Teraz kibicuję Amandzie!
MUCHA NIE SIADA - Tomasz Mucha
Korty All England Club w Londynie to fajerwerk próżności, a powabowi damskich perfum, szerokich kapeluszy, bąbelków w butelkach i truskawek z makaronem trudno się oprzeć – wiem, co mówię, zasmakowałem parę lat temu. Trudno mi sobie jednak wyobrazić, żeby jakaś popularna polska aktorka, piosenkarka czy inna celebrytka ostentacyjnie na korcie centralnym w wimbledońskim finale kibicowała Amandzie Anisimovej, czyli Amerykance, a nie Polce.
Wyobrażacie sobie Małgorzatę Kożuchowską, Izabelę Kunę, Joannę Kulig albo taką Elizę Rycembel w boksie tenisistki z Florydy? Ooo, to byłaby dopiero narodowa drama! Delikwentka zostałaby bez dwóch zdań z miejsca odsądzona od czci i wiary, wyklęta, zwyzywana w przymiotnikach, od których uszy więdną, a polujące na niemieckiej granicy watahy Bąkiewicza przefrunęłyby migusiem na skrzydłach głupoty nad Kanałem La Manche, by rozprawić się ze zdradziecką personą, niegodną polskiej flagi, paszportu i racji stanu. Znalazłyby się też zapewne od razu papiery dowodzące, że zdrajczyni, nawet jeżeli nie miała babci w Wehrmachcie, to w prostej linii wywodzi się przynajmniej od grafa Ulricha von Jungingena.
Tymczasem taka Courtney Cox, popularna amerykańska aktorka, która zasłynęła z serialu „Przyjaciele”, jak gdyby nigdy nic usiadła sobie wśród najbliższych Igi Świątek i po triumfalnej wiktorii polskiej tenisistki jako jedna z pierwszych – zaraz po papie Świątku i siostrze Agacie – wyściskała naszą narodową bohaterkę! Zgadza się, aktorka Cox wcale nie pocieszała totalnie rozbitej i upokorzonej na korcie swojej rodaczki Anisimovej, która nie sprostała roli finalistki w Wielkim Szlemie, lecz dokładnie odwrotnie: celebrowała polski sukces, polską tenisistkę, tę zdecydowanie lepszą w to pamiętne sobotnie popołudnie 12 lipca Anno Domini 2025, ledwie trzy dni przed 615. rocznicą wspaniałego zwycięstwa wojsk polsko-litewskich nad Krzyżakami…
Nie przeczytałem, ani nie usłyszałem żadnego złego komentarza o pani Cox i jej polsko-świątkowych preferencjach, nie znalazłem apelu, by spadała do kraju białych niedźwiedzi człapiących po ulicach czy zamieszkała w mazowieckim Raszynie, skoro jej tak miło było porzucić świętą „Stars and Stripes” dla jakiejś Biało-czerwonej. I nawet mający w głębokiej pogardzie celebrycki establishment Hollywoodu Donald Trump nie wyraził się wobec zachowania aktorki w żaden sposób, co musi być odczytane jako milcząca aprobata.
Nie mamy pełnych informacji, skąd uwielbienie pani Courtney dla Igi, a jego jawny brak dla Amandy – czy chodzi o rosyjskie korzenie Anisimovej (wątpliwe), czy raczej to wzajemność słynnej aktorki, a niespełnionej tenisistki, wobec młodej Polki, która kiedyś wyznała, że jest fanką wspomnianych „Przyjaciół”, a potem panie miały okazję spotkać się kilka razy towarzysko, zagrać nawet mini-mecz na ulicznym korcie w Paryżu, i czasem wymieniają się wiadomościami w internetowych komunikatorach. To wszystko w sumie bez znaczenia – gołe fakty są takie, że znana Amerykanka w meczu Amerykanki z Polką fetowała sukces Polki. Świat mimo to się nie zawalił, świat zwyczajnie kocha naszą Igę bez względu na narodowość i szerokość geograficzną, i nic dziwnego.
Courtney Cox jak gdyby nigdy nic usiadła sobie wśród najbliższych Igi Świątek i jako jedna z pierwszych – zaraz po papie Świątku i siostrze Agacie – wyściskała naszą narodową bohaterkę! Fot. IMAGO / Press Focus
Kto w takim razie będzie kochał Amandę? Przyznałem tu już kiedyś, że często ryczę na filmach, no cóż, widocznie każdy ma taką mokrą przypadłość, na jaką zasłużył. Niestety, zauważyłem ze zdziwieniem, że to rozmazanie pogłębia się z wiekiem, na dodatek zagarnia coraz rozleglejsze obszary, więc ilekroć oglądam powtórkę z wimbledońskiego finału – a polsatowskie kanały nie żałowały ich sobie w mijającym tygodniu – tylekroć chlipię w rękaw.
I tutaj szok. Ostatnia piłka, radość Igi plackiem na trawie, jej niedowierzanie, jej wyjątkowe podziękowania dla papy i pokryta patyną Venus Rosewater Dish w jej rękach, po raz pierwszy w polskich rękach! – owszem, zrobiło się w sercu cieplutko, nie powiem. Ale cóż mogę za to, że nasza tenisistka – jako doświadczona w tego typu celebracjach – trochę już mi spowszedniała, nawet jeżeli z utęsknieniem czekałem na jej kolejny tytuł bity roczek z okładem.
I dopiero gdy zobaczyłem dramat sponiewieranej przez Igę Anisimovej, gdy usłyszałem, jak ta beczy, jak nie potrafi powstrzymać wybuchu rozpaczy, bo jej tak cholernie przykro, i jak bardzo kocha swoją mamę i całą rodzinę – dopiero zdałem sobie sprawę, jakie katusze ta dziewczyna musiała przeżywać przez te 57 minut egzekucji na oczach milionów ludzi na całej kuli, a nawet ponad nią (bo na oku Sławosza), i przewartościowałem, co znaczy przegrany sportowiec. I wybuchnąłem spazmem żalu i smutku, i tak wybucham za każdym razem, gdy Polsat świętuje polski triumf, celebrując klęskę Anisimowej. Tak więc droga Amando, jestem z Polski, i następnym razem, jak spotkasz się z Igą w finale, mogę zagrać jednego z twoich przyjaciół, będzie to moja rola życia. Autentyczna.