Waldek i Miłosz
Z DRUGIEJ STRONY - Dariusz Leśnikowski
Podobno nigdy nie zapomina się pierwszej miłości, a przez całe życie najchętniej wraca się do muzyki z lat młodzieńczych... Nie wiem, czy te stare prawdy wciąż jeszcze obowiązują w obecnym, pędzącym przed siebie na złamanie karku i trochę bez celu, świecie. Pewne jest natomiast, że nawet po dekadach z rozrzewnieniem wraca się do pierwszych kibicowskich uniesień, pierwszych – nawet tych nieoczywistych – boiskowych idoli, pierwszych nocy zarwanych dla obejrzenia futbolowego widowiska.
Dla ramoli z mojego pokolenia „mitem założycielskim” w życiu kibica był mundial España'82. Fenomenalny Thomas N'Kono fruwający między słupkami i doprowadzający do rozpaczy polskich snajperów; bajeczna akcja Bońka z Buncolem w meczu z Peru, zakończona strzałem „Krupnioka” pod poprzeczkę Ramona Quirogi; śp. Włodek Smolarek tańczący przy chorągiewce rożnej z trzema rywalami z napisem CCCP na koszulkach; Paolo Rossi doprowadzający mnie do złości połączonej z rozpaczą zawiedzionych nadziei na finał; wreszcie kapitalny gol śp. Janusza Kupcewicza, pieczętujący polski „brąz”. O hat-tricku „Zibiego” z Belgami nawet nie wspominam, bo to oczywista oczywistość i klasyka gatunku.
Był w składzie tamtej ekipy także Waldemar Matysik. Człowiek, bez którego – potwierdzał to wielokrotnie sam Antoni Piechniczek – owego trzeciego miejsca w turnieju i medali pewnie by nie było. Za zaszczyt poczytuję sobie, że wiele lat później moja zawodowa droga przecięła się z jedną z jego wizyt w Polsce (od prawie czterech dekad mieszka i pracuje za granicą), a on sam – skromny, ale pełen emocji; cichy, ale potrafiący wybuchnąć radością po wygranej polskiej reprezentacji albo jego ukochanego Górnika – wyciągnął rękę i powiedział: „Waldek jestem”.
Skąd nagle skojarzenie z Waldkiem? Ano mocno zaakcentował swą obecność w – wyjątkowej? - reprezentacji młodzieżowej inny Matysik. Miłosz, lat 21. Rodem co prawda nie ze Śląska, lecz z odległego Podlasia, ale „synek charakterny choby ślonskie fuzbaloki”, o których piszemy w tym numerze „Sportu”. Na mundial pewnie mu jeszcze daleko, ale już do igrzysk olimpijskich wespół z kolegami z młodzieżówki wykonał cztery znaczące kroki. W powodzi „ochów” i „achów” - jak najbardziej zasłużonych – dla Pieńki, Pietuszewskiego, Kozubala i reszty ferajny – niezłomna postawa „Matysika II” być może nieco umknęła. Mnie zostały w pamięci oglądane na żywo jego interwencje w katowickim meczu z Czarnogórą: twardy zawodnik, dobrze czytający grę, łatający (nieliczne) dziury w naszych poczynaniach defensywnych.
Najbardziej ujął mnie jednak tym, że... wiedział, jakie znaczenie dla polskiej piłki ma nazwisko „Matysik”. - Osobiście nie miałem okazji go poznać. Ale wiem, że jest legendą Górnika, pamiętam baner z jego nazwiskiem pod dachem Areny Zabrze – wyznał bezpretensjonalnie piłkarz Arisu Limassol (gdzie, niestety, ostatnimi czasy sporo przesiaduje na ławce).
No właśnie; ta przynależność klubowa to jedyny „mankament” przy nazwisku wychowanka Jagiellonii... - Może kiedyś w Białymstoku też takie banery będą wieszać na stadionie? - zastanowił się jeszcze w naszej wymianie zdań „Matysik II”. My – gratulując Jadze efektów pracy z młodzieżą (Matysik, Faberski, Pietuszewski) – możemy doń jedynie zaapelować: „Wracaj, Miłosz, do domu. Za grę na Cyprze baneru w Białymstoku ci nie powieszą”...
