Stracona dekada?
Ustępujący prezes Michał Świącik chce zostać zapamiętany jako bohater, ale może liczyć co najwyżej na mieszane uczucia.
Michał Świącik (w środku) kierował klubem z Częstochowy od 2015 roku. Fot. Grzegorz Misiak/PressFocus
WŁÓKNIARZ CZĘSTOCHOWA
Kazimierz Wielki zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną. Stosując pewną hiperbolę i uproszczenie można powiedzieć, że Michał Świącik w 2015 roku też „brał" Włókniarza pod lichą strzechą, próbował postawić mu solidne fundamenty, ale na koniec zostawia go w jeszcze trudniejszym położeniu niż zastał - przynajmniej w aspekcie finansowym.
Styl samego odejścia był jak dekada jego prezesury - nie zabrakło elementów groteski, trochę rozminięcia się z faktami, kreowania nieco alternatywnego obrazu rzeczywistości, ale i prawdziwych emocji, bo trudno odmówić Świącikowi, że w jego zamyśle chciał dla Włókniarza jak najlepiej.
Oczywiście znajdą się tacy, którzy będą prezesa wspominać z rozrzewnieniem; inni jego odejście potraktują jako największą ulgę i szansę na lepsze jutro. Próbując podsumować czas jego panowania jak najbardziej obiektywnie, wydaje się, że jednak więcej przez ten czas zepsuł niż zbudował. Stricte sportowo Włókniarz przy swoim potencjale przez te dziesięć lat powinien wygrać więcej. Tylko dwa brązowe medale w 8-zespołowej lidze można by jeszcze zaakceptować, ale wielomilionowe długi już nie bardzo. Świącik mówi, że „nie zaczynał od zera, a na minusie", ale jednak długów po poprzedniej spółce nawet w najmniejszym stopniu nie zamierzał spłacać. Teraz mówiąc, że znalezienie takiego inwestora jak Bartłomiej Januszka, to jego największy sukces - zostawia klub następcy z potężnymi zobowiązaniami, które pan Januszka zamierza wziąć na swoje barki. A były już prezes podkreśla jeszcze, że oddaje klub za złotówkę...
Wesele i dwa pogrzeby
Wracając do poniedziałkowej konferencji zwołanej w celu przedstawienia nowego właściciela, trzeba stwierdzić, że można się było na niej poczuć trochę jak w matriksie, w alternatywnych rzeczywistościach - z jednej strony nowy właściciel biorący na swoje barki ogromne, a przede wszystkim nie swoje długi, przyjmujący odpowiedzialność i ryzyko spadku z ekstraligi, czego nawet nie próbował ukrywać, oraz prezydent miasta mówiący, że „Włókniarz znalazł się na zakręcie", a z drugiej Michał Świącik, który skupił się przede wszystkim na wyliczaniu pasma sukcesów swojej prezesury i podkreślaniu, że oddaje klub w bardzo dobrym stanie i z solidnymi podwalinami. Jeśli ktoś bardziej czuł się jak na weselu niż na stypie, to właśnie prezes Świącik. O swej nieomylności i wielkości przekonany był do samego końca. Groteskowe było nawet wręczenie kwiatów tylko prezesowi Świącikowi na pożegnanie od pracowników, których... lwią część stanowi jego rodzina. Nawet Stanisław Bareja momentami mógłby tego tematu nie dźwignąć. Rzeczywistość pociągnięta jest bowiem zbyt grubą kreską.
W przekonaniu Świącika wszystko, co dobre wydarzyło się wokół Włókniarza, to jego sukces i zasługa. Za największe uznaje przyprowadzenie do klubu dobrodzieja (to znów cytat z prezesa) Bartłomieja Januszki do Włókniarza. Problem w tym, że ani Krono-Plastu, ani uprzednio Eltroksu, ani jeszcze wcześniej Vitroszlifu do klubu nie przyprowadził Świącik, tylko osoba odpowiedzialna za marketing w klubie - i nie chodzi tu o córkę prezesa pełniącą funkcję dyrektora.
Jedyny zbawca
Świącik przez lata wykreował się na jedynego zbawcę częstochowskiego żużla, bez którego niczego by nie było, gdy poprzednia spółka zbankrutowała w 2014 roku. Choć części zasług nie można mu odmówić, to swoją rolę wyniósł na tak wysoki piedestał, że po pewnym czasie u jednych zaczęła budzić złość, u innych uśmiech politowania. Przejmując Włókniarza wziął jego historię, mistrzowskie tytuły, logo, kibiców, ale zobowiązań już nie. Od władz spółki odcinał się przy każdej możliwej okazji i w każdym z licznych wywiadów. - Ci ludzie zamykali przed nami drzwi, mamy nawet inny KRS - często przypominał Świącik. Do klubu nie przyszedł z własnym kapitałem, ale dzięki bardzo dobrym relacjom z miastem mógł liczyć na pokaźne dotacje, które bardzo szybko pozwoliły wrócić klubowi z do ekstraligi. Kiedy Włókniarz odnosił sukces - Świącik był jedynym ojcem zwycięstwa, kiedy przychodziła porażka na torze lub poza nim - winni byli wszyscy inni, choć często stosował jeszcze inny manewr: kiedy porażki nie dało się przypisać komuś innemu - przeobrażał ją w sukces! Bez względu na to jakimi metodami, tę sztukę opanował do perfekcji.
Świącik a hejt
Osobną sprawą, o której nie można zapomnieć, jest podkreślany na koniec przez samego prezesa hejt, który miał się przez ostatnie lata wylewać na niego, a nawet jego rodzinę, przez grupę niezadowolonych ze sposobu funkcjonowania klubu. Tę grupę Świącik starał się przez długi czas marginalizować, umniejszać jej rolę. Brak odporności na najmniejszy nawet wyraz krytyki był u niego zdumiewający, biorąc pod uwagę zajmowane stanowisko. Kompletny brak dystansu sprawiał, że nieprzychylne komentarze na oficjalnych kontach klubu były masowo kasowane, a ich autorzy blokowani. Sam zainteresowany ma za to posiadać kilka kont, z których często bronił swej osoby. Nagonka i hejt miały być zresztą jednym z głównych powodów wycofania się z Włókniarza. - Pewien etap zostawiam zamknięty; to wszystko co się dzieje wokół mnie, rodziny, ten atak medialny. Dobro rodziny jest jednak najważniejsze, a co ja będę robił? Nie wiem... - powiedział w poniedziałek.
Grzechy główne i upadek
Nepotyzm, stworzenie z klubu niemal prywatnego folwarku, gdzie zatrudnienie znalazły córki, syn, zięć oraz przyszła synowa, były najczęściej pojawiającymi się zarzutami wobec Świącika. Trzeba jednak pamiętać, że główną złość fanów wywoływały sprawy sportowe. Wielu kibiców dymisji prezesa domagało się już ponad pięć lat temu, gdy przed meczem ze Stalą Gorzów (2020 rok) samozwańczo postanowił przygotować częstochowski tor, dosypując bez zgłoszenia ekstralidze kilka ton glinki. Sprawa pewnie nie wyszłaby na jaw, gdyby nie potężna ulewa oraz... wrzucenie przez niego samego zdjęć na facebooka! Wtedy też stracił wiarygodność, kłamiąc publicznie, że glinka dosypywana nie była. Był to również moment, w którym papierami rzucił, aby nie ponosić odpowiedzialności za fanaberię prezesa, trener Marek Cieślak.
Dopóki drużyna utrzymywała dość wysoki poziom sportowy i walczyła na pograniczu play offu i bezpiecznego środka tabeli, niedociągnięcia tego typu dało się maskować, a część zapatrzonych w prezesa fanów autentycznie go broniła. Przełom w tym względzie nastąpił w 2024 roku. Po meczu w Toruniu fani po raz pierwszy tak wyraźnie, momentami radykalnie zaczęli domagać się odejścia Świącików z klubu. Drużyna, która miała walczyć o medale, otarła się o spadek, a jakby tego było mało, kibiców chcących wyrazić niezadowolenie z poczynań zarządu za pomocą transparentu na mało znaczących zawodach ekstraligi U-24 ochrona potraktowała gazem. Stało się jasne, że ogromna rzesza kibiców, a co za tym idzie również spore grono sponsorów nie wróci na Olsztyńską dopóki będzie tam Świącik. Ten wykazując się dużą niezłomnością wytrwał jeszcze przez sezon 2025, ale była to już klasyczna równia pochyła.
Stawiając na szali wszystko, co Michał Świącik zrobił dla częstochowskiego żużla, trudno mimo wszystko ocenić go pozytywnie. Megalomania połączona z monstrualnym ego, ogromna niechęć i brak akceptacji dla odmiennego zdania, skonfliktowanie środowiska, do tego fatalne pożegnanie z legendami - Markiem Cieślakiem i Sławomirem Drabikiem. Lista grzechów i przewin jest o wiele dłuższa, a sporo pewnie zostało po drodze zapomnianych. - Daję sobie spokój na jakiś czas. Jeśli ktoś będzie chciał, zawsze mogę służyć słowem podpowiedzi, jakąś wiedzę przez te lata zdobyłem - odpowiedział, gdy zapytaliśmy ustępującego prezesa, czy widzi dla siebie rolę w nowym Włókniarzu. I nie sposób nie odnieść wrażenia, że to jedno z najrozsądniejszych stwierdzeń, jakie w ostatnich latach wypowiedział. Wspólnie z prezesem trzeba się zgodzić również w jeszcze jednej kwestii - obecna zmiana powinna przynieść klubowi wiele dobrego i wprowadzić go na wyższy poziom.
Mariusz Rajek
