Spokój
Z DRUGIEJ STRONY - Paweł Czado
Polska nie zagrała nadzwyczajnego meczu z Nową Zelandią, chyba każdy z tym się zgodzi. Podobnie jak ze stwierdzeniem, że zwycięstwa kiedy niespecjalnie idzie – są sztuką i warto je docenić. Trzecie stwierdzenie, przy którym szukam zgody z Szanownymi Czytelnikami, to założenie, że Litwa nie jest lepszą drużyną od Nowej Zelandii. Wydaje się więc, że można być spokojnym, ale to często jest bardzo mylące.
W 2000 roku byłem z Ruchem Chorzów na Litwie z okazji meczu Pucharu UEFA z Żalgirisem Wilno. Niebieskich prowadził wówczas od niedawna Jan Żurek. Ruch miał dobry skład, było wielu poważanych i uznanych graczy, którzy dobrze zapisali się w historii chorzowskiego klubu. Wydawało się, że to będzie spacerek, największą atrakcją wydawał się spacer po mieście. Tymczasem Ruch, prowadząc 1:0, w niewytłumaczalny sposób doznał zapaści, w jego poczynania wkradła się niepotrzebna nerwowość (tak szczerze - nerwowość nigdy nie jest potrzebna, lecz to jeden z najczęściej (nad)używanych zwrotów przy pisaniu o piłce nożnej, więc i ja z uśmiechem pozwolę go sobie przywołać) i przegrał 1:2. W chorzowskim rewanżu drużynę poprowadził już Jan Rudnow i skończyło się jak od początku miało – 6:0. Na Litwie futbol nigdy nie był najważniejszy, nie tylko dla sportowców, ale także dla widzów – zarówno wtedy, jak i teraz, o czym można się przekonać czytając w dzisiejszym numerze obrazek z Litwy redakcyjnego kolegi Kacpra Janoszki, który doskonale zna tamtejsze realia (teraz zresztą też na mecz do Kowna się wybiera, „Sport” będzie więc miał tam własnego korespondenta).
Przed niedzielnym meczem reprezentacja Polski jest faworytem – to nie ulega wątpliwości. Jan Urban na każdej pozycji dysponuje lepszym piłkarzem niż przeciwnik – to również nie powinno ulegać wątpliwości. Z drugiej strony za to uwielbiamy futbol, że – jak w żadnej dyscyplinie zespołowej – często zdarza się, że… nie ma to najmniejszego znaczenia. W piłce często dzieje się tak, że 2+2 = 5 albo (do wyboru) 3, a 11<10... Dlatego najbardziej istotny przed meczem z Litwą wydaje mi się… spokój. Spokój zarówno przed meczem, jak i w jego trakcie, bo zawsze może się zdarzyć, że coś nie pójdzie. Tak jak choćby Finom teraz, w meczu z Litwinami. Do przerwy przegrywali u siebie 0:1, po atomowym strzale z dalszej odległości, a jednak zachowali spokój. Nie wiem, na ile im pomógł, faktem jest, że odwrócili przebieg meczu już po kilku minutach. Być może Polska wcale przebiegu odwracać nie będzie musiała, nie można jednak nie brać tego pod uwagę. Dlatego przyda się spokój, którego uosobieniem wydaje się Jan Urban.
Warto korzystać z obserwacji rywala: Litwini w Finlandii stracili gole w charakterystyczny sposób. Pierwszy po mocnej centrze z prawej strony i zamieszaniu w polu karnym. Piłka odbijała się między znajdującymi się blisko siebie graczami jak kula bilardowa, a potem doskoczył do niej znany i lubiany w Polsce Benjamin Kallman i z bliska trafił do siatki. Litwini sugerowali spalonego, ale warto od razu doskakiwać, a dopiero potem oglądać się na panią arbiter i po konsultacji z VAR-em gol został uznany. Można przyjąć, ze gdyby to był mecz z udziałem Polski, gola w ten sposób mógłby zdobyć Robert Lewandowski. Drugi padł niedługo później, po akcji z lewej strony, płaskim dograniu na środek i mocnym, a zarazem wyrafinowanym technicznie strzale w boczną siatkę. Można przyjąć, że u nas taką akcję moglibyśmy oglądać w duecie Skóraś – Zieliński.
Ze spokojem biorę taką ewentualność pod uwagę. Zwycięstwo 2:1 (0:1) w Kownie? Nie obraziłbym się…
