Sytuacja bez dobrego wyjścia
Lechia Gdańsk nie zapłaciła Ruchowi Chorzów za transfer Tomasza Wójtowicza na czas, ale nie poniosła za to poważniejszych konsekwencji.
Nazwisko Tomasza Wójtowicza było odmieniane przez wszystkie przypadki w ostatnich tygodniach, ale nie z powodu jego występów na boisku. Fot. Piotr Matusewicz/PressFocus
LECHIA GDAŃSK
Kłopoty finansowe Lechii Gdańsk nie są nowością. Zmaga się z nimi od lat. Już gdy klubem zarządzał Adam Mandziara, nie działo się tam najlepiej i wtedy długi klubu wynosiły kilkadziesiąt milionów złotych. Sytuacja miała się poprawić, gdy w Gdańsku pojawili się ludzie z Bliskiego Wschodu. Fundusz Mada Global ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich wykupił 95 procent akcji Lechii i od lipca 2023 roku jest głównym akcjonariuszem Lechia Gdańsk S.A. Czy wiemy cokolwiek na temat Mada Global? Niewiele. Znamy tylko twarz osoby, która zarządza Lechią, a jest to Paolo Urfer. Szwajcara co jakiś czas (rzadko) można spotkać na polskich stadionach. Poza tym, że wiemy, jak wygląda, jest człowiekiem zagadką. Nie wiadomo nawet, jaką ma pozycję w enigmatycznym funduszu Mada Global. Mimo tego, gdy ogłoszono, że ekipa z Dubaju wykupuje gdański klub, kibice mogli mieć nadzieję na poprawę sytuacji Lechii, która wówczas spadała z ekstraklasy.
Milionowe inwestycje
Nie da się ukryć, że na starcie swojej przygody na Pomorzu Mada Global zrobiła spore wrażenie. W końcu była w stanie sprowadzić do Gdańska Luisa Fernandeza, gwiazdę Wisły Kraków. Zaoferowała mu wielkie pieniądze, na poziomie 150 tysięcy złotych miesięcznie. To kwota niebanalna, szczególnie w 1. lidze. Był to pokaz siły emirackiego funduszu. Zresztą to nie jedyne pieniądze, które zostały zainwestowane (?) przez Mada Global zaraz po wykupie akcji Lechii. Latem 2023 roku do zespołu dołączyli także Camilo Mena i Ivan Żelizko z łotewskiej Valmiery. Pierwszy z nich miał podobno kosztować Lechię 1,6 miliona euro, drugi 600 tysięcy euro. Ponadto z Rużomberoka przyszedł Tomas Bobcek za 600 tysięcy euro. To mogło robić wrażenie, do czasu aż okazało się, że wielu zawodników... nie otrzymuje pieniędzy na czas. Tak było w przypadku Fernandeza. Hiszpan miał pecha, bo szybko doznał poważnej kontuzji, grając przez chwilę w sezonie 2023/24, ale nie zmienia to faktu, że wypłaty powinien otrzymywać. Na pieniądze jednak się nie doczekał. Z tego powodu już po awansie do ekstraklasy rozwiązał kontrakt z winy klubu. Na podobny krok, z takim samym uzasadnieniem, w trwającym sezonie zdecydował się Conrado, który z klubem był związany od 2020 roku.
Oczekiwanie na przelew
Pomimo tego, że zawodnicy nie dostawali na czas wypłat Paolo Urfer bawił się w „Football Managera” i sprowadzał do Lechii kolejnych piłkarzy, którzy mieli pomóc zespołowi w ekstraklasie. Znów pomocną dłoń podała Valmiera, która ponoć miała sprzedać Rifeta Kapicia do Gdańska (wcześniej był wypożyczony) za 750 tysięcy euro. Ponadto zapłacono też za transfer Szymona Weiraucha oraz Tomasza Wójtowicza. Sprawa ostatniego z nich jest najciekawsza, ponieważ to właśnie jego przenosiny z Ruchu Chorzów na północ Polski mogły spowodować, że gdańszczanie straciliby licencję na grę w ekstraklasie. Jak to możliwe? Lechia przez długi czas zwlekała z zapłatą Ruchowi pierwszej raty za transfer, która miała wynosić ok. 800 tysięcy złotych. „Niebiescy” cierpliwie czekali. W trakcie przerwy zimowej Lechii tymczasowo odebrano licencje z powodu nieuregulowanych zobowiązań kontraktowych, ale także wobec klubów, od których kupowała piłkarzy. W styczniu licencja Lechii została odwieszona, ponieważ przedstawiła ona komisji ds. licencji klubowych faktury za opłacone zaległości. Do zapłaty pozostała tylko rata za Wójtowicza. Wtedy PZPN przymknął oko na sprawę, ale wyznaczył Lechii deadline. Klub miał zapłacić Ruchowi 800 tysięcy złotych do 10 lutego. Jeśli Lechia by się nie wyrobiła to… No właśnie! Co miało się wydarzyć?
Grożenie palcem
Po czasie okazało się, że karą za niedotrzymanie terminu płatności było… ledwie pogrożenie palcem! Gdy nad Lechią wisiało widmo utraty licencji za opóźnienie przelewu, ulitowała się Ekstraklasa SA. Władze ligi postanowiły opłacić dług Lechii wobec Ruchu, wypłacając przedwcześnie klubowi z Gdańska fundusze, które miał otrzymać po zakończeniu sezonu! Przepisy okazały się więc kulawe i absolutnie nie przewidziały sytuacji, w której bez większych konsekwencji będzie można zostawić licencję klubowi, który w jasny sposób narusza zasady, nie płacąc na czas ani swoim zawodnikom, ani nie spłacając swoich zaległości wobec pozostałych klubów w kraju. Jak to możliwe? Okazuje się, że Ekstraklasie nie na rękę jest wycofanie Lechii z rozgrywek, ponieważ spółka straciłaby sporo pieniędzy. W umowie z Canal+ zapisano punkt, że w przypadku, gdyby któryś z meczów ekstraklasy się nie odbył – np. z powodu wycofania się jednego klubu z rozgrywek – władze ligi musiałyby zapłacić milionowe kary. Ponadto żadnemu z ligowych rywali Lechii nie zależało na tym, aby odebrano jej licencje, bo wiązałoby się przecież z utratą przychodów z dnia meczowego przez automatyczny walkower za starcie z gdańszczanami. W ten sposób nie było dobrego wyjścia z tej trudnej sytuacji. Lechię z jednej strony należało ukarać za zaległości finansowe, ale w przepisach nie przewidziano odebrania punktów drużynie w trakcie sezonu. Finansowo nie opłacało się też odbierać jej licencji, więc w praktyce nie było możliwości nałożenia rozsądnej, ale jednocześnie dotkliwej kary. Dlatego klubowi trzeba było pomóc, co przecież też nie jest rozwiązaniem bez wad. Stworzony został precedens. Niebezpieczny, bo skoro Lechia nie płaci własnych zobowiązań, to dlaczego inne kluby muszą je płacić? Przecież problemy mogą zostać zamiecione pod dywan dzięki uprzejmości Ekstraklasy SA. Sytuacja ta udowodniła, że przepisy są do niczego i w praktyce chronią tych, którzy nie dotrzymują umów. Oczywiście Ruch otrzymał należne pieniądze, więc też z ochrony skorzystał. Nie da się jednak nie zauważyć, że największym wygranym tej sprawy jest Lechia, która - jak gdyby nigdy nic - nadal gra w ekstraklasie i walczy o utrzymanie.
Ciężka praca administracyjna
O absurd ocierają się oświadczenia publikowane przez gdański klub. 14 lutego, po spłacie długu wobec Ruchu przez Ekstraklasę SA, na stronie internetowej Lechii pojawił się komunikat, o treści: „Zobowiązania nałożone 30 stycznia 2025 roku przez Komisję ds. licencji klubowych na Lechię Gdańsk, nawiązujące do spłaty należności wobec Ruchu Chorzów za transfer Tomasza Wójtowicza, zostały uregulowane. Cieszymy się, że dzisiejsza decyzja o przywróceniu klubowi licencji nie uwzględnia nowych i dodatkowych wymogów ze strony PZPN”. Cóż, naszym zdaniem to przejaw bezczelności!
Co więcej, pod komunikatem wypowiedział się też Paolo Urfer, który szkolenia PR-owe musiał przechodzić w trybie zdalnym i przyspieszonym. „Ciężka praca nad stroną administracyjną i finansową idzie w parze z wynikami sportowymi. Od trzech meczów czujemy pozytywną energię powracającą do Lechii” – zacytowano sternika klubu. Te słowa już nie tylko są bezczelne, ale także ukazują ciężkie poczucie humoru Szwajcara lub jego nieświadomość w sprawie finansów klubu. Gdzie jest ta „ciężka praca”, skoro jej efektów nie widać? A pudrowanie trupa, chowając się za wynikami sportowymi na starcie wiosennych zmagań, graniczy z naśmiewaniem się z kibiców. Dodajmy przecież, że długi Lechii nie kończą się tylko na sferze kontraktowej czy transferowej. One wybiegają daleko poza sportowy aspekt funkcjonowania klubów. Przecież Lechia zalega pieniądze nawet lokalnemu przewoźnikowi kolejowemu, PKP SKM! Szybka Kolej Miejska w dni meczowe kursowała na linii Gdańsk Główny – stadion Lechii. W ten sposób kibice za darmo mogli dojechać na spotkania swojego ukochanego klubu. „Za darmo” było jednak tylko gestem wobec kibiców, bo ktoś za przejazdy zapłacić przecież musiał. Zobowiązania miała oczywiście Lechia Gdańsk, która podpisała umowę z przewoźnikiem. Na łamach portalu lechia.gda.pl Marcin Józefowicz, przedstawiciel PKP SKM, poinformował, że Lechia zalega z zapłatą za sześć faktur, przez co przewoźnik na początku lutego przestał podwozić kibiców na mecze.
Śmierdząca sprawa
Na zakończenie wróćmy do tematu transferów zawodnikówprzychodzących do Lechii z Valmiery. W sierpniu 2023 roku Szymon Jadczak z serwisu WP sygnalizował, że Paolo Urfer współpracował w przeszłości z szefem łotewskiego klubu Ralphem Oswaldem Iseneggerem, który także jest Szwajcarem i również jest przedstawicielem funduszu z ZEA. To były współpracownik rosyjskich oligarchów i mafiosów (pracował jako ich adwokat). Na Łotwie podejrzewa się, że Valmiera jest przystankiem na drodze przepływów rosyjskich pieniędzy. Podobnie zresztą jak Zjednoczone Emiraty Arabskie. Lechia ściśle z łotewskim klubem współpracuje, podobnie jak w przeszłości Urfer współpracował z Iseneggerem. Sprawa ta jest – delikatnie sprawę ujmując – „śmierdząca”. Dlatego, gdy pisaliśmy o transferach z Valmiery do Gdańska, przy kwotach użyliśmy słów „ponoć” i „podobno”. Skoro wszyscy mają problemy z wyduszeniem od Lechii pieniędzy, dlaczego Valmiera nie upomina się o zaległości?
Kacper Janoszka