Szwedzki killer
W sobotę lider PKO BP Ekstraklasy w sposób bezdyskusyjny rozprawił się z mającą wysokie aspiracje „Dumą Pomorza”.
Piłkarze Pogoni zostali zastopowani przez lidera i nie mieli powodów do świętowania. Fot. Szymon Górski/PressFocus
W pewnym sensie w minionej kolejce „Kolejorz” odczarował stadion w Szczecinie. Do momentu sobotniego meczu „Portowcy” odnieśli na Stadionie im. Floriana Krygiera 9 zwycięstw, raz podzielili się punktami z przeciwnikiem (1:1 z Jagiellonią) i tylko raz zeszli z boiska pokonani. Tej sztuki dokonał 8 listopada ubiegłego roku Radomiak, a komplet punktów zapewnił wówczas gościom Paulo Henrique, autor jedynego gola.
W tym roku zespół trenera Roberta Kolendowicza szedł jak burza (5 zwycięstw) i ostrzono sobie zęby na pojedynek z liderem ekstraklasy. To miało być - z założenia - starcie gigantów. Przez pół godziny dominowali gospodarze, lecz przewagi optycznej nie przekuli na zdobycie choćby jednego gola. Niewykorzystane szanse miały dla Pogoni przykre konsekwencje, a jej katem był Mikael Ishak. 32-letni Szwed spośród wszystkich zespołów ekstraklasy „upodobał sobie” właśnie drużynę ze Szczecina, której strzelił już siedem goli w rozgrywkach ligowych (ogółem na ich 66).
Za wysoki wynik
Piłkarzom Pogoni trudno było pogodzić się z porażką. - Przegraliśmy mecz, ale nic jeszcze nie jest w tym sezonie stracone - stwierdził Bośniak Danijel Lonczar. - W ciągu pierwszych 20-30 minut byliśmy lepszym zespołem i jestem przekonany, że gdyby udało nam się w tym okresie zdobyć gola, to byśmy ten mecz wygrali. Niestety, nie wykorzystaliśmy okazji i skończyło się tak, jak się skończyło. W mojej opinii Lech nie grał od nas dużo lepiej. Pierwszego gola straciliśmy po kontrataku po naszym stałym fragmencie. Drugi padł po rzucie karnym, a trzeci to zasługa umiejętności indywidualnych przeciwnika. Rywale nie wykreowali sobie aż tak wielu okazji do strzelenia gola i nie było między nami takiej różnicy, jak może sugerować wynik. Mogę mówić tylko za siebie, ale czułem się dobrze pod względem fizycznym. Tak, jakbym nie grał w środę 120 minut meczu z Piastem Gliwice. Moim zdaniem to nie był problem. Problemem było to, że nie wykorzystaliśmy sytuacji, które mieliśmy na początku spotkania. Potem straciliśmy gola i nie potrafiliśmy na to właściwie zareagować.
Brak szczęścia
- To nie brak sił zadecydował o końcowym rezultacie, bo nie byliśmy zmęczeni - powiedział pomocnik „Portowców” Marcel Wędrychowski, który w 90 minucie został ukarany czerwoną kartką. - Zabrakło szczęścia w postaci skutecznego wykończenia dobrych akcji, wykorzystania stworzonych szans na początku rywalizacji. Na pewno nie tak to miało wyglądać. Chciałbym w tym miejscu przeprosić drużynę, jak i wszystkich naszych kibiców, za moje niefortunne, wręcz głupie zagranie. Oglądałem to potem na powtórce. Zasłużenie otrzymałem czerwoną kartkę. Wprawdzie na początku nie uderzyłem w nogę przeciwnika, ale finalnie doszło do nieszczęśliwego zderzenia. Jest mi przykro z tego powodu, że najprawdopodobniej na dwa następne mecze osłabiłem zespół. Po strzelonym golu Lech był lepszym zespołem od nas. Natomiast nie uważam, że porażka 0:3 to adekwatny wynik, odzwierciedlający różnicę między zespołami.
Bogdan Nather