Sport

Witani chlebem, Ibupromem, Nimesilem...

Rozmowa z Radosławem Gilewiczem, byłym reprezentacyjnym napastnikiem, później asystentem selekcjonera Jerzego Brzęczka, dziś ekspertem TVP

W niedzielę będzie show na Śląskim! Stoją od lewej: Jacek Krzynówek, Rafał Adamczyk (członek zarządu województwa śląskiego), Lukas Podolski, Tomasz Kłos, Jerzy Engel, Markus Babbel, Adam Strzyżewski (dyrektor Stadionu Śląskiego), Adam Matysek i Wilhelm Vogel

Jak doszło do zaproszenia byłych znakomitych piłkarzy niemieckiej reprezentacji, gwiazd światowej piłki do Chorzowa?

- Udało mi się trzy-cztery lata temu ściągnąć reprezentację Portugalii na Stadion Narodowy w Warszawie. To było duże osiągnięcie, które „kupili” polscy kibice, licznie zapełniając trybuny. Wtedy przyjechało do Polski wiele portugalskich znakomitości, my natomiast przystąpiliśmy do tego meczu z marszu i po 25 minutach już było... 0:5. Postanowiliśmy kontynuować ten pomysł, a od tamtej pory dużo się zmieniło.

Wyciągnęliście wnioski z klęski?

- Oczywiście. Bardziej poważnie podchodzimy do takich prestiżowych spotkań. Jesteśmy w większości piłkarzami 50+, więc też inaczej funkcjonujemy niż 20-30 lat wcześniej. Dlatego nie możemy wychodzić na boisko nieprzygotowani. W maju – tym razem przygotowani – polecieliśmy na mecz z Meksykiem i dobrze to wyglądało. Wygraliśmy i za to najprawdopodobniej spotka nas nagroda: w maju przyszłego roku, tuż przed mistrzostwami świata, zagramy rewanż z Meksykiem, a do tego eventu dołączy także reprezentacja Stanów Zjednoczonych. Zatem spotkamy się z gospodarzami mundialu i zagramy trzyzespołowy miniturniej. Najpewniej będzie to w Chicago lub w New Jersey, tego jeszcze do końca nie wiadomo.

Takie zwycięstwa, jak z Meksykiem, mimo waszego wieku i bogactwa karier, nadal was budują?

- Jeszcze jak! Graliśmy w lipcu w Krotoszynie z oldbojami Barcelony i również to spotkanie, w tym samym zestawieniu, wygraliśmy. Ale nie tylko wygrywanie sprawia nam wielką przyjemność i frajdę, bo tak naprawdę wyniki w naszym wieku są drugorzędną sprawą. Ważne, że spędzamy miło czas. Co prawda potem wszystko boli, ale i to jest fajne.

Tomek Kłos jest głównym organizatorem waszych spotkań?

- Tak. On jest menedżerem zespołu i głównym animatorem naszych spotkań. To on wybiera z kim zagramy i gdzie się zaprezentujemy, bo takie mecze retro są bardzo modne i cieszą się dużym zainteresowaniem kibiców. Oldboje wychodzą na boisko i wracają wspomnienia. Tak będzie w niedzielę na Stadionie Śląskim, akurat niemal w rocznicę awansu reprezentacji na mistrzostwa świata w Korei i Japonii, wywalczonego na tym stadionie.

Taki miły powrót do przeszłości?

- Tak. A że akurat to będą Niemcy, z takimi nazwiskami i gwiazdami, tym bardziej wzbudza to emocje, ale i respekt, i szacunek dla rywala. Mam nadzieję, że niemieckie i polskie gwiazdy przyciągną na stadion wielu sympatyków dobrej futbolowej rozrywki.

Selekcjonerem kadry oldbojów jest trener Jerzy Engel.

- Tak. Trener Engel nas selekcjonuje i powołuje. Ustawia zespół, ustala taktykę itd.

A kapitanem jest...

- Tomek Kłos albo Jacek Bąk. Są jeszcze Jurek Dudek, Piotrek Świerczewski z tych trochę starszych roczników. Kapitanów mamy więc trzech-czterech, którzy się wymieniają.

Ile kosztuje sprowadzenie takich gwiazd do Polski?

- Szczerze? Nie wiem. Dowiem się... po meczu. Tam jest gość od 20 lat prowadzący reprezentację Niemiec. Nazywa się Johann Vogel. On jest odpowiedzialny za ich sprawy organizacyjne. Był też na konferencji prasowej na stadionie w Chorzowie wraz z Markusem Babbelem, ich trenerem. Oni mają kadrę, w której jest 30 nazwisk i w miarę możliwości, głównie czasowych – bo są to w większości trenerzy, menedżerowie, dyrektorzy klubów – ich powołują, a piłkarze zgłaszają akces do gry i przyjeżdżają.

Dla pana to będzie szczególnie sympatyczny klimat, bo przez 16 lat lat grał pan w Szwajcarii, Niemczech i przede wszystkim w Austrii. Będzie pan przewodnikiem waszej ekipy?

- Wielu z nas grało w Niemczech, w tym Jacek Krzynówek czy Artur Wichniarek, którzy mają fantastyczną przeszłość w Bundeslidze. Dlatego nasi rywale, żeby nas zaskoczyć, będą musieli na boisku rozmawiać po... angielsku. Po niemiecku będziemy ich doskonale rozumieć (śmiech).

W reprezentacji Niemiec zagra pański bardzo dobry kolega z niemieckich boisk, Fredi Bobić, który brał udział w meczu w Tychach na zakończenie pańskiej kariery.

- Fredi przyjechał, przyjechał także Frank Veerlat, z którym grałem w Stuttgarcie. I jeszcze kilku Austriaków miałem na tym pożegnalnym meczu. Z Fredim jestem w stałym kontakcie, bo rzeczywiście jesteśmy dobrymi kumplami. To w porządku facet, bardzo inteligentny. Ma bardzo dobre relacje w europejskim środowisku, jest bardzo szanowany, bo fantastyczną pracę zrobił w VfB, a przede wszystkim we Frankfurcie, jako dyrektor. Czuje się na rynku europejskim jak ryba w wodzie, jest świetnie zorientowany. Nic dziwnego, że teraz jest jednym z dyrektorów wraz z Michałem Żewłakowem w Legii.

Z innymi piłkarzami z kadry Niemiec spotyka się pan niemal „na co dzień” będąc głównym ekspertem od piłki niemieckiej i austriackiej - wcześniej w kanale Viaplay, teraz w TVP.

- Jest wielu piłkarzy, z którymi spotykam się przy okazji różnych zmagań w Europie, a w szczególności - przy okazji fantastycznego noworocznego turnieju w Austrii, ale są to nie tylko imprezy sportowe. Na przykład z bramkarzem Timo Hildebrandtem spotkaliśmy się w maju na... bankiecie po finale Pucharu Niemiec, na który były zaproszone legendy Stuttgartu (VfB po raz czwarty w historii świętował zdobycie Puchar Niemiec, gdy w finale na Stadionie Olimpijskim w Berlinie wygrał z trzecioligową Arminią Bielefeld 4:2 – przyp. red.). 20 lat temu zdobyłem Puchar Niemiec z tym zespołem, więc fajnie, że o mnie pamiętano. Teraz, przy okazji meczu na Stadionie Śląskim, wracają w pamięci różne niemieckie skojarzenia.

Jaki jest wspomniany Timo Hildebrandt?

- Nie mogę mu wybaczyć jednej historii: grałem w Tirolu Innsbruck w Pucharze UEFA w 2003 roku. W pierwszym meczu w Innsbrucku było 1:1. Pojechaliśmy na rewanż do Stuttgartu, który prowadził wtedy Felix Magath. W doliczonym czasie, przy wyniku 1:2, uderzyłem kapitalnie z przewrotki. Piłka zmierzała w samo okienko, ale Timo - wyciągnięty jak struna - wybił ją spod poprzeczki. To było wręcz niemożliwe, co zrobił! Gdyby nie on, to VfB najprawdopodobniej by odpadło, bo wtedy jeszcze bramki na wyjeździe liczyły się podwójnie. Mam nadzieję, że teraz uda mi się go pokonać i zrewanżować się za tamtą nieprawdopodobną interwencję (śmiech).

Nie ma w niemieckiej ekipie Joachima Loewa, który w 2014 roku poprowadził Niemców do mistrzostwa świata. Pan z trenerem Loewem zna się doskonale. Wygrywaliście Puchar Niemiec z VfB, jesteście nadal w znakomitych relacjach.

- Tak! Jestem chyba jedynym piłkarzem, którego Jogi prowadził aż w trzech klubach: w VfB, w Tirolu i w Austrii Wiedeń. On jest cały czas bardzo aktywny, jeżeli chodzi o ten rynek, ponieważ marzy mu się powrót do trenerki mimo przekroczonych 60 lat. To oczywiście nie jest dużo jak na trenera, bo jest wielu szkoleniowców radzących sobie świetnie po „sześćdziesiątce”. Natomiast w tej reprezentacji Niemiec oldbojów nie było go od początku, więc nie wydaje mi się, by przyjechał do Polski. Widziałem go w ten weekend na ligowym meczu VfB, więc wiem, że jeździ po różnych stadionach, ogląda mnóstwo meczów i liczy zapewne na coś innego niż granie z oldbojami.

A inni?

- Z nimi lepsze relacje powinien mieć mieć „Wichniar”, który mieszka na stałe w Niemczech. Ja po czterech latach wyjechałem z Niemiec do Austrii, gdzie mieszkałem dużo dłużej. Natomiast jeśli chodzi o niemieckie klimaty, to mam bardzo bliskie relacje głównie z tymi, z którymi grałem w VfB, czyli Giovane Elberem, Frankiem Verlaatem, Krasimirem Bałakowem i oczywiście Fredim.

Jak się przygotowujecie do meczów? Macie jakieś zgrupowanie? Dostaliście sporttestery od trenera Engela i biegaliście indywidualnie?

- Sporttester do mnie jeszcze nie dotarł (śmiech). A w wieku 50+ przygotowujesz się tylko indywidualnie, chociaż ostatnio grałem z większością tych, którzy w niedzielę będą w Chorzowie, dla dzieciaczka z Dębicy. Byli Krzynówek, Kłos, Świerczewski, Maciek Żurawski, także „Wichniar”, „Wasyl” i „Kosa” oraz Kuba Wawrzyniak, więc w jakimś stopniu zgraliśmy się. Prawda jest taka, że my już nie potrzebujemy treningów, bo one nas męczą. Musimy na boisko wychodzić na świeżości i... tabletkach przeciwbólowych.

Zdradzając taki sekret, śmieje się pan od ucha do ucha...

- Śmichy-chichy, ale... poważnie tak jest. Opowiem coś, co nie jest anegdotą, choć może tak brzmieć. Gdy graliśmy w Chicago, miałem ze sobą małą apteczkę. Ba; zawsze mam ją przy sobie, nie mogę się już bez niej obejść. Najwięcej jest w niej... środków przeciwbólowych, bo mam sto problemów. Nie jestem jednak sam w tym „hobby”. Przed meczem... zabrakło mi tych tabletek, bo wszyscy się nimi „częstowali”.

Dalej jest pan rozbawiony!

- Bo taka jest prawda o nas. Z całym szacunkiem chociażby dla Niemców - to właśnie ból jest naszym największym wrogiem. Gdy siedzimy w szatni, niemal każdy z nas, jak jeden mąż, rzuca pytanie: „Kto ma jeszcze Nimesil, Ibuprom albo coś podobnego?”. A potem dzielimy się tym, co każdy z nas ma w zapasie, przy czym maści są mniej potrzebne niż środki przeciwbólowe. Praktycznie wszyscy, a na pewno co drugi u nas w szatni coś bierze.

Czyli prócz chlebem i solą, dobrze jest witać oldbojów Ibupromem i Nimesilem?

- Dokładnie tak (śmiech). To jest dobre. Tytuł już pan ma gotowy!

A jakbyście w niedzielę zamiast na Stadionie Śląskim na Niemców, wyskoczyli w Kownie na Litwinów, wynik nie byłby z góry przesądzony?

- Nieee... Litwa nie jest aż taka słaba, żeby dali jej radę pięćdziesięciolatkowie! Całkiem dobrze Litwini radzili sobie w ostatnim meczu z Holandią. W domu przegrali tylko 2:3, a gdyby nie Memphis Depay, to może sensacja stałaby się faktem. Ostatnio jednak przegrali z Finlandią, ale z całym szacunkiem – śmichy-chichy po raz kolejny, ale w niedzielę nasi reprezentacyjnie następcy muszą zrobić swoje. Jeżeli zlekceważą przeciwnika, mogą mieć problem.

Musimy być maksymalnie skoncentrowani bez względu na to, czy gramy z Litwą, czy z Holandią na wyjeździe?

- Absolutnie nie można sobie pozwolić na lekceważenie rywala; na to, co stało się w którymś momencie z pewnymi siebie Holendrami, ale oczywiście nie powinniśmy się przesadnie obawiać Litwinów.

Zawsze mnie intrygowało to „lekceważenie rywala”, o którym pan wspomniał w przypadku Holendrów. Polaków to również, choćby tylko czasami, dotyczy?

- Szczerze mówiąc nie spodziewam się niemiłej niespodzianki, takiej jak w meczach z Mołdawią, by nie wywlekać innych „brudów”. Jest powiew świeżości w kadrze Jana Urbana. To się od razu czuło i czuje. W pierwszych dwóch meczach pod jego wodzą nieźle to wyglądało, co nie znaczy, że teraz już będzie lekko, łatwo i przyjemnie. Takie podejście byłoby zgubne. Nie wolno w żadnym elemencie odpuścić. Potrzebna jest niesamowita koncentracja, choć wydaje mi się, że nasz zespół już doskonale zdaje sobie z tego sprawę.

Często jednak następuje takie samouspokojenie - że tym wyrazem zastąpimy „lekceważenie”...

- To nie wychodzi z arogancji. Patrzysz po prostu na rywali i myślisz sobie: „Litwa, Łotwa...”, a w głowie dzwoni: „OK, mamy lepszych piłkarzy, na pewno będzie dobrze”. A potem wychodzisz na boisko, przez 10, 20, 30 minut nie strzelasz gola i nagle robi się nerwowo. Zaczyna się myślenie, że trzeba wziąć się do roboty, bo czas ucieka. I... dalej nie idzie. Tutaj nie chodzi o lekceważenie w klasycznym znaczeniu tego słowa: „A bo my gramy w topowych klubach, a oni gdzieś tam na peryferiach futbolu”. Absolutnie nie. Chodzi o samouspokojenie, samozadowolenie, poczucie własnej wartości i przekonanie, że nic złego się nie wydarzy. To trzeba oddzielić od siebie: samozadowolenie a lekceważenie, bo to zupełnie inne pojęcia. Oczywiście Holendrzy lekceważą. To wiem na pewno, bo oni mają taką naturę, patrzą z góry na innych. Natomiast w nas, Polaków, wstępuje od czasu do czasu - to powtarzam po raz kolejny - samozadowolenie.

Ostatnio nie mieliśmy takich problemów, bo cały czas gramy o stawkę z nożem na gardle.

- Bez względu na cokolwiek: przed Litwą obowiązuje koncentracja i wewnętrzna mobilizacja na maksa. Musimy polegać nie na naszych indywidualnościach, ale na całym zespole, co na szczęście widzieliśmy w dwóch poprzednich meczach. Z Holandią i Finlandią to był zespół, dobrze funkcjonujący kolektyw, nie tylko uzależniony od jednego zawodnika. Indywidualności, które naturalnie mamy w drużynie, wpasowały się doskonale w całość. Jeśli będziemy kontynuować tę pracę, myślę, że naprawdę będzie dobrze.

Komentuje pan w TV eliminacyjne występy młodzieżowej reprezentacji Polski pod skrzydłami Jerzego Brzęczka, więc zapytam jeszcze o nasze talenty. Idzie szeroką ławą perspektywiczna młodzież, żeby wymienić tylko Jana Ziółkowskiego i Oskara Pietuszewskiego. Oni zastąpią pokolenie Lewandowskiego i podniosą Polskę w rankingach?

- Z jednej strony żyjemy nadzieją, że tak będzie, a z drugiej przypomnijmy sobie jak jeszcze kilka miesięcy temu liczyliśmy na reprezentację U-21, która na mistrzostwach Europy miała zaprezentować dobry futbol i być groźnym rywalem dla kontynentalnej czołówki. Mówiliśmy o niej w samych superlatywach, a mecze z drużynami z najwyższej półki – ale też i z Gruzją - pokazały, że do tej czołówki nam daleko. Obecna reprezentacja U-21 - z Jurkiem na czele - jest po to, aby doprowadzić jak największą liczbę zawodników do zespołu narodowego. Nie chcę rzucać nazwiskami - choć o Pietuszewskim mówią wszyscy – bo szkolenie to dłuższy proces. Na razie Kacpra i kolegów za bardzo bym nie głaskał.

Ma jeszcze czas, niech rozwija się w U-21” - tak Jan Urban tłumaczył brak Pietuszewskiego w kadrze. Ma rację?

- Bardzo podoba mi się decyzja trenera Urbana o braku powołania dla Pietuszewskiego. Wydaje mi się, że trzeba go chronić przed nadmiernym rozgłosem, a prędzej czy później i tak trafi do pierwszej reprezentacji. Nie tylko on. Trafią też inni, bo mamy sporo utalentowanych chłopaków. Rośnie też bardzo ciekawy Kacper Potulski z Mainz, który już zadebiutował w europejskich pucharach. Niemcy rozpływają się nad 17-latkiem. To będzie bardzo dobry piłkarz w linii obrony (jest stoperem – przyp. red.). Na poszczególnych pozycjach pierwszej reprezentacji mamy ograniczenia, więc czym więcej młodych piłkarzy, nie tylko z U-21, będzie wchodzić do pierwszych zespołów i grać w ekstraklasie, a potem w młodzieżowych reprezentacjach, tym lepiej dla Polski. Cieszę się, że właśnie Jurek Brzęczek - trener z doświadczeniem i dobrymi wynikami w zespole narodowym, doskonale wiedzący, czego młody zawodnik potrzebuje, by wskoczyć na pułap reprezentacyjny, prowadzi teraz naszą młodzieżówkę.

rozmawiał Zbigniew Cieńciała

GWIAZDY ZAŚWIECĄ!

Matthaeus, Dudek, Basler, Kosowski, Kiessling, Bąk, Podolski, Wasilewski – i wiele innych znanych nazwisk, które czarowały w polskm  i niemieckim futbolu na przełomie wieków, wybiegnie w niedzielę na Stadionie Śląskim. Mecz legend rozpocznie się o godz. 15.00, a organizatorzy liczą na ponad 20-tysięczną frekwencję. Ci, którzy zjawią się na trybunach, będą mogli liczyć na piłki z autografami (jeśli takowe złapią!) czy na podpisane przez gwiazdy bilety (tylko papierowe, na smartfonach to nie zadziała...). Polskę będzie prowadził Jerzy Engel, Niemców – Markus Babbel. To nie pierwsze takie wydarzenie w naszym kraju w ostatnim czasie, ale jak widać – i co pokazał także Ronaldinho Show – cieszą się one sporym zainteresowaniem!

(PT)

Radosław Gilewicz (ur. 8 maja 1971)wychowanek GKS-u Tychy, który po efektownym debiutanckim sezonie w Ruchu Chorzów (15 goli w 31 meczach ekstraklasowych) rozpoczął karierę na Zachodzie. W Niemczech grał w VfB Stuttgart (zdobył puchar kraju) i Karlsruher SC, w Austrii – w Tirolu Innsbruck (trzykrotne mistrzostwo i korona króla strzelców), Austrii Wiedeń (mistrzostwo i dwukrotnie puchar), FC Pasching i SV Lackenbach. Po powrocie do Polski zaliczył jeszcze epizod w Polonii Warszawa. Jako trener pracował – w roli asystenta – w kadrze U-15 i U-17. Za kadencji selekcjonerskiej Jerzego Brzęczka był w sztabie szkoleniowym reprezentacji, w roli „koordynatora sportowego”. Ceniony komentator telewizyjny, bohater filmu dokumentalnego „Radogol”.

Fot. Adam Starszyński / Press Focus

Lukasa Podolskiego - tu z Pucharem Świata za triumf w mundialu 2014 - też zobaczymy na murawie Kotła Czarownic. Fot. Frame/Press Focus