Sport

Szlachetna, męska walka

WYMIANA KOSZULEK - Wojciech Kuczok

Na pozór w dodatkowych „motywacjach finansowych” nie ma nic złego, a objęcie ich zakazem regulaminowym jako przestępstwa „match-fixingu”, wydawałoby się jakimś nieporozumieniem. Ktoś pomyśli: If I were a rich man, yabidibi, to bym obiecał swój prywatny milion do podziału dla ekipy Piasta Gliwice, żeby gryzła trawę w Poznaniu i uszczknęła Lechowi choć punkcik. Moja prywatna forsa, mój kaprys, kto bogatemu zabroni. Tak? No to zaraz znajdzie się inny krezus wśród fanów Kolejorza, który wyskoczy z dwóch baniek, żeby Piast odpuścił. I równolegle z meczem do ostatniego gwizdka będzie się toczyła licytacja, kto zapłaci więcej. Co za problem dawać znać piłkarzom na migi przez umyślnego, jaki jest aktualny stan negocjacji. Byłem już niegdyś na takim meczu - jedna ze śląskich drużyn, grająca w ostatniej kolejce o pietruszkę, przegrywała na boisku drugiej, zagrożonej spadkiem jeszcze na kilka minut przed ostatnim gwizdkiem. Aż tu nagle okazało się, że inny zagrożony rywal przebił ofertę i ku zdumieniu gospodarzy przeciwnicy zaczęli nagle grać na całego. Zdobyli dwie bramki - tym łatwiej, że przecież wszystko było umówione, mieli walić po autach, obrońcy nie mieli się czego bać. Dopuszczenie tego rodzaju premiowania jest jawnie korupcjogenne i zamieniłoby rywalizację sportową w szemrany geszeft. Wygrywałby zawsze ten, kto da więcej.

Raków spartaczył szanse na mistrzostwo Polski, tracąc 8 punktów w ciągu ostatniego miesiąca, nie ma co się teraz obrażać na zawodników Piasta, jeśli ci nie zagrają meczu życia w Poznaniu. Fani spod Jasnej Góry mogą oddać się już chyba tylko modlitwie, bo nawet na kibolskie motywatory nieformalne nie ma co liczyć. Wszyscy z wszystkimi mają kosę. Piast, Lech, Widzew i Raków się nienawidzą, więc nie będzie powtórki z 2012 roku. Przypomnę, że Śląsk zdobył wtedy mistrzostwo kosztem Ruchu, bo musiał wygrać w ostatniej kolejce na stadionie zaprzyjaźnionej naonczas Wisły. Kibole krakowscy złożyli swoim pupilom propozycję nie do odrzucenia, wszystko było jasne, bukmacherzy wycofywali zakłady, ale Śląsk do przerwy nie potrafił pokonać świetnie dysponowanego bramkarza Sergieja Pareiki. I jeśli dzisiaj mógłbym stanąć twarzą w twarz z Michałem Probierzem, ówczesnym trenerem Wisły, to zapytałbym go, dlaczego w przerwie tamtego meczu zmienił golkipera. Wisła przegrała, bo kibole tak kazali. Teraz kibole zajęci są raczej wyborami prezydenckimi, bo ich ziomal dumnie pręży muskuły i z dumą wspomina chuligańską przeszłość. Szczerze mówią, powisa mi teraz to, czy mistrzem będzie Lech czy Raków, a w pucharach zagra Jaga czy Pogoń - i tak latem wszyscy skończymy w zupie o brzydkiej brunatnej barwie.

Oto niepostrzeżenie przeszliśmy z czasów kibolstwa antyrządowego (za poprzedniej kadencji premiera Tuska stadionowym powerplayem była rymowanka „Donald matole - twój rząd obalą kibole!”), poprzez kibolstwo prorządowe (za rządów PiS zwłaszcza legijna Żyleta wiodła prym w patriotycznym przekazie, a także bezpośrednich groźbach pod adresem opozycyjnych mediów), aż po moment, w którym lada dzień głową państwa zostanie koleżka chwalący się swoim czynnym udziałem w regularnych zbiorowych mordobiciach. Kandydat Nawrocki nazwał te zmagania „szlachetną, męską walką wręcz”, a także „aktywnością sportową”. Należy uściślić, że w chuligańskim słowniku „szlachetność” jest antonimem „szlachtowania” - chodzi o to, że w odróżnieniu od szalikowców z grodu Kraka cała reszta polskiego kibolstwa przestrzega paktu o nieużywaniu białej broni. A zatem szlachetnie jest wtedy, gdy ekipy osiłków umawiają się na gołe pięści i nie kopią leżących - poza tym wszystkie chwyty dozwolone. Oto więc wydziarany kibol zblatowany z trójmiejskimi gangusami tuż przed drugą turą wyborów prezydenckich przechwala się częstym udziałem w grupowych nawalankach objętych paragrafem kodeksu karnego - i czyni to z pełną świadomością, że w ten sposób raczej zyska niż straci na poparciu. Połowa obywateli naszego kraju chce mieć prezydenta-zakapiora. Czarny, czy raczej biało-zielony dowcip losu sprawił, że o fotel głowy państwa walczą teraz dwaj fani gdańskiej Lechii (no bo z tym, że Rafał Trzaskowski jest człowiekiem Tuska spierać się nie zamierzam).

Otóż, skoro nie przestałem kochać piłki nożnej, takoż i nie zrzeknę się obywatelstwa z powodu stadionowej patologii. Bardzo bym się pogniewał, gdyby na słusznej fali obrzydzenia Nawrockim modelem męskości i mężności wylano dziecko z kąpielą - radykałowie z lewej strony barykady gotowi zaraz uznać, że kto chodzi na mecze, ten pisior i konfiarz, futbolem interesują się wyłącznie incele, kuce i dziadersi, a pisanie o futbolu jest kompromitujące dla ludzi pióra. Czniam ich tak samo, jak tych, którzy twierdzą, że felietonistom sportowym nie wolno wyrażać poglądów politycznych. Mistrzem Polski i tak jak zwykle będzie Polska.