Sport

Testowanie i szlifowanie w jednym

Rozmowa z Antonim Piechniczkiem, byłym selekcjonerem, zdobywcą trzeciego miejsca na świecie z reprezentacją Polski w 1982 roku

Antoni Piechniczek jak zwykle całym sercem jest za reprezentacją Polski. Fot. Marcin Bulanda / Press Focus

Przed nami dwa mecze reprezentacji i jednocześnie sytuacja, w jakiej Jan Urban jako selekcjoner jeszcze się nie znalazł: najpierw mecz towarzyski, pierwszy za jego kadencji, a zaraz potem znów twardy bój o punkty w walce o mundial. Czy po tak udanym początku mógłby pojawić się problem z zachowaniem koncentracji w tych spotkaniach? Litwa nie wydaje się wielu specjalnie mocna i to miałoby tę koncentrację osłabiać. Piłkarze przekonują jednak, że nie trzeba się o to w ogóle martwić.

– Wiadomo, że zawodnicy muszą być bardzo skoncentrowani, ale pojęcie koncentracji jest bardzo rozległe, wiele zależy od tego, kto o niej mówi… Oczywiście trzeba pamiętać, że piłkarze walczą o miejsce w reprezentacji, nikomu nic nie jest dane raz na zawsze. Dlatego ciągle muszą udowadniać swoją przydatność. Nawet ci najbardziej doświadczeni, utytułowani, grający w renomowanych klubach, widząc że Jan Urban im zaufał, z pewnością zdają sobie sprawę, że nie mają pewnego miejsca. Myślę jednak, że koncentracji sprzyja poprawa atmosfery wokół reprezentacji, że Urban, w kolejnej roli – tym razem jako selekcjoner – udowodnił, że zna się na piłce, przypomina, że z niejednego pieca futbolowego chleb jadł… Ważne, że piłkarze nie są w stanie go niczym zaskoczyć, on to wszystko sam przeżył – zarówno jako piłkarz, jak i trener, co ważne, również w Europie Zachodniej. Nikt nie może więc powiedzieć, że to przypadkowy człowiek na tym stanowisku.

Dzięki temu jest w dobrym tego słowa znaczeniu pewny siebie i nie musi nikomu niczego udowadniać?

– Dokładnie tak.  Ale wróćmy do koncentracji: Urban ogłosił, że w pierwszym meczu z Nową Zelandią na Stadionie Śląskim da szansę piłkarzom, którzy grali dotąd mniej lub w ogóle. Myślę, że spotkanie w Chorzowie będzie doskonałym testem: tak jak Urban będzie chciał grać z Litwą, tak pewne fragmenty tego sposobu gry być może będzie chciał zobaczyć z Nową Zelandią. W myśl założenia: „Spróbujcie zagrać tak, żeby pewne założenia potrzebne przy Litwie przetestować, a ci, którzy teraz nie zagrają, niech uważnie się przyglądają, żeby w razie potrzeby wiedzieć, o co chodzi”. Warto tak zadziałać, żeby w trudniejszym meczu, na trudniejszym boisku, bo w meczu o punkty, mieć już pewne rozwiązania przetestowane.

No właśnie: czyli mecz z Nową Zelandią ma być bardziej okazją do szlifowania czy do testowania?

– Do jednego i drugiego! Jeśli to, co sobie zaplanowaliśmy, wyjdzie w spotkaniu w Chorzowie, jest duże prawdopodobieństwo, że wyjdzie również w wyjazdowym meczu z Litwą. Jeśli jakiś piłkarz zagra świetnie z Nową Zelandią, to automatycznie jest duże prawdopodobieństwo, że tak też wystąpi z Litwą. Uważam jednocześnie, że to nie może być tylko test dla tych, co dotychczas u Urbana nie grali. Nie! To jest przede wszystkim test dla selekcjonerskiej koncepcji – po to, żeby potem wygrać ten istotny mecz z Litwą.

Zgodzę się z panem. Najważniejsze ogniwa tej drużyny trzeba wprawić w ruch.

– Dokładnie tak. Myślę, że trener Urban będzie chciał ograniczyć się do wąskiego grona piłkarzy. Może nie do czternastu, ale, dajmy na to, osiemnastu zawodników. Takich, na których będzie chciał oprzeć drużynę na mistrzostwach, po ewentualnym awansie na mundial.

Tak naprawdę w meczu z Litwą może użyć prawie tego samego składu, który zagrał z Holandią i Finlandią. Wyjątkiem jest kontuzjowany Nicola Zalewski. Jego może zastąpić całkowicie nowy zawodnik w kadrze Urbana – Michał Skóraś, który ostatnio świetnie spisuje się w Gent.

– Z pewnością Urban musi mieć kogoś nowego na lewym wahadle pod nieobecność Zalewskiego. Ustalenie tego z pewnością będzie jednym z zadań meczu z Nową Zelandią.

A kto będzie strzelał ewentualne karne?

– Ten, kto się najlepiej czuje. Można zadać to pytanie Robertowi Lewandowskiemu, który z pewnością przeżywa ostatnią porażkę i niewykorzystany rzut karny w meczu Barcelony. Nawet po tamtym spotkaniu chciałem do pana zadzwonić… Zastanawiam się, co by było, gdyby wtedy podszedł do świetnie tego dnia dysponowanego kolegi z ataku Marcusa Rashforda i powiedział: „Ty strzelaj”. Mógł tak zrobić. Bo prawda jest taka, że tego dnia Lewandowski był niedysponowany, co się zdarza. Przy tym karnym bramkarz go zaskoczył tym, że go wyczekał, a dotąd z reguły było odwrotnie… Polak tego dnia nie potrafił znaleźć sobie miejsca na boisku, cięli go i przewracali. Rozumiem Lewandowskiego, że tego karnego chciał strzelać po to, żeby przerwać niepomyślną passę ligowych meczów bez gola. Ale gdyby oddał piłkę Rashfordowi, wszyscy mówiliby, że dobrze zrobił. Gdybym był wtedy na ławce, krzyknąłbym: „Oddajcie piłkę Anglikowi, jemu dziś wszystko wychodzi”. W każdym razie, jeśli chodzi o reprezentację Polski, z pewnością kolejność podchodzenia do ewentualnych karnych zostanie ustalona, jeśli jeszcze nie została.

Trener Urban powołał na te mecze 25 piłkarzy, w tym czterech z ekstraklasy.

– Kiedyś, za moich czasów, te proporcje były odwrotne…

Martwi pana ta tendencja?

– Martwi, oczywiście, że tak. Dziś w polskiej ekstraklasie jest więcej obcokrajowców niż Polaków. Jeśli weźmiemy pod uwagę klasyfikację strzelców, to czterech najlepszych obecnie pod tym względem piłkarzy to sami obcokrajowcy (Jesus Imaz z Jagiellonii, Mikael Ishak z Lecha, Ousmane Sow z Górnika i Filip Stojilković z Cracovii – przyp. aut.). W przyszłości może być tak, że trzon reprezentacji będą tworzyć piłkarze, którzy nie zagrają nawet meczu w naszej ekstraklasie: albo będą potomkami polskich emigrantów, albo – co jest bardziej prawdopodobne – będą wybijać się jako nastolatkowie i zostaną sprzedani za granicę, zanim zdążą zadebiutować w dorosłej piłce ligowej u nas. Dla polskiej piłki byłoby świetnie, gdyby działacze wypuszczali z naszego kraju takich piłkarzy, którzy są na tyle dobrzy, że debiutują w reprezentacji. Oczywiście nie chodzi o regulacje prawne w tym zakresie, to jedynie moje przemyślenia. Dawno temu rozmawiałem o zagranicznych transferach z Walerijem Łobanowskim (zmarłym w 2002 roku wybitnym radzieckim trenerem ukraińskiego pochodzenia – przyp. aut.). Dziwił się, że sprzedajemy w Polsce piłkarzy, ile wlezie, że tanio. Lepiej rzadziej, ale za znacznie większe pieniądze… Przykładem Serhij Rebrow, który w 2000 roku przeszedł z Dinama Kijów do Tottenhamu za 18 mln dolarów. Dlatego, jeśli dziś bym rządził – co oczywiście mi nie grozi – którąś ze szkółek piłkarskich jednego z najmocniejszych klubów w Polsce, to nie rozpatrywałbym nawet ofert za młodzieżowców na poziomie 3-4 mln euro. Poczekałbym, aż zostanie reprezentantem Polski i sprzedał za 13-15 mln.

W związku z tendencjami w futbolu, o których dyskutujemy, coraz trudniej w reprezentacyjnej piłce o piłkarzy z tego samego klubu, choćby o pary klubowe. Tymczasem taka nieoczekiwanie wróciła i nie są to piłkarze z ekstraklasy.

– Wychodzi na to, że działacze Porto wykonali świetny ruch, sprowadzając obrońców Jana Bednarka i Jakuba Kiwiora. To ogromny plus dla Portugalczyków, dobrze, że ich dostrzegli. W Anglii grali ogony, Bednarek w reprezentacji nie spisywał się dobrze. A teraz odżyli i reprezentacja Polski na tym zyskuje.

W Polsce ciągle grają bardzo utalentowani chłopcy, na przykład 17-letni Oskar Pietuszewski z Jagiellonii, o którym ostatnio jest głośno. Niektórzy chcieliby go już widzieć w pierwszej reprezentacji. Jan Urban przyznał, że podziwia jego umiejętności, dorosłość w grze, ale uznaje, że moment na debiut w przypadku tego chłopaka jeszcze nie nadszedł…

– I ma do tego jako selekcjoner pełne prawo! Bierze za wyniki pełną odpowiedzialność, więc on decyduje o personaliach. Skoro uznał, że to dla Pietuszewskiego jeszcze nie ten moment, to… wypada się z nim zgodzić i koniec! To selekcjoner decyduje o personaliach, a w przypadku Urbana trzeba podkreślić, że wybory mu wychodzą. Weźmy choćby Przemysława Wiśniewskiego, który wcześniej w reprezentacji nie grał, a nagle dostał szansę z Holandią. I wyszło! O formie piłkarza przekonał się podczas tych kilku wspólnych treningów przed meczem. Okazało się, że Wiśniewski jest skoczny, zwrotny,  zdecydowany. Urban musiał go tylko psychicznie przygotować do gry. Liczy się jedynie forma i trener Urban o tym doskonale wie. Sam też kiedyś zdecydowałem się na nieoczekiwaną zmianę przed ważnym meczem eliminacyjnym. W 1985 roku w wyjazdowym meczu eliminacji mistrzostw świata  z Grecją zdecydowałem się wystawić Kazimierza Przybysia z Widzewa. Wystawiłem go zamiast renomowanego i doświadczonego Władka Żmudy, którego posadziłem na ławce. Przybyś wyglądał wtedy świetnie i się sprawdził. Kiedy człowiek siedzi w tym, co robi, utożsamia się z tym, co robi – na podstawie treningów, na podstawie obserwacji, wie też, co dla  reprezentacyjnej drużyny jest najlepsze. A to ona jest przecież w końcu priorytetem.  Jeśli chodzi o te eliminacje, tylko teoretycznie możemy wyprzedzić Holandię, raczej czeka nas drugie miejsce. Przypuszczam, że wszystko wyjaśni się w barażach; wierzę, że Jan Urban wywalczy ten awans. Tu jestem optymistą.

Rozmawiał Paweł Czado