Sport

Tak chciał los

Strzelec pierwszego gola dla Wisły w meczu z Ruchem mógł nie zagrać na Stadionie Śląskim.

Mariusz Kutwa nie czekał długo na pierwszego gola w 1. lidze. Fot. Krzysztof Porębski/PressFocus

WISŁA KRAKÓW

Gdyby nie pauza za kartki Alana Urygi, kapitana krakowskiej drużyny, Mariusz Kutwa mógłby nie zagrać przeciwko Ruchowi, a tym samym nie mógłby strzelić gola, który ustawił gościom spotkanie.

Talizman

21-letni obrońca zaczął więcej znaczyć od spotkania z Wisłą Płock (27 października), w którym stworzył parę środkowych z Wiktorem Biedrzyckim, bo Uryga też pauzował za kartki, a Igor Łasicki miał problemy zdrowotne. Wcześniej zdarzało mu się grać w pierwszym składzie, choćby przeciwko „Niebieskim” na Reymonta, ale jako defensywny pomocnik. Dopiero trener Mariusz Jop uznał, że warto go cofnąć (tak samo kiedyś postąpiono z Urygą) i będzie z niego więcej pożytku. Wychowanek Halnego Kamienica spod Nowego Sącza dobrze broni, ale potrafi też wprowadzać piłkę do gry, czego coraz więcej wymaga się od środkowych defensorów. Kibice „Białej gwiazdy” po zwycięstwie w Chorzowie nazwali Kutwę talizmanem ich zespołu. Może rzeczywiście coś w tym jest, bo kiedy gra w lidze, krakowianie jeszcze nie przegrali.

Nie strzelał w ciemno

W sobotę Kutwa strzelił pierwszego gola w Betclic 1. Lidze. Nie głową, a nogą, gdy piłka dośrodkowana z narożnika przez Marka Poletanovicia spadła w pole karne. Do końca nie wiadomo, czy wcześniej ktoś ją trącił, ale zawodnika gości to nie zmyliło. Uderzył pewnie pod poprzeczkę. – Od początku mieliśmy kontrolę nad meczem. Ruch w pewnym momencie przejął piłkę, co zmusiło nas do defensywy, ale ponownie przejęliśmy inicjatywę i prowadziliśmy. Otworzyłem wynik, a potem drużyna już poszła za ciosem. Czuliśmy się bardzo pewnie. Porównując ten występ do wcześniejszego ze Zniczem, w Chorzowie wyglądaliśmy naprawdę dobrze. Cały czas parliśmy do przodu – mówi Mariusz Kutwa. Przyznaje, że piłkarze Wisły nastawiali się na inną postawę Ruchu. – Spodziewaliśmy się większego pressingu. To pomogło nam w rozegraniu na początku i poczuliśmy się dużo lepiej.

Gospodarze pełnili w tym spektaklu rolę statystów, doznając bolesnej porażki 0:5. Poza wiślakami głównymi aktorami widowiska w „Kotle czarownic” byli kibice obu drużyn. Po ostatnim gwizdku goście długo celebrowali wygraną, ale w czasie gry starali się odciąć od tego, co działo się na trybunach. – Każdy z nas był skupiony na tym, co ma robić, nie zwracał uwagi na trybuny, ale gra w takiej atmosferze jest super – podkreślił.

Kto na Arkę?

Przez trenerami „Białej gwiazdy” nie lada wyzwanie. Przeciwko Ruchowi zespół zagrał na wysokim poziomie, nikt nie odstawał. O ile pozostawienie na prawej obronie Bartosza Jarocha, w środku Marka Poletanovicia, a na lewym skrzydle Frederica Duarte raczej nie podlega dyskusji (pod warunkiem, że w tygodniu ktoś nie będzie słabiej prezentował się w czasie treningów), to zestawienie środka defensywy będzie wyjątkowo twardym orzechem do zgryzienia. Śmiało można byłoby wystawić parę Biedrzycki-Kutwa, bo obaj zagrali bardzo dobrze. Z drugiej strony na występ liczy wracający po pauzie Uryga, a kapitana trudno sadzać na ławce. Nie zazdrościmy Mariuszowi Jopowi i jego współpracownikom, że muszą podjąć tę decyzję i wziąć za nią odpowiedzialność. Na nasz nos w piątek w Gdyni zaczną Uryga z Kutwą, a Biedrzycki będzie w odwodzie. Nie warto przecież rezygnować z talizmanu...

Michał Knura