Sport

Trener nie zagra

Rozmowa z Arkadiuszem Miszką, trenerem Górnika Zabrze.

Podbudowany udanymi dla siebie mistrzostwami świata Lukas Morkovsky wrócił do Zabrza z nowymi ambicjami. Fot. Marcin Bulanda/PressFocus

Jest pan zadowolony z ponadmiesięcznych przygotowań do zmagań na finiszu pierwszej fazy sezonu?

- To nie był łatwy okres dla zawodników, ale trzeba go było zaliczyć. Naładowaliśmy baterie. Dużo pracowaliśmy nad motoryką; sporo było biegania, chodziliśmy na siłownię. Musimy być gotowi na granie do końca sezonu. W tym okresie rozegraliśmy kilka meczów kontrolnych, sporo wygraliśmy, ale wyniki nie były najważniejsze. Ważne, że mogliśmy przećwiczyć z wracającymi do gry zawodnikami wiele elementów taktycznych. Okazało się na przykład, że musimy jeszcze popracować nad obroną, bo dużo rzucamy, ale i dużo bramek tracimy.

Czyli obrona będzie mocnym punktem drużyny?
- Na pewno! Wracamy do tego, co było wcześniej, czyli do mocnej defensywy i szybkiego kontrataku. To elementy, na których skupia się każdy trener, i my również na tym budujemy swoją grę. To zdecydowanie powinny być nasze mocne strony.

W jakiej kondycji psychofizycznej wrócili z mundialu rozgrywający Lukas Morkovsky i bramkarz Kacper Ligarzewski?

- Kacper wrócił zadowolony, choć w fazie grupowej nie wystąpił. Pojawił się dopiero w Pucharze Prezydenta IHF, w spotkaniach przeciwko Algierii, Kuwejtowi i Gwinei. Naturalnie chciałby grać więcej, bo to ambitny człowiek. Ja też uważam, że powinien dostać więcej szans niż było mu dane, ale najważniejsze, że pojechał na tak ważny turniej. To duża sprawa być na mistrzostwach świata.

Morkovsky chyba był bardzo zadowolony, bo dużo grał, a Czesi - remisując z Polakami 19:19 - awansowali do fazy głównej, pozbawiając nas tej szansy i zajęli wyższe, bo 19. miejsce.

- Był zadowolony. Grał regularnie, 50 minut na mecz. Dostał dużo szans, żeby się pokazać. To spore wyróżnienie i dowód zaufania od trenera Xaviera Sabate. Rzucił 19 bramek, miał 15 asyst. Jego postawa podczas mistrzostw świata zasługiwała na uznanie. Pokazał, że potrafi grać na wysokim poziomie. Powiedział, że turniej dał mu ogromne doświadczenie i dodatkową motywację do pracy. Lukas wystąpił we wszystkich spotkaniach, więc nic dziwnego, że wrócił potłuczony. Daliśmy mu trochę przerwy na regenerację, ale już jest gotowy do gry.

A prawoskrzydłowy Jakub Szyszko, który zdawało się, jest pewniakiem, a którego selekcjoner Marcin Lijewski w ostatniej chwili odesłał do domu?

- W reprezentacji nie ma pewniaków. Teraz będzie miał okazję, by udowodnić, że jednak zasłużył na kadrę.

Podobnie jak leworęczny rozgrywający Szymon Działakiewicz, który od 1 stycznia jest z wami?

- „Działo” wraca po długiej kontuzji, ale mamy nadzieję, że nam pomoże. Wiemy jednak, że nie będzie grał na 200 procent, ładnie, pięknie i skutecznie jak wcześniej. Na to potrzeba czasu.

Co z kontuzjowanymi zawodnikami, z Tarasem Minockim na czele? Są już do pańskiej dyspozycji? Skończyło się operacją skutecznego Ukraińca?

- Mamy prawie wszystkich, a jest jeszcze kilka dni, by dobrze przygotować się do dalszej części sezonu. Niektórzy wrócili po kontuzjach, o reprezentantach już mówiliśmy. Jedni wrócili szybciej, inni dłużej się wkomponowywali. Taras też powoli wraca. Przechodził rehabilitację, operacja kontuzjowanego, „rzutnego” barku nie była konieczna. Coś rzucał w grach towarzyskich, ale w meczach ligowych są inne wymagania. Zobaczymy. Do niedzieli i meczu z Kaliszem mamy jeszcze trochę czasu. Wtedy wszystko się okaże. Łatwo jednak nie jest.

Dlaczego?

- Odpadła nam bardzo ważna, wręcz kluczowa postać. Dmytro Ilczenko zerwał ścięgno Achillesa i w tym sezonie nie zagra. To dla nas duży problem, szczególnie na środku obrony, choć Dima jest zawodnikiem, który mało schodził z parkietu, ciągnąć też grę w ataku. Nie jest więc tak różowo. Trzeba łatać dziury.

Na to nie macie wpływu...

- Nie poddajemy się! Jak będzie nas dziesięciu, będziemy grali w dziesięciu. Albo w ośmiu i wtedy trzeba będzie dać z siebie kilka razy więcej. Tak to wygląda, taka jest piłka ręczna. Nie ma sensu płakać. Trzeba patrzeć przed siebie.

A jak już nie będzie kim grać, to trener Miszka wejdzie na boisko jak za dawnych lat...

- Ha, ha! Lepiej, żeby nie.

No dobrze, ale kontuzja Dimy chyba nie zmieniła waszych celów.

- Mieliśmy problemy i nadal je mamy, więc o celach nie mówimy. Albo powiem inaczej. Cel mamy jeden - bardzo byśmy chcieli być w pierwszej czwórce. To nasz cel, mimo słabej pierwszej połowy sezonu. To będzie bardzo trudne zadanie, choć nie niemożliwe. Wiem, że stać nas na to. Trzeba po prostu wyjść na parkiet, walczyć i zrobić swoje.

Najpierw jednak trzeba znaleźć się w czołowej ósemce, uprawniającej do gry w play offie.

- To dość szerokie zagadnienie. Paradoksalnie nikt nie myśli o ósemce, tylko walka rozgrywać się będzie o pierwszą szóstkę, bo wiadomo, że jak się zajmie 7. czy 8. pozycję, to trafi się na Kielce albo na Płock, a z tymi zespołami w kraju nikt nie wygrywa. Dlatego każdy mecz będzie bardzo ciężki. Nieraz się przekonaliśmy, że jak się przed szatnią wygrywa mecz, to na boisku wynik jest odwrotny. Mecz wygrany jest przegrany, więc nie możemy popełnić takich błędów.

Rozmawiał Zbigniew Cieńciała

CZY WIESZ, ŻE...

Do sztabu szkoleniowego Górnika dołączył Arkadiusz Kowalski, który będzie pełnił rolę drugiego trenera i kierownika zespołu. Kowalski to doświadczony trener oraz były zawodnik, wychowanek SMS Zabrze. W 2004 roku zadebiutował w najwyższej klasie rozgrywkowej, a trzy lata później dołączył do Olimpii Piekary Śląskie, gdzie występował przez kolejne trzy lata, po czym wrócił do Zabrza i awansował do Superligi, występując w 40 spotkaniach. W sezonie 2013/14 grał dla Viretu Zawiercie, w latach 2014–19 ponownie reprezentował Olimpię, a na zakończenie kariery dołączył do Zagłębia Sosnowiec. Po rozstaniu z parkietem szkolił juniorów młodszych Górnika, poprowadził drużynę do mistrzostwa Polski. W ostatnich sezonach prowadził Zagłębie Sosnowiec i Grunwald Ruda Śląska.

Arkadiusz Miszka chciałby grać o jak najwyższe cele. Fot. Marcin Bulanda/PressFocus