Szukamy perełki podobnej do Igi
Rozmowa z Katarzyną Teodorowicz, byłą tenisistką z Bytomia, olimpijką z Barcelony (1992)
Katarzyna Teodorowicz żałuje, że nie wyspecjalizowała się w rywalizacji deblistek... Fot. bytom.pl
Rozmawiamy przy okazji promocji książki „Bytomscy Olimpijczycy”. Jakie emocje wywołuje po tylu latach dzisiaj taka publikacja i to, że jest pani jedną z głównych bohaterek tej książki?
- Jestem bardzo dumna i cieszę się, że znalazłam się w tym zacnym gronie. Obok mnie siedział Waldemar Legień, który był wtedy idolem, wygrał wszystko, co można było wygrać. To była moja pierwsza i jedyna olimpiada i wejście do zawodowego tenisa, więc były szaleńcze emocje. Także to wszystko trochę się odświeżyło, to spotkanie tutaj z osobami, które rywalizowały akurat w Barcelonie, więc odczuwam dużo emocji.
Najmłodsi kibice tenisa mogli zobaczyć rok temu w Paryżu, z czym się wiąże olimpijski występ, ile emocji kosztował on Igę Świątek, która zdobyła pierwszy medal dla polskiego tenisa. Pani również tak emocjonalnie wspomina swój występ w Barcelonie w 1992 roku?
- Na pewno było bardzo dużo emocji. Byłam wówczas na zupełnym początku mojej zawodowej drogi, miałam ranking w okolicy 300. Już w pierwszej rundzie w parze z Magdaleną Mróz grałyśmy z zawodniczkami z pierwszej dziesiątki na świecie, pierwszy raz miałam okazję grać z kimś tak mocnym. Natomiast Iga w zeszłym roku była zdecydowaną faworytką, jechała do Paryża z numerem jeden i z gigantycznymi oczekiwaniami komitetu olimpijskiego, kibiców i wszystkich wkoło. Więc to, że zdobyła pierwszy medal dla tenisa w historii, to coś wielkiego. I myślę, że na następnych igrzyskach będzie się pięła w górę.
Zawodniczką Górnika Bytom jest też inna tenisistka - olimpijka z Paryża - Magdalena Fręch. Czy za trzy lata na igrzyskach w Los Angeles łodzianka będzie w gronie kandydatek do medalu?
- Magdalena według mnie jest zupełnie nieobliczalna. Myślę, że nikt 2-3 lata temu nie powiedziałby, że będzie w pierwszej trzydziestce na świecie, bo nie ma aż tak przebojowego stylu gry. Niemniej jednak jest bardzo uparta i genialnie biega. Wytrzymałość ma fantastyczną, więc tym uporem i takim właśnie stylem gry jest w stanie zajść wysoko. Ale czy może sięgnąć medalu? Za trzy lata nadal będzie jeszcze na tyle młoda, żeby być w topie formy, więc wszystko jest możliwe.
Czego pani zabrakło, żeby wystąpić na kolejnych igrzyskach i nie zakończyć tej olimpijskiej przygody tylko na Barcelonie?
- Kolejne dwa lata były moimi najlepszymi latami tenisowymi, gdzie grałam we wszystkich imprezach wielkoszlemowych. Największym błędem było być może to, że nie zdecydowałam się - tak jak duet Mariusz Fyrstenberg iMarcin Matkowski - postawić tylko na grę w debla, bo miałam w nim dużo lepsze wyniki niż w singlu. Moje rankingi były mocno rozstrzelone i jak grałam singla, to nie opłacało się grać w tym samym turnieju debla. A jak grałam tylko turnieje deblowe, to nie łapałam się do drabinki singlowej. No i koło się zamykało, natomiast moja partnerka deblowa bardzo chciała grać singla. No i to był taki moment zwrotny. Jeśli byśmy postawiły wszystko na debla, być może byłybyśmy bardzo wysoko w rankingu i zakwalifikowały się na następne igrzyska.
Gdzie dziś toczy się pani życie, czy wciąż związane jest z tenisem?
- Tak, 20 lat temu przeprowadziłam się do Krakowa, teraz mieszkam w Wieliczce i jestem prezesem klubu KS Dragon w Giebułtowie pod Krakowem. Ale również szkolę w nim młodzież od 10 do 14 lat, skupiłam się na dzieciach.
Czy sukcesy Igi Świątek zrodziły kolejny boom na tenis w Polsce i już może rosną następczynie jednej z najlepszych tenisistek świata?
- Jest bardzo dużo dzieci w wieku 5-6 lat, przedszkola również chcą rozpoczynać edukację tenisową nawet wcześniej, więc rzeczywiście czujemy napór dzieci. Szukamy takiej kolejnej perełki, mamy kilka typów, zobaczymy jak się będą rozwijać.
Tomasz Mucha
Legień, Błażyński i Schmidt razem
„Bytomscy olimpijczycy (1924-2024)” to czwarta już część - po sportowcach z Siemianowic Śląskich, Chorzowa i Świętochłowic - cennej serii wytrwałego reporterskiego duetu Wojciech Krzystanek, Dariusz Leśnikowski (ten drugi to nasz redakcyjny kolega!), przybliżająca sylwetki uczestników igrzysk olimpijskich związanych z Górnym Śląskiem. Tym razem autorzy w niezwykle ciekawy, często osobisty, sposób przybliżają sylwetki 45 sportowców rodem z Bytomia, Suchej Góry, Miechowic oraz innych dzielnic stanowiących dziś administracyjnie miasto Bytom. Wśród wybitnych postaci polskiego sportu, które trafiły na karty efektownego i bogato ilustrowanego wydawnictwa - oprócz Katarzyny Teodorowicz - znaleźli się m.in. podwójny mistrz olimpijski w dżudo Waldemar Legień, urodzony w Miechowicach rekordzista świata w trójskoku Józef Schmidt, dwukrotny medalista olimpijski w boksie Leszek Błażyński czy hokeiści - uczestnicy igrzysk w Calgary (1988), zakończonych pamiętnym i cokolwiek niestrawnym barszczem z krokietem. Kto wie jednak, czy nie najciekawsze będą dla wielu czytelników opowieści przywracające zbiorowej pamięci szerzej nieznane, a fascynujące postacie, jak pływak i bon-vivant okresu powojennego Gotfryd Gremlowski czy kolarz Lucjan Lis, a silny dreszcz emocji nie wywoła całkiem świeża i dramatyczna zarazem opowieść specjalistki jeździectwa, Żanety Skowrońskiej-Kozubik.
Jakby nie było, bez dwóch zdań każdy interesujący się historią sportu kibic powinien zanurzyć się w „Bytomskich olimpijczyków” i mieć ich na swoich półkach!
(t)
