Sport

To nie jest nasze miejsce

Mundialowy show trwać będzie do niedzieli, ale już bez Biało-czerwonych, którzy zakończyli turniej w minorowych nastrojach.

W tym momencie nasi reprezentanci wiedzieli, że koniec zwieńczył „dzieło”. Fot. Paweł Bejnarowicz/PressFocus

MISTRZOSTWA ŚWIATA MĘŻCZYZN

Gdy wybrzmiała ostatnia syrena wtorkowego meczu ze Stanami Zjednoczonymi i Paweł Paterek odebrał nagrodę dla MVP, nasi reprezentanci zbili „piątki” z rywalami, by jak najszybciej znaleźć się w szatni. Będąc w jej okolicy, zostali zawróceni przez spikera, który przypomniał, że mają jeszcze do odebrania Puchar Prezydenta IHF, nagrodę pocieszenia dla zespołu, który uplasował się na 25. pozycji. Niechętnie i w większości ze spuszczonymi głowami ustawili się na środku boiska, po czym kapitan Arkadiusz Moryto, z rąk członkini zarządu IHF, Szwedki Anny Rapp, odebrał efektowne trofeum.

Zwykle podczas tego typu ceremonii puchar przechodzi z rąk do rąk, jest pieszczony i całowany, ale w przypadku naszych szczypiornistów nic takiego nie miało miejsca. Moryto zdobył się jedynie na to, aby unieść go nad głowę, a jego koledzy i członkowie sztabu w tym samym momencie podnieśli ręce, lekko się uśmiechając. Dotarło do nich bowiem, że w tym turnieju „coś” jednak zdobyli, a jego koniec zwieńczył „dzieło”. Nie o takie „dzieło” jednak chodziło wszystkim związanym ze szczypiorniakiem w naszym kraju. Jeden Puchar Prezydenta IHF już bowiem stoi w gablocie przy Puławskiej, wywalczony w 2017 roku na mistrzostwach we Francji, co pamiętają wspomniany Moryto, Maciej Gębala, Adam Morawski oraz Jerzy Buczak, który w roli fizjoterapeuty naszych reprezentantów pracuje od zawsze, i pamięta trzy mundialowe medale. Jak się czuł we wtorkowy wieczór, łatwo się domyślić.

Przed ośmioma laty Polacy, pokonując Argentyńczyków, wywalczyli 17. miejsce, co już uznano za klęskę. Jak więc określić finisz o 8 pozycji niżej na tegorocznym czempionacie? Wiele porównań ciśnie się na usta, większość obraźliwych i nieparlamentarnych. Kibice są wściekli, w sieci wrze, eksperci i ci, którym zależy na dobru reprezentacji, a swego czasu osiągali z nią sukcesy, uważają, że niżej upaść już się nie da i potrzebne są zmiany. Nie brakuje takich, którzy żądają dymisji selekcjonera Marcina Lijewskiego, ale jego ewentualnego następcy nie potrafią wskazać. Czy dymisja szkoleniowca, który niespełna dwa lata temu podpisał - z byłym już prezesem ZPRP Henrykiem Szczepańskim - umowę do końca lutego 2028 roku, stanie się lekiem na całe zło? Niekoniecznie, bo już w połowie marca Biało-czerwonych czeka dwumecz z silnymi Portugalczykami, w ramach eliminacji mistrzostw Europy 2026 i na personalną rewolucję zwyczajnie nie ma czasu; przypomnijmy, że w grupie mamy Izraelczyków (domowy remis z nimi na inaugurację eliminacji był wypadkiem przy pracy, rewanż w maju) i Rumunów (zwycięstwo na wyjeździe, rewanż w maju).

Z jednej strony wypada pozwolić dokończyć jednemu z najlepszych szczypiornistów w historii misję „awans na Euro 2026”, a z drugiej dzień przed mundialem prezes Sławomir Szmal ocenił, że miejsca 9-14 są jak najbardziej realne dla ekipy „Szeryfa”, który obejmując kadrę deklarował progres w każdym roku. Progresu nie ma, więc los selekcjonera jest w rękach zarządu, a jego szef zapowiedział, że „koleżeństwo nie będzie odrywało żadnej roli”. - Nikt z nas nie ma wątpliwości, że 25. miejsce na świecie to nie jest nasze miejsce. Żeby być wyżej i w zupełnie innym nastroju, zabrakło nam jednej bramki... - ocenił na gorąco Lijewski, mając na myśli zremisowany mecz z Czechami. I trudno się z selekcjonerem nie zgodzić.

Marek Hajkowski