Sport

W hazardzie postawiłem na czerwone

Rozmowa z Rafałem Strączkiem, bramkarzem GieKSy, po jego ligowym debiucie w katowickich barwach

Rafał Strączek – bramkarz wysokich lotów. Fot. Daniel Vaquero/SIPA/PressFocus

Jest pan człowiekiem cierpliwym?

- Tak.

Pytam, bo w bramkarskim fachu to cecha niezbędna, ale jak się w wieku 9 lat wybiera piłkarską drogę, to się pewnie o tym nie myśli?

- Miałem jakieś 12 lat, kiedy mój kuzyn, z którym w mojej rodzinnej wiosce Wierzbna na Podkarpaciu kopałem piłkę na okolicznych łąkach, powiedział mi, że napastnikiem to ja raczej nie zostanę. Postawił mnie do bramki i tak zostało.

To było na łące, a w klubie ten wybór potwierdzili?

- Mój pierwszy trener, Paweł Drabik w JKS Jarosław, uznał, że nie będzie zmieniał mojego wyboru.

Za to pan ponoć w którymś momencie chciał to bronienie – a tak naprawdę siedzenie na ławie – rzucić w diabły. Prawda to?

- Za czasów mojej pierwszej przygody ze Stalą Mielec miałem trudny moment. Siedziałem na ławie, zarabiałem może 1500 złotych i zacząłem się zastanawiać nad swoją przyszłością, tym bardziej że wokół siebie słyszałem mnóstwo głosów: „Może zajmij się czymś innym; może to nie jest twoje powołanie?”.

Kto tak mówił?

- Rodzina, znajomi, koledzy. Sęk w tym, że nie bardzo miałem wtedy inny pomysł na siebie, więc odpowiadałem: „Spokojnie, jeszcze sobie daję szansę”.

Ale ponoć Holandia – niekoniecznie piłkarska – kusiła?

- No tak. Kuzyn tam właśnie wyjeżdżał do pracy. Na jakieś zbiory czegoś... Już nie pamiętam szczegółów, więc też się nad tym zastanawiałem. Koniec końców się na to nie zdecydowałem.

Czemu?

- W Stali moim trenerem był Bogusław Wyparło...

który w lidze grał już w wieku 16 lat. Opowieściami o sobie skusił pana do pozostania w fachu?

- Nie, bo nie był zbyt gadatliwym człowiekiem. Jak już mówił, to bardzo konkretnie: rzeczy, które bywały wskazówkami. Natomiast czułem, że traktuje mnie... trochę jak swojego syna. I tego „syna” chce wychować na mężczyznę, więc nie chciałem go zawieść wyjazdem, tym bardziej że powtarzał mi, iż ciężko pracując doczekam się szansy.

I pan mu ufał?

- Tak, choć czasami bolało. Musiało boleć, skoro wciąż nie grałem w pierwszej lidze, a do tego nie zarabiałem pieniędzy, które pozwalałyby mi się samodzielnie utrzymać. I nie wiedziałem, czy – mimo wkładanej pracy – szczęście się do mnie uśmiechnie.

Nie tylko więc cierpliwość daje sukces, ale i szczęście?

- W tym fachu tak - ciężka praca, szczęście i… okoliczności losu.

A kiedy po raz pierwszy poczuł pan, że jednak warto było czekać?

- Po awansie do ekstraklasy. Podpisałem wtedy nowy kontrakt, w nim była kwota, za którą już można było przeżyć.

Miał pan bramkarskiego idola?

- Ikera Casillasa. Pewnie dlatego, że nie był wielkiego wzrostu, za to miał megadynamikę. Czułem, że u mnie wygląda to podobnie.

I nigdy żaden trener nie czepiał się brakujących centymetrów?

- Kiedy przyjechałem na testy do Termaliki, trener Czesław Michniewicz przywitał mnie uśmiechem i pytaniem: „A nie za mały jesteś na bramkarza?”. „Ale za to szybki” - odpowiedziałem. W Stali ćwiczyłem z Sewerynem Kiełpinem, który też nie był wielkiego wzrostu, za to mocno pracował w siłowi. Nogi miał bardzo mocne, więc był dynamiczny, skoczny, szybki.

Wróćmy do cierpliwości. W 2022 podpisał pan kontrakt z Bordeaux.

- Tak, choć na stole leżały też oferty z Serie A, z Bundesligi, i z mocnych klubów naszej ekstraklasy.

Oferty czy zapytania?

- Oferty. Konkretne. Ale ta z Bordeaux była najkonkretniejsza i był w niej konkretny plan na mnie, który mi się spodobał.

Też ze słowem cierpliwość?

- Tak. Przewidywał, że przez pierwszy rok będę się przygotowywał do gry: uczył języka, oswajał z fizycznością tamtejszej ligi i jej techniką, uczył się jej też od strony mentalnej.

Trochę ryzykowne było podpisywanie umowy z klubem, który mógł spaść z Ligue 1...

- I spadł, choć wcześniej dyrektor Bordeaux zapewniał mnie, że tak się nie stanie. By to ryzyko „oswoić”, podpisałem umowę aż na pięć lat. Gdyby spadli, chciałem z nimi jak najszybciej wrócić do Ligue 1.

Ale po dwóch latach w Bordeaux posypało się finansowo, klubu nie dopuszczono nawet do Ligue 2. Podpisał pan wtedy umowę z GKS-em. I znów... cierpliwość: sprawdził pan wcześniej status Dawida Kudły?

- Wiedziałem, że Dawid tutaj już trochę gra, a dyrektor GKS-u wprost mi powiedział, że nikt mi miejsca w bramce nie zagwarantuje. W pełni się z tym zgadzałem: na wszystko trzeba sobie zapracować i zasłużyć. Przez cały rok cierpliwie czekałem na szansę. Wtedy nie przyszła, teraz się doczekałem.

Czy w takich sytuacjach wśród bramkarzy może być przyjaźń?

- Jasne że tak. Nie zawsze musimy się lubić, ale powinniśmy się zawsze szanować na tej pozycji. Być wsparciem dla konkurenta. Nigdy zresztą z żadnym bramkarzem w żadnym klubie nie byłem na wrogiej stopie. Generalnie wierzę w coś takiego, jak karma; w dobroć dla drugiego człowieka.

Wynotowałem z pańskich wywiadów dwa cytaty, które pokazują pana w innym świetle: „W młodości obracałem się w złym towarzystwie” oraz „Byłem młody, popełniałem dużo błędów, miałem głupie myślenie”...

- Rzeczywiście obracałem się wówczas w towarzystwie, które nie dawało mi perspektyw – stąd ta refleksja.

No to kto panem „potrząsnął”?

- Wspomniany trener Drabik, potem trener Jacek Mikłasz. Pokazali mi drogę, poukładali pewne rzeczy w głowie. No i trener Wyparło: faktycznie wychował mnie na mężczyznę. Dobrego mężczyznę, a z dawnych czasów do dziś zostało dwóch-trzech zaufanych przyjaciół, których lubię mieć blisko siebie.

Ludzie piłki pana „uratowali”?

- Tak. Nie miałem innego planu na siebie niż piłka. Jak w hazardzie – postawiłem na czerwone (śmiech). Powiedziałem sobie: chcę być bramkarzem i zagrać w Lidze Mistrzów!

To piękna pointa rozmowy. A obojętne panu, w jakich barwach? Czy jest jakiś konkret?

- Zawsze marzyłem o Manchesterze United.

No to rzeczywiście stawia pan na czerwone! „Czerwone Diabły” konkretnie.

- Jakiś sentyment dziecięcy do nich mam, to fakt!

Rozmawiał Dariusz Leśnikowski

Rafał Strączek (ur. 12 lutego 1999 r.) – wychowanek JKS Jarosław, w ekstraklasie 51 meczów w barwach Stali Mielec oraz jeden – w minionej kolejce – w GKS-ie Katowice. Do GieKSy dołączył ubiegłego lata, po dwuletniej przygodzie z Girondins Bordeaux.