Sport

Wiem, ale nie powiem

Z DRUGIEJ STRONY - Kacper Janoszka

Mija 26. dzień oczekiwania na wybór nowego selekcjonera reprezentacji Polski. 12 czerwca rezygnację z tej funkcji złożył Michał Probierz i od tego momentu czekamy, aż nad siedzibą PZPN-u pojawi się biały dym. Prezes Cezary Kulesza trzyma kibiców w niepewności. Na początku rzucił bez zastanowienia nazwiska czterech kandydatów i wydawało się, że spośród nich będzie wybierał. Selekcjonerem mieli zostać: Jerzy Brzęczek, Adam Nawałka, Jan Urban lub Jacek Magiera. Tymczasem już teraz możemy śmiało powiedzieć, że była to zasłona dymna, skoro od wypowiedzenia tych słów minęło kilkanaście dni i dowiedzieliśmy się, że Kulesza próbował namówić na pracę z reprezentacją Macieja Skorżę. Ten odmówił, więc czekamy. W weekend doczekaliśmy się na informację o tym, że prezes wybrał już selekcjonera, ale jego nazwiska nie ujawnił. Nic nie wiemy, ale czy to kogokolwiek dziwi?

W końcu to znana zagrywka Kuleszy. Jest cierpliwy, gra na zwłokę, gubi trop. Wydaje się, że wybór selekcjonera jest dla niego całkiem niezłą zabawą. Tak właśnie bawił się na przełomie 2022 i 2023 roku. Najpierw nie przedłużył umowy z Czesławem Michniewiczem, o czym poinformowano 22 grudnia 2022. Później dziennikarze zaczęli znajdować poszlaki. Co ciekawe, w przestrzeni publicznej pojawiały się podobne nazwiska trenerów, jak teraz. Kandydatami byli Jan Urban i Adam Nawałka. Później do prasy zaczęły docierać wiadomości o tym, że selekcjoner będzie obcokrajowcem. Kulesza miał mieć czterech głównych kandydatów: Herve Renarda, selekcjonera Arabii Saudyjskiej, Roberto Martineza, który wówczas kończył pracę z reprezentacją Belgii, Vladimira Petkovicia, który przez lata był opiekunem Szwajcarów, oraz Paulo Bento, który kończył współpracę z południowokoreańskim związkiem piłkarskim. To spośród nich miał wybierać Kulesza, po czym 23 stycznia na lotnisku w Warszawie został zauważony Fernando Santos, a dzień później został oficjalnie przedstawiony jako nowy selekcjoner. Okres bezkrólewia w reprezentacji trwał 33 dni. Przez ten czas z PZPN-u nie wypłynęły żadne prawdziwe informacje, robiono uniki, zwodzono, fenomenalnie bawiono się, a wszystko po to, żeby wybrać selekcjonera, który nie został dobrze prześwietlony, którego za bardzo nie interesowała praca w naszym kraju i którego trzeba było po kilku miesiącach zwolnić.

Czemu więc służy przeciąganie wyboru trenera Biało-czerwonych? Czemu służy ta aura tajemniczości? Nie korzysta na tym ani PZPN, ani reprezentacja, ani nowy trener, ani kibice. Przede wszystkim niepotrzebnie skraca się czas selekcjonerowi na pracę. Jasne, przez ostatnie tygodnie trwał sezon ogórkowy, a na boiska wybiegali tylko uczestnicy Klubowych Mistrzostw Świata. Ale w tym czasie nowy przywódca reprezentacji mógłby już coś zrobić. Przecież jego praca nie polega tylko na tym, że jeździ na mecze i ogląda potencjalnych reprezentantów. Czesław Michniewicz zanim rozegrał pierwszy mecz, zrobił tournee po Europie, żeby spotkać się z najważniejszymi członkami reprezentacji i porozmawiać o drużynie. Nowy selekcjoner już mógł mieć takie rozmowy za sobą. Już mógł zastanawiać się nad ustawieniem zespołu. Już mógł podjąć decyzję o tym, czy Robertowi Lewandowskiemu należy przywrócić opaskę kapitana po tym, jak odebrał mu ją Michał Probierz przed podaniem się do dymisji, czy może powinna ona już zostać na ramieniu Piotra Zielińskiego. Tymczasem w tym tygodniu Legia Warszawa rozpoczyna zmagania w europejskich pucharach, za nieco ponad tydzień ruszają zmagania ligowe, a na oficjalny komunikat w sprawie wyboru selekcjonera wciąż się nie doczekaliśmy.