Wszystko w porządku
WYMIANA KOSZULEK - Wojciech Kuczok
Wkręcił Sebastian Szymański - nas wszystkich w Chorzowie, a piłeczkę w Kownie. Przeciw Nowej Zelandii zagrał kiepściutko, obok Piątka i Frankowskiego najsłabiej w drużynie, ale Jan Urban się tym nie zraził, dzięki czemu trzy dni później nasz ostatni zajazd na Litwie zakończył się skuteczną egzekucją. Mówią, że to czwarty reprezentacyjny rogal w historii, ale ten Macieja Żurawskiego sprzed 21 lat nie był czystej urody, albowiem to niezdarny bramkarz sam wbił sobie piłkę. Pierwszego biało-czerwonego gola bezpośrednio z rzutu rożnego, zdobytego przez Kazimierza Kmiecika, pamiętać nie mogę, bo w 1976 bardziej mnie interesowały sprężynowe piłkarzyki niż dorosły futbol, choć stary na Śląski mnie regularnie od bajtla zabierał. Co do rogala Kazimierza Deyny – wiadomo, chluba kadry narodowej i plama w historii Kotła Czarownic: chamskie gwizdy kibiców, dla których pomimo swoich dokonań reprezentacyjnych Kaka był w tamtym czasie nade wszystko ikoną znienawidzonej Legii, animozje śląsko-warszawskie wzięły górę. Człowiek tłumu nigdy nie zrozumie, bo i tłum sam siebie nie rozumie, bezrozumny tłum, który tupotem i tępą głuchotą tłumi słabiutkie tętno sensu, jak pisał Barańczak, skądinąd miłośnik NBA. Tłum daje się wieść, uwieść, a nawet zwieść cwaniaczkom z przywódczymi pragnieniami – zanim zagwiżdże tysiąc, zawsze ktoś gwizdnie pierwszy. Teraz tłumek w narodowych barwach sobie pogwizdał na Tuska, a nawet dorysował mu wąsik i niemiecką flagę - tu akurat łatwo było rozpoznać aktywność gdańskiej awangardy kibolskiej i zarazem ariergady umysłowej, wiadomo: kibolstwu Lechii duchowo bliżej do Alfonsa Dyzmy (prawnuk Nikodema), obecnego rezydenta największego pałacu przy Krakowskim Przedmieściu.
Spośród polskich „rogalowców” najlepiej pamiętam Filipa Starzyńskiego – ten to wkręcać piłkę z narożnika lubił i umiał, trafiał tak zarówno w Ruchu, jak i w Zagłębiu Lubin, decydował się na tę sztukę często, bo miał idealnie ułożoną nogę – niejednokroć trafiał tak w obramowanie bramki. Pomnę też gola olimpijskiego, który mógł zmienić pucharową historię GKS-u Katowice - w 1993 Adam Kucz trafił tak w meczu pucharowym przeciw Benfice, ale działo się to w przedvarowej starożytności, więc sędziowie zdawali się wyłącznie na własny wzrok i intuicję, a ta im podpowiedziała, że jakiś konus z Górnego Śląska nie może tak po prostu otworzyć wyniku bezpośrednio z rzutu rożnego na Estadio da Luz. Nie uznali bramki, której potem GieKSie zabrakło do awansu; Benfica za to dotarła aż do półfinału PEZP. Gol bezpośrednio z rzutu rożnego jest przykładem doskonałej piłkarskiej bezczelności – jego ofiary mogą mieć pretensje tylko do siebie, to nigdy nie jest zasługa wykonawcy, lecz przede wszystkim efekt gapiostwa bramkarza i obrońców.
Szymański zadał więc bardzo zmyślny sztych Litwinom, którzy od początku meczu, by tak rzec, szumieli jak te jodły na gór szczycie, wydawało się nawet, że mogą coś wyszumieć, bo się na naszej połowie poruszali dość swobodnie. Gol z rożnego obnażył ich nieporadność, upokorzył i zgasił – od tej chwili Polacy mecz kontrolowali i wygrali pewnie, choć za nisko – Jakub Kamiński tym razem nie miał dobrego dnia i w pierwszej połowie okradł Szymańskiego z asysty, partacząc sam na sam z bramkarzem. Za to w drugiej połowie pomocnikowi Fenerbahce udało się zacentrować tam, gdzie Pan Piłkarz Lewandowski dyskretnie mu ręką wskazał. Pan piłkarz wszedł między trzech defensorów i kropnął głową jak za swoich najlepszych lat, wskutek czego po meczu Litwini z nocnej wracali wycieczki smutni i pokonani. Jan Urban sprawił, że reprezentacja Polski gra porządny futbol – brasiliany ni ma, ale porządek jest, rzekłbym nawet, że w s z y s t k o jest w porządku. Nagle się bowiem okazuje, że jak nam przed Holandią wypada za kartki obrońca i defensywny pomocnik, to paniki nie ma, bo za Wiśniewskiego chętnie sobie pogra Ziółkowski i na osłabienie to wcale nie wygląda, a i Slisz stanowczo nie należy do zawodników niezastąpionych. Tak krawiec kraje, jak mu materii staje, więc cudów oczekiwać próżno, tyle że za poprzedników Urbana mieliśmy tę materię jakby niedoszacowaną. Polska piłka reprezentacyjna wróciła na swoją półkę – gramy futbol górnej klasy średniej, co przy odrobinie szczęścia w barażach może dać nam awans na mundial. Niby mecz z Litwą był tak zwanym nudnym zwycięstwem, tudzież meczem bez historii, ale obyśmy żyli w tak nudnych piłkarsko czasach, gdy to nie Polacy błaźnią się ze słabeuszami. Tak jak na przykład Czesi na Wyspach Owczych. W barażach będą i tak, bo Farerowie za późno zaczęli wygrywać, ale rzekłbym, że tak grających pepików dobrze byłoby wylosować na marcowe playoffy.
Robert Lewandowski i Sebastian Szymański - radość odzyskana. Fot. PAP/Piotr Nowak
