Szklanka w połowie pełna
Rozmowa z Ireneuszem Mazurem, byłym trenerem m.in. reprezentacji Polski mężczyzn, obecnie komentatorem Polsat Sport
Polacy po raz kolejny wywalczyli medal na wielkiej imprezie, ale kibiców w Polsce trudno zadowolić. Fot. Szymon Górski/PressFocus
Polacy w mistrzostwach świata zdobyli brąz, który w kraju przyjęto z niedosytem. To sukces, bo to kolejny medal przywieziony z wielkiej imprezy, czy porażka, bo miało być złoto?
- Ani sukces, ani porażka. Ten medal jest po prostu potwierdzeniem, że nasza reprezentacja wciąż przynależy do światowej czołówki. A nie możemy mówić o sukcesie, bo sami siatkarze zapowiadali, że jadą na Filipiny po mistrzostwo świata.
A pan czuje rozczarowanie?
- Tak, ale nie kruszcem, z jakiego został wykonany medal, lecz przebiegiem i wynikiem meczu z Włochami. To było słabe spotkanie, najsłabsze w mistrzostwach w naszym wykonaniu. Było mnóstwo chaosu, niedokładności i niezrozumiałych błędów. Zresztą Włosi też nie grali nadzwyczajnie, również zdarzały im się kuriozalne pomyłki, które nie przystoją drużynom na tak wysokim poziomie. Pod tym względem statystyki były podobne. Tylko w jednym elemencie nasi rywale byli lepsi, w przyjęciu zagrywki. Mieli 60 procent pozytywnego przyjęcia i 18 perfekcyjnego, a my odpowiednio 30 i 8 procent. Rozgrywający Włochów Simone Giannelli miał więc inną skalę możliwości, a mimo to wynik był na styku. To znaczy, że w ataku nie było najgorzej. W każdym z setów to nasza drużyna prowadziła. Niestety, Włosi okazali się skuteczniejsi w kluczowych momentach. Nie mieliśmy najsilniejszej broni, czyli skutecznej zagrywki Wilfredo Leona. Zwykle schemat był taki: do 20. punktu w miarę równo, później dzięki serwisom Leona odskakiwaliśmy na dwa, trzy punkty i to wystarczało do zwycięstwa. Przeciwko Włochom to nie zagrało. Mało tego, to rywale lepiej zagrywali. Nasza niemoc nie wynikała z tego, że zawodnicy nie potrafią grać w siatkówkę, bo to nieprawda. Po prostu tak czasami się zdarza, gdy nie idzie, nic nie wychodzi. Zabrakło lidera, który poskładałby wtedy drużynę do kupy, pociągnął ją. Właśnie Bartosza Kurka, który nie mógł grać z powodu kontuzji, a wcześniej spisywał się świetnie. Do gry nie był też gotowy kolejny wojownik, czyli Tomasz Fornal. Wchodził co prawda do drugiej linii, by wspomóc przyjęcie, ale w ofensywie praktycznie go nie było. Słabszy dzień miał Kamil Semeniuk, który z Kurkiem w poprzednich meczach ciągnęli grę. Został „ustrzelony” zagrywką, nie skończył kilku ataków i się zablokował. Później na siłę próbował coś zrobić, ale zamiast poprawy nakładały się kolejne błędy. Czasami tak się zdarza, gdy ma się słabszy dzień. Paradoksalnie w naszej ekipie najlepiej przyjmował Leon, był dokładniejszy nawet niż libero Jakub Popiwczak. A przecież to nasz najsłabszy przyjmujący, pierwszy wybór rywali do „ostrzału”. Leon wytrzymał, ale sam w polu serwisowym nie zrobił tego, co w innych spotkaniach, czyli różnicy w zagrywce. Nie zatuszował naszych problemów.
W starciu o trzecie miejsce z Czechami Biało-czerwoni też nie błyszczeli. Powielali błędy, nawet w komunikacji, co im się zwykle nie zdarza.
- Ale wygrali i chwała im za to. Tu akurat chylę czoło przed nimi i trenerem Nikolą Grbiciem. Wygranie meczu o trzecie miejsce jest bowiem bardzo trudne. Zawodnicy byli rozbici i rozczarowani po półfinale z Włochami. Musieli się szybko podnieść mentalnie. Zmobilizować się i wrócić do gry. A rywalizowali z drużyną na fali, pełną ambicji, która walczyła o każdą piłkę z ogromnym poświęceniem. I to naszym siatkarzom się udało. Ta wygrana była im bardzo potrzebna. Była również ważna dla naszych kibiców i dla mnie, jako miłośnika siatkówki. Potwierdziliśmy, że mimo zmian w kadrze i problemów, przynależymy jak już wcześniej mówiłem do światowej czołówki. No i zawsze jest lepiej zakończyć turniej pozytywnie, zwycięstwem niż porażką. To podnosi na duchu.
Trener Nikola Grbić był wstrzemięźliwy w zmianach. Pojawiły się zarzuty, że nie dał więcej szans Kewinowi Sasakowi i Szymonowi Jakubiszakowi. W ogóle nie postawił na Artura Szalpuka. Mógł inaczej zareagować?
- Pewnie mógł sięgnąć po więcej zmian. Trzeba było trzymać „pod parą” Sasaka, który miał świetną Ligę Narodów. Mógł rezerwowym bardziej zawierzyć. Ale rozumiem go, bo poprzez grę chciał doprowadzić Kurka do wysokiej formy. I to mu się udało. Nasza gra oparta była na nim i Semeniuku. Niestety, w decydującej fazie Bartosz wypadł, Leon został „spacyfikowany”, a Semeniuk miał słabszy dzień. Grbić musiał reagować. Z przymusu grał Sasak i nie udźwignął ciężaru. Ale bardzo trudno jest nagle wejść na boisko, gdy się cały czas było w „zamrażarce” i od razu dobrze grać. Być może Grbić w półfinale mógł sięgnąć po środkowego Jakubiszaka, bo i Huber, i Kochanowski nic od siebie nie dodali. A mecz o trzecie miejsce pokazał, że Jakubiszak był alternatywą. Z drugiej strony, nasi siatkarze powinni uporać się z problemami, które napotkali. To są doświadczeni i ograni gracze. Nieraz wychodzili z większych kłopotów. Wiedzą, jak się to robi, jak wygrać mecz, gdy nie idzie. Tym razem coś jednak ewidentnie nie zagrało.
Kto w naszej ekipie zawiódł, a kto się wyróżnił?
- Nie jestem najlepszą osobą do odpowiedzi na tak zadane pytanie. Indywidualne cenzurki byłyby szukaniem dziury w całym. Jestem osobą pozytywną, dla której szklanka jest w połowie pełna, a nie pusta. Generalnie nie było ani gracza, który zagrałby zdecydowanie poniżej oczekiwań, ani zawodnika, który jakoś bardzo wyrósłby ponad innych. Najlepsi byli Kurek i Semeniuk. Dzięki nim wygrywaliśmy. Niezłe zawody rozegrał też Leon. Na ocenie ciąży jednak ten nieszczęsny półfinał z Włochami.
A jak pan skomentuje postawę Norberta Hubera? Czy gdyby był pan ponownie trenerem kadry, zabrałby na mistrzostwa zawodnika, który przez pół roku przed nimi nie grał, bo leczył uraz? Tak zrobił Grbić z Huberem.
- To był ryzykowny ruch szkoleniowca. Huber i Kurek byli w podobnej sytuacji. Przed zawodami byli kontuzjowani i potem przygotowywani do wyjazdu na Filipiny. Poprzez grę mieli dochodzić do formy. Z Kurkiem się udało, z Huberem nie do końca. Nie zaprezentował swojego potencjału, a to przecież jeden z najlepszych środkowych świata, z niesamowitą zagrywką i blokiem. Co do drugiej części pytania… tak, mimo wszystko zabrałbym go na mistrzostwa. Wiedząc jak potrafi grać, znając jego możliwości, jego charakter i wpływ na zespół zaryzykowałbym i postawił na niego.
Zgadza się pan z twierdzeniem, że trener nie wykorzystał potencjału Kewina Sasaka?
- Ale przecież jedynka w ataku, czyli Bartosz Kurek grał znakomicie. Nie było sensu go zmieniać. Być może jednak próbowałbym dawać więcej możliwości gry Sasakowi. Stosować choćby podwójną zmianę, ale… nie było drugiego rozgrywającego, bo Jan Firlej był chory. Ten manewr więc odpadł. Może dobrym rozwiązaniem byłoby powierzenie jedynki w ataku Sasakowi? Bartosz Kurek to zawodnik bardzo doświadczony, obojętnie w którym momencie wchodzi na boisko, robi swoje i zdobywa punkty. Jest pewniakiem, dżokerem, który zmienia losy meczu. On wchodząc na boisko w trudnym momencie, w tym wypadku za Sasaka, zrobiłby różnicę. Ale to jest gdybanie i mądrości po fakcie. Nie dało się bowiem przewidzieć, że Bartosz dozna urazu, ot, przeciwność losu. Zresztą problemów zdrowotnych w naszej drużynie akurat było mnóstwo, bo i Fornal, i Filrlej.
Skąd taka skala kontuzji?
- Nie wiem. Trzeba było być w środku drużyny, by to wiedzieć. Nie ma jednej przyczyny. Może klimat, zmęczenie? Trudno powiedzieć. Generalnie zasada jest taka: zawodników dobrze przygotowanych kontuzje się nie łapią. To oczywiście nie do końca jest prawdą.
Już po fazie zasadniczej z mistrzostwami pożegnały się m.in. Francja, Brazylia i Japonia. Zawiodła też Kuba. Skąd taki pogrom faworytów?
- Turniej jest długi, z kilkudniowymi przerwami między spotkaniami. Znając rozkład meczów grupowych i wiedząc, z kim będą się mierzyć, wielu trenerów zdecydowało się na dochodzenie do formy jeszcze w trakcie fazy grupowej. Zawodnicy ciężko trenowali, przygotowując najwyższą dyspozycję na fazę grupową. Przykład Włochów, którzy w grupie się męczyli, przegrywając z Belgami. Z tymi samymi Belgami spotkali się w ćwierćfinale i ich rozbili. Nie było złudzeń, który zespół jest lepszy. Belgowie nie byli w stanie nic zrobić. Innym po prostu się to nie udało.
Czyli przekombinowali.
- Na to wygląda. Przytrafiła im się wpadka, potem czekał ich mecz o wszystko, a forma jeszcze nie ta. Do tego doszła jakaś choroba, słabszy dzień i w efekcie szybki powrót do domu. Po prostu za mało jest meczów między najlepszymi zespołami. Polacy np. pierwsze spotkanie z inną drużyną ze światowej czołówki rozegrali dopiero w półfinale. Inni to samo. Ten system nie jest najlepszy. Powinno być więcej spotkań najlepszych i to już od początku fazy zawodów.
Dlatego brakuje mi Pucharu Świata. W nim występowały najlepsze drużyny i obowiązywał system każdy z każdym. Zwycięzca w nim mógł czuć się najlepszym.
- To prawda. Tam nie było przypadków. By wygrać, trzeba było pokonać wszystkich najlepszych. Najsprawiedliwsze rozwiązanie.
Najwięksi wygrani mistrzostw?
- Zdecydowanie Bułgaria i Czechy. Zwłaszcza Bułgarzy zrobili ogromne wrażenie. Wydaje się, że na stałe weszli do światowej czołówki. Aleksandar i Simeon Nikołowowie pokazali wielki potencjał. To już są gwiazdy najwyższego formatu. Notatniki i laptopy w dłoń, trzeba będzie rozpisywać Bułgarów i uczyć się ich gry. Jeśli nadal będą się tak rozwijać, jak dotychczas, za trzy lata w igrzyskach olimpijskich w Los Angeles będą jednymi z kandydatów do złota. Co do Czechów to nie wydaje mi się, by już osiągnęli światowy poziom. To wynik trochę ponad stan, ale w przyszłości, gdy okrzepną zawodnicy z drużyny U-21, która w mistrzostwach w swojej kategorii wiekowej też była w strefie medalowej, to kto wie. Życzę im tego, bo czym więcej mocnych zespołów, tym ciekawsze turnieje.
Rozmawiał Michał Micor
Fot. Marcin Bulanda/PressFocus (Ireneusz Mazur z lewej)
