Wypoczęty Curry
Mimo 52 punktów swojego wyborowego strzelca drużyna z Oklahomy musiała uznać wyższość ekipy z San Francisco.
Stephen Curry poprowadził Warriors do sensacyjnej wygranej nad liderem z Oklahomy. Fot. EPA / PAP
NBA
Co za mecz! – napisał w mediach społecznościowych Dennis Schroeder. Chodziło mu o spotkanie w Chase Center w San Francisco, gdzie Golden State podejmowali lidera rozgrywek, Oklahoma City. Słabo spisujący się w ostatnich tygodniach Warriors niespodziewanie pokonali faworytów. Goście narzucili od początku duże tempo, w pierwszej połowie prowadzili nawet 14 „oczkami” (43:29).
Na boisku szalał Shai Gilgeous-Alexander, który w całym meczu rzucił aż 52 punkty. Wydawało się, że o niespodziance nie ma mowy. Tymczasem druga połowa była popisem Golden State. Wspomniany Schroeder mecz zaczął na ławce rezerwowych, zdobył 9 punktów, miał 7 asyst. Nie on jednak był bohaterem wieczoru. Publiczność czarował Stephen Curry (specjalnie odpoczął dzień wcześniej, zbierając siły na środę), który zdobył 21 punktów i trafił 5 „trójek”. Szczególnie ważny rzut oddał niecałe dwie minuty przed końcem, praktycznie przesądzając o sensacyjnej wygranej GSW. – Ten wynik mnie boli. Gram, by wygrywać, więc nie mogę być usatysfakcjonowany. W tej sytuacji moje 52 punkty nie były w interesie zespołu – tłumaczył rozgoryczony Gilgeous-Alexander. Jest on pierwszym zawodnikiem w tym sezonie, który co najmniej dwa razy przekroczył 50 punktów.
Warriors do 24. wygranej w sezonie poprowadził Andrew Wiggins, który zdobył 27 punktów. GSW wciąż jest w grze o play off. Obecnie znajduje się na 11. miejscu w Konferencji Zachodniej, ma tyle samo zwycięstw co dziewiąte Phoenix.
Porażka mocno zaszkodziła drużynie Thunder, która nie jest już liderem ligi. Obecnie palmę pierwszeństwa dzierżą samodzielnie Cleveland Cavaliers.
W środę grali także Spurs. Po raz trzeci w tym sezonie rywalizowali z Los Angeles Clippers i po raz drugi przegrali. To pierwszy mecz zespołu Jeremy'ego Sochana po powrocie z Paryża. Przez trzy kwarty spotkanie było wyrównane, goście z LA ostatnią część rozpoczynali z ledwie dwupunktowym prowadzeniem. Czwarta kwarta zdecydowanie należała jednak do ekipy z Kalifornii, w której skutecznością popisywali się James Harden i spółka. Wielki mecz pod tablicami rozegrał Ivica Zubac (21 punktów, 22 zbiórki).
Sochan zaczął w roli rezerwowego, na boisku spędził 26 minut. Zdobył 7 punktów, miał 4 asysty, 2 przechwyty i blok. Co rzadkość – Polak nie zebrał ani jednej piłki! – Nie jestem przekonany, czy po naszej stronie poszło coś nie tak. Rywale zagrali świetne spotkanie, ich zawodnicy zrobili to, co robią od wielu lat i to w momencie, w którym najmocniej było to potrzebne – przyznał na temat końcówki spotkania pełniący funkcję pierwszego trenera Spurs Mitch Johnson. – Jeremy wykonał kawał solidnej roboty. W tym roku z dobrej strony pokazuje się przy rozciąganiu gry, stawianiu zasłon i w ucieczkach pod kosz – dodał szkoleniowiec. Spurs z bilansem 20-24 zajmują 12. miejsce na Zachodzie.
Golden State - Oklahoma City 116:109, Washington - Toronto 82:106, Indiana - Detroit 133:119, Charlotte - Brooklyn 83:104, Philadelphia - Sacramento 117:104, New York - Denver 122:112, Miami - Cleveland 106:126, Boston - Chicago 122:100, San Antonio - LA Clippers 116:128, New Orleans - Dallas 136:137, Phoenix - Minnesota 113:121.
(bb)