Świat kocha łobuziaków
Boże, nie pompujcie tego chłopaka za bardzo! - Ryszard Karalus na chwilę milknie, słysząc pytanie o Oskara Pietuszewskiego. Pompowania nie będzie, obiecujemy.
Dla takich emocji gra się w piłkę. I takich piłkarzy (jak Oskar Pietuszewski) kibice kochają! Fot. Pawel Jaskółka / PressFocus
Ryszard Karalus to legenda białostockiego futbolu. Przez jego ręce na którymś z etapów ich karier przechodziły wszystkie późniejsze gwiazdy Dumy Podlasia: od epoki Jacka Bayera począwszy, przez Marka Citkę i Jacka Chańkę, Tomasza Frankowskiego, aż po... 18-letniego Jana Faberskiego, przy którego nazwisku wciąż stawia się znak zapytania: rozwinie swój talent na miarę nadziei i oczekiwań czy – jak niejeden polski nastolatek – zgubi się w meandrach zawodowego futbolu na Zachodzie. Kiedy więc pan Ryszard mówi: „Tylko jeden z chłopaków miał w sobie w tym wieku, taką iskrę Bożą, jaką ma dziś Oskar” i przywołuje nazwisko Mariusza Piekarskiego, trzeba założyć, że mamy do czynienia z prawdziwym piłkarskim diamentem. Rzecz w tym, by go teraz po mistrzowsku oszlifować w bezcenny brylant...
Dzieciak, który nikomu nie odpuszcza
- Wie pan, co mi zostało w głowie z jego debiutu w seniorskiej piłce? To, jak „wyciął” Daniele Ruganiego – słyszymy od jednego z naszych rozmówców w Białymstoku. To był sierpień 2024, Jagiellonia grała na Arenie Amsterdam z Ajaksem w kwalifikacjach do Ligi Europy. Pietuszewski miał dokładnie 16 lat i 100 dni, gdy Adrian Siemieniec dał mu szansę pokazania się na wielkim stadionie, w meczu z wielkim rywalem, w debiucie przeciwko wielkim mężczyznom. A on wszedł i bez pardonu starł się z facetem, który w CV ma mecze w koszulce „Squadra Azzurra”!
- Taki ma charakter! - dodaje Ryszard Karalus. - Zobaczyłem go po raz pierwszy jako dziesięcio-, może jedenastolatka. W wielkich goglach (miał wtedy problemy ze wzrokiem – dop. aut.) z wielkimi zausznikami, więc rzucał się w oczy. Charakterny był. Jak go kto potrącił, od razu oddawał, nikomu nie przepuścił. Jejku, od razu wiedziałem, że coś z niego będzie. Zawsze kochałem takich łobuziaków!
Pod opieką dobrego policjanta
Te słowa dziś brzmią bardzo sympatycznie. Ale nie zawsze bywało sympatycznie na treningach. - No tak, do trenera też potrafił się „odezwać”, niekoniecznie grzecznie – Karalus przyznaje, że w tym jego zdaniu kryje się eufemizm. Bo może trzeba byłoby powiedzieć: bezczelnie.
- Oskar to wielkie wyzwanie dla każdego trenera – podkreśla Marek Wasiluk, były ligowiec, który w akademii Jagiellonii prowadził Pietuszewskiego przez trzy lata. - Kiedy jakieś ćwiczenie zaproponowane drużynie w jego ocenie było słabe lub niezbyt udane, po jego minie od razu wiedziałeś, że coś głupiego wymyśliłeś. Kiedy się nudził, natychmiast przychodziła ci do głowy myśl: „Oho, spieprzyłem swoją robotę” - śmieje się Wasiluk, którego uwag i refleksji na temat polskiej piłki z przyjemnością słucha się w telewizyjnym studio.
Dla niektórych takie sytuacje na zajęciach bywały frustrujące. - Jeden z trenerów po którymś z kolejnych „wyskoków” Oskara chciał go wręcz wyrzucić z akademii – wspomina Ryszard Karalus. - „Zostaw go jeszcze, porozmawiam z nim” - powiedziałem mu wtedy. I rzeczywiście rozmawiałem z chłopakiem. Wiele razy. A on dojrzewał mentalnie. Tę swoją sportową złość ze sprzeczek z kolegami czy trenerami zaczął przekładać na boiskowe zadania – dodaje legendarny białostoczanin.
- Chłopaka rozsadzała ambicja. Był niepokorny. Ale trener Karalus – niczym dobry policjant z amerykańskich seriali – zawsze go bronił. Wiedział, że coś z niego będzie – słyszymy od jednego z naszych białostockich rozmówców.
- Ta jego bezczelność, wręcz na pograniczu arogancji, jest cechą niezbędną, by zaistnieć w futbolu – uważa Wasiluk. - Więc pilnowałem bardzo, by tę pozytywną stronę owej arogancji z jednej strony trzymać u niego pod kontrolą, a z drugiej – pielęgnować.
W szatni trzeba iść po swoje
Pietuszewski już jako 15-latek dołączył do grupy grającej w Centralnej Lidze Juniorów U-19! Wasiluk: - To był naturalny proces. Już we wcześniejszych grupach wiekowych wychowywał się w starszym roczniku, w którym i tak był najlepszy. Szedł więc na trening z chłopakami starszymi o dwa lata i już za chwilę widać było, że jest dla niego „za ciasno”. Ten rozwój był u niego ekspresowy. Musiał być nieustannie impulsowany, grać z coraz lepszymi przeciwnikami, by robić postępy.
Charakterystyczna scenka: jeden z pierwszych meczów Pietuszewskiego w „ceeljotce”. Sędzia dyktuje rzut karny dla Jagiellonii. 15-latek natychmiast łapie piłkę w ręce, ustawia na 11. metrze. Kumple z drużyny, starsi o rok, nie próbują protestować.
- Szczerze? Nie pamiętam tej sceny, ale... jest prawdopodobna – uśmiecha się Marek Wasiluk. - Mądrość chłopaków polegała na tym, że widzieli, iż Oskar to wielki talent. A taki ma szacunek w grupie, nawet jeśli jest dużo młodszy. Jeśli wiesz, że jesteś dobry, masz do szatni wchodzić jak po swoje. Ktoś, kto w niej siądzie w kącie i przez trzy tygodnie się nie odezwie, nigdy się do wielkiej piłki nie przebije.
Wzdychanie przy linii
Zanim „Pietuch” wylądował w dorosłej piłce (choć przecież jego PESEL wskazuje, że wciąż jeszcze w sensie formalnym ani piwa nie kupi, ani auta nie poprowadzi – jest z rocznika 2008), przeżył wielką traumę. Jako 15-latek zerwał więzadła.
- Ma za sobą poważny uraz kolana. Na szczęście wrócił do gry i nie widać po nim, że było coś nie tak z jego zdrowiem – Dariusz Gęsior był trenerem reprezentacji Polski rocznika 2008. Odetchnął z ulgą, gdy okazało się, że białostocka perełka po długiej rehabilitacji znów czaruje na murawach.
Nasz informator: - Z jednej strony – był cierpliwy i dokładny w rekonwalescencji. Z drugiej – przychodził na mecze różnych grup wiekowych, siadał przy linii i wzdychał.
- Uwielbiam takich piłkarzy, którzy są inni niż wszyscy, którzy chcą być kreatywni, którzy chcą dryblować, kiwać; czasem zdarzy im się piłkę stracić, parę razy się przewrócić, ale zawsze chcą iść do przodu. Taka postawa wymaga i łez, i uśmiechu, i złości – Marek Wasiluk też pamięta postać zafrasowanego nastolatka, który z tęsknotą spoglądał na starszych (i młodszych też) kolegów, biegających po boisku.
„Grosik” otuchy dla młodziaka
Te emocje pojawiają się w bardzo różnych momentach, i w bardzo skrajnej postaci. Kolejna charakterystyczna scena. W czwartej minucie doliczonego czasu gry w Płocku Jagiellonia wychodzi z kontrą „dwóch na jednego”. Pietuszewski biegnie z piłką 50 metrów i... źle dogrywa ją do Jesusa Imaza, pozwalając obrońcy gospodarzy na przecięcie podania. Chwilę potem, już po końcowym gwizdku, kamery „łapią” Hiszpana pocieszającego młodziaka, który siedzi na ławie i roni łzy, o których wcześniej mówił Wasiluk...
- Dla „Oskiego” wciąż jeszcze każdy mecz jest nowym doświadczeniem. Na ligowym poziomie pierwszy raz mierzy się z rozczarowaniem własną osobą. Ale to jest nieodzowny element procesu rozwoju. Tym błędem – i tymi łzami - zbudował siebie na przyszłość – mówi na pomeczowej konferencji Adrian Siemieniec. Sam obrazek idzie w Polskę. Widzą go kibice, komentują piłkarskie gwiazdy. „Hej, Jagiellonio, proszę przekazać Oskarowi, że jest superskrzydłowym i żeby się nie martwił ostatnią akcją” – pisze w mediach społecznościowych Kamil Grosicki, który przecież właśnie z Jagi wypłynął na szerokie piłkarskie wody.
No to nie pompujemy...
I „Pietuch” już się nie martwi; jest za to po tej lekcji silniejszy. Dziewięć dni później strzela bajecznego gola na stadionie przy Bułgarskiej, który jego drużynie da remis 2:2 z mistrzem Polski. Fetuje go tak jak na zdjęciu – całym sobą. A jako jeden z pierwszych z gratulacjami spieszy Afimico Pululu; to on ma dziś najlepszy kontakt z całą białostocką młodzieżą w szatni.
- Gdybyśmy dziś na skrzydłach mieli z jednej strony Pietuszewskiego, a z drugiej Faberskiego, byłbym spokojny, że tę Ligę Konferencji nosem wciągniemy i co najmniej do ćwierćfinału dojdziemy – słyszymy od naszego rozmówcy w „Dumie Podlasia”. - Zresztą Janek i Oskar to serdeczni kumple. Kiedy graliśmy w Amsterdamie, „Faber” specjalnie dla „Pietucha” przyjechał do naszego hotelu.
Moglibyśmy oczywiście na koniec napisać – jak w internetowej papce – o gigantach zainteresowanych 17-latkiem; o milionach rzekomo fruwających w ofertach za niego. O tym, że startująca dziś faza zasadnicza Ligi Konferencji musi być dlań odskocznią do którejś z topowych lig Europy, i że w tych rozgrywkach już „za chwilę” wpadnie na przykład na wicemistrza Europy, Bena Chilwella w barwach Strasbourga. Przed nim też nie klęknie.
Tylko... po co to pisać? Jeżeli polska piłka ma mieć z niego pożytek, szanujmy słowa trenera Karalusa: „Boże, tylko nie pompujcie tego chłopaka za bardzo”!
Dariusz Leśnikowski
Oskar Pietuszewski (ur. 20 maja 2008) – wychowanek Akademii Piłkarskiej Jagiellonii; reprezentant Polski w kategorii juniorskiej i młodzieżowej; w ekstraklasie do dziś – 24 mecze, 3 gole
