Zaczęło się od „konika”
W perspektywie kolejnych meczów na nic się 2:1 z Holandią w eliminacjach mundialu w Meksyku 1970 zdało, ale był to dla naszej kadry swoisty „mit założycielski”. I dla mnie też.
Włodzimierz Lubański na Stadionie Śląskim strzelał niezapomniane gole... Fot. archiwum „Sportu”
Pomysł był na swój sposób szalony: nie mając biletów, postanowiliśmy ze starszym bratem pojechać na Stadion Śląski w dniu, w którym rozgrywany był ważny mecz eliminacji mistrzostw świata 1970 roku. Rywalem Polski była Holandia, m.in. z Johanem Cruyffem. Tylko zwycięstwo prolongowało nasze szanse na wyjazd do Meksyku. Spotkanie budziło ogromne zainteresowanie, więc o biletach nabytych w kasie – a tym bardziej w dniu meczu - można było z góry zapomnieć.
Na co liczyliśmy? Na „koników”! I na to, że nie będą zbyt pazerni, bo uczniowska kieszeń z założenia była pustawa. Szczęśliwy traf się zdarzył – napatoczył się facet, który miał do sprzedania dwa bilety na sektor 10, ten pod ówczesnym zegarem. Zamiast 10 zł za każdy bilet zaśpiewał 12, więc aby się nie rozmyślił, w charakterze napiwku dostał w sumie 25 zł. Nasze szczęście nie miało granic; tym bardziej, że reprezentacja Polski wygrała 2:1 po bramkach Andrzeja Jarosika i Włodzimierza Lubańskiego. W perspektywie kolejnych meczów na nic się to zwycięstwo zdało, i do Meksyku nie pojechaliśmy, ale po dzień dzisiejszy mówi się, że był to dla naszej kadry swoisty „mit założycielski”. Trzy lata później, w Monachium, wywalczyliśmy złoty medal olimpijski, pięć lat później, również w RFN, trzecie miejsce na świecie.
Dla niżej podpisanego był to także mit założycielski. Pierwszy mecz na Stadionie Śląskim, i kolejne prześwity w młodym umyśle, by w tych fascynujących widowiskach uczestniczyć stale, może i nieustannie – jako dziennikarz.
Podtrzymywały to i rozwijały kolejne wizyty na tym obiekcie (choć oczywiście nie tylko na nim) i kolejne legendarne wydarzenia. Miałem m.in. zaszczyt – dzięki ojcu, który został obdarowany biletem - być na rewanżowym meczu Górnika z AS Roma w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów, który w opinii wielu widzów zakończył się niepowodzeniem (remisem 2:2). Poszło o to, że w większości nie wiedzieli, iż bramki w dogrywce nie liczyły się wówczas podwójnie. I to właśnie tam, zmierzając ku wyjściu, usłyszałem hasło, które pozostanie we mnie na wieki wieków: „Co? „Sportu” nie czytaliście. Będzie trzeci mecz!”. Był w tym wyrzut wobec tych niewiedzących, ale i wielki szacunek wobec pisma, które później stało się moją przystanią na co najmniej 3/4 zawodowego życia.
A potem poszło! Udało mi się więc naocznie uczestniczyć w tak wiekopomnych wydarzeniach, jak zwycięskie mecze z Anglią w czerwcu 1973, z Walią we wrześniu tegoż roku. Co to dało, każdy kibic wie. No i byłem naocznym świadkiem nieprawdopodobnego triumfu 4:1 nad Holandią w 1975 roku, który to mecz uchodzi za najlepszy w historii polskiej piłki reprezentacyjnej.
Lata później, na odremontowanym stadionie, byłem świadkiem triumfu nad Norwegią, pieczętującego wytęskniony awans do finałów MŚ 2002. W świetle biletów nabytych u „konika” był to swoisty chichot historii – mecz ten oglądałem z loży, zaproszony przez Mariana Dziurowicza.
Andrzej Grygierczyk
