłem. Nie wiem dlaczego, ale nie lubił mnie. - Myśmy cię ściągnęli po to, żebyś takich bramek nie puszczał! - powiedział wtedy.

W Ruchu przeżył pan jednak wspaniałe chwile. 

- Zdobywaliśmy mistrzostwo w najpiękniejszych latach polskiej piłki, w 1974 i 1975 roku. Byliśmy w ósemce najlepszych drużyn Europy. Najbardziej utkwił mi w pamięci mecz z Feyenoordem w ćwierćfinale Pucharu UEFA. Myślę, że to był mój najlepszy mecz. A przecież niewiele brakowało, a ta historia potoczyłaby się inaczej! Kiedy do Ruchu przyszedł Michal Vican, moja pozycja nie była mocna. Wracaliśmy z jakiegoś meczu, siedziałem za nim. Vican mówił do Alojzego Dzielonga, ówczesnego wiceprezesa ds. piłki nożnej: Żeby zbudować mocną drużynę potrzebujemy dobrego bramkarza". Niedługo później poszedłem więc do niego i powiedziałem: Wiem, że chce pan stworzyć nową drużynę, a ja mam okazję wyjazdu na zachód". Chciało mnie MSV Duisburg, jugosłowiański menedżer dostał ode mnie zgodę na załatwianie transferu. Miałem wtedy 28 lat i poprosiłem Vicana, żebym mógł... sam siebie trenować. Vican nie dość, że się zgodził, to poprosił też, żebym trenował pozostałych bramkarzy Jacka Kurowskiego i Henryka Wolnego. No i zacząłem prowadzić piłkarskie zajęcia.

W międzyczasie Vican zauważył, że z meczu na mecz jestem lepszy. Poszedłem do Vicana i powiedziałem: Trenerze, jeśli dostanę od pana zgodę, to idę po zgodę do zarządu na wyjazd". Vican na mnie popatrzył z uwagą: „Nie, Peter. Ja chcę takiego bramkarza jak ty" - stwierdził. „Trenerze, szczerze? W Polsce pan takiego nie znajdzie!" – odparłem. „Wiesz co? Masz rację. I dlatego nie chcę żebyś opuszczał Ruch. Chcę żebyś został i tu bronił" - zakończył rozmowę.

No i co?

-Te słowa bardzo mnie zbudowały, więc... nie odszedłem, bramkarzem Duisburga nie zostałem. Potem, kiedy Ruch zdobywał mistrzostwa i wszyscy słusznie chwalili Maszczyka, Bulę czy Marxa, a Polska zdobywała trzecie miejsce na świecie, Vican mówił: Najlepszy zawodnikiem mojej drużyny był Czaja". Pamiętał rozgrywki Pucharu Polski, kiedy w półfinale pokonaliśmy po rzutach karnych Górnika, obroniłem wtedy trzy jedenastki. Po latach uważam, że gdyby działacze Ruchu Vicana nie wyrzucili kilka kolejek przed końcem, to do dwóch tytułów z 1974 i 1975 roku dołożylibyśmy jeszcze z nim trzeci, w 1976. Vican miał w pewnym momencie w Chorzowie status boga, ale nie wszystkim to pasowało. Niemniej to były świetne czasy.

Rozmawiał Paweł Czado

PIOTR CZAJA

Urodzony w 11.02.1944 roku w Linderbrueck
Kluby: Bobrek Karb Bytom (do 1963), Slavia Ruda Śląska (1963-64), GKS Katowice (1964-70), Ruch Chorzów (1970-79).
Sukcesy: Trzykrotny mistrz Polski (1974, 75, 79). Z Ruchem w najlepszej ósemce klubów Europy. Dwukrotny reprezentant (1970). W meczach reprezentacji nie przepuścił bramki.

Piotr Czaja. Fot. Paweł Czado