Simundza? Podobny do Papszuna
Rozmowa z Damianem Warchołem, napastnikiem Śląska Wrocław
Damian Warchoł liczy, że do ekstraklasy wróci razem ze Śląskiem. Fot. Paweł Andrachiewicz / Press Focus
ŚLĄSK WROCŁAW
Pięć goli w dwunastu meczach to bilans, z którego jest pan zadowolony?
– Zawsze chciałoby się, żeby było lepiej, ale jeśli zestawimy to z liczbą minut na boisku, to na pewno nie jest to najgorszy dorobek. Rotujemy się w składzie z Przemkiem Banaszakiem, bo tak widzi to trener. Jest między nami rywalizacja o skład i na razie gramy mniej więcej po połowie. Jak na 500 minut gry, pięć goli to wynik przyzwoity, a mogło być ich co najmniej o dwa więcej. Zmiana klubu, nowe miejsce – to też nigdy nie jest takie proste, więc cieszę się z tego, co jest, a dalej powinno być tylko lepiej.
Zostając jeszcze przy liczbach, to dopytam właśnie o te minuty. Tak szczerze – liczył pan na więcej?
– Nie będę ukrywał, że każdy zawodnik zawsze ma swoje ambicje i na pewno chciałby grać wszystkie mecze po 90 minut. Takie są jednak w tym momencie decyzje trenera, jestem już doświadczonym zawodnikiem i muszę to w pełni zaakceptować. Staram się wyciskać z siebie maksa, szczególnie gdy wchodzę z ławki. W kilku przypadkach udało mi się mimo wejścia na końcówkę zdobyć gola. Takie bramki to zawsze nagroda dla zawodnika, która pozwala liczyć na więcej minut w kolejnym meczu. Przychodząc z Górnika, po jednym z najlepszych sezonów w moim wykonaniu liczyłem, że będę w Śląsku kluczową postacią. Na razie jednak tak nie jest.
A propos Łęcznej, to odejściu pana oraz kilku innych kolegów nie mogą się tam pozbierać. Górnik zajmuje przedostatnie miejsce w I lidze...
– Cały czas na nich zerkam, zresztą większość chłopaków też pewnie podpatruje, jak radzi sobie były klub. Wielu z nas dzięki Górnikowi zapracowało sobie na obecne kluby czy fajniejsze kontrakty, więc sentyment do klubu pozostał. Przyznam się, że oglądam prawie wszystkie mecze Górnika, jeśli tylko nie pokrywają się z naszymi. Fajnie, że ostatnio z Miedzią się w końcu przełamali, ale to na pewno będzie dla nich bardzo ciężki sezon. Tam jest praktycznie w połowie nowa drużyna, pierwszą część sezonu nie mają za ciekawą. Cieszę się, że trener Daniel Rusek, który był asystentem Pavola Stano, dostał teraz tam szansę. Uważam, że to szkoleniowiec z dużym potencjałem, pracuje tam wiele lat i życzę mu jak najlepiej. Ta przerwa teraz może pozwoli im się trochę zresetować, mają też sporo urazów i jak wrócą ci zawodnicy, może uda im się nadrobić trochę punktów.
To teraz skupmy się już na pana obecnym klubie. Śląsk to chyba I liga tylko z nazwy. We Wrocławiu cel może być tylko jeden – to ekstraklasa.
– Pierwsza moja myśl, gdy przyszedłem do Wrocławia, dotyczyła właśnie pięknego, wielkiego stadionu, całej otoczki towarzyszącej klubowi. Na rynku polskim to jak Real Madryt. Nie tylko na stadionie, ale nawet na mieście widać bardzo dużo młodzieży, która pokazuje, że jest mocno za klubem. Na meczach jest bardzo dużo rodzin z dziećmi, to zawsze są fajne obrazki. Cała ta otoczka i społeczność trochę nie pasuje do I ligi, ale stało się, jak się stało i teraz trzeba grać o awans. Jestem bardzo zadowolony, że tutaj trafiłem. Zawsze mi zależało, żeby grać w dużym klubie, gdzie jest tylu kibiców. W ostatnich latach długo czekałem na taki moment i na pewno mogę się z tego cieszyć. Teraz będę robił wszystko, aby Śląsk ze mną w składzie wrócił do ekstraklasy. Patrząc prywatnie, to również jest duża zmiana, bo funkcjonowałem poprzednio w Łęcznej i jest to na pewno przeskok do wielkiego miasta. Tak naprawdę niczego tutaj nie brakuje do życia. Do tego Wrocław jest bardzo ładny. Szkoda, że tak szybko przyszła jesień, bo nawet nie było czasu, żeby bardziej pozwiedzać, zobaczyć coś od środka. Teraz jest już więcej deszczu, chłodniejszych dni, więc nic, tylko trenować, prowadzić się dobrze i skupić na grze.
Pana życie piłkarskie to taka sinusoida, czasem nawet rollercoaster. Były kontuzje, potrzeba zejścia na niższe poziomy, aby znów odpalić. Wydaje się, że teraz znów idzie pan w górę, a ekstraklasa ze Śląskiem pewnie byłaby tego ukoronowaniem.
– Bardzo bym tego chciał. Szkoda, że nie udało się awansować z Górnikiem, bo tam też było blisko. Choć z drugiej strony można powiedzieć, że wtedy pewnie nie byłoby mnie we Wrocławiu. Zawsze jest coś za coś i cieszę się z tego, co mam. Podpisałem kontrakt do 2027 roku, więc mam nadzieję, że najpóźniej wtedy Śląsk będzie w ekstraklasie.
Jakim trenerem jest Ante Simundza? Co go wyróżnia na tle trenerów, z którymi pan pracował wcześniej?
– To szkoleniowiec bardzo charyzmatyczny, a nie każdy z trenerów to ma. Człowiek z zasadami. Niektórzy dają drugą, nawet trzecią szansę, a trener Simundza, jeśli ktoś go zawiedzie jakimiś pozaboiskowymi historiami, to kolejnej szansy może już nie dostać. Ja bym go porównał trochę do Marka Papszuna, z którym pracowałem w Rakowie. Mówię tutaj o charakterze i zasadach prowadzenia zespołu, bo metody trenerskie jednak się różnią. W szatni trener ma naprawdę duży szacunek, niektórzy może nawet troszeczkę się go boją (śmiech).
Wywołał pan temat trenera Papszuna, wokół którego ostatnio było głośno. Pojawiały się nawet głosy, że Raków powinien zmienić szkoleniowca. Zaufanie i dalekowzroczne spojrzenie w Częstochowie jednak wzięło górę i Raków kryzys ma już chyba za sobą.
– Śledzę też Raków, jakiś kontakt cały czas mamy. Jeden z moich byłych trenerów, jeszcze z czasów piłki juniorskiej, wszedł teraz w sponsoring w Rakowie, myślę tu o firmie Onesto. Dzięki temu jestem bardziej na bieżąco z tym, co dzieje się w Częstochowie i faktycznie zrobiła się taka nagonka, nawet wśród części dziennikarzy, żeby trenera zwolnić. Ja trenera Papszuna poznałem bardzo dobrze, wiem, jak funkcjonuje od wielu lat i na końcu broni się sportowo. Jakiś kryzys faktycznie tam był, ale widzę, że wychodzą na prostą. Wiadomo, że wszyscy patrzą na wynik, ale nie ma się też co czarować, że Raków nie grał jakoś tragicznie, może poza meczem z Górnikiem Zabrze (0:1). W meczu z Lechem jednak już wyglądało to dobrze, po przerwie powinni rywalowi strzelić pięć goli. Remis, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, był sukcesem Lecha w tamtym dniu. Trener Papszun miał ogromny wpływ na to, gdzie teraz jest Raków i dzięki niemu pozycja tego klubu w polskiej piłce jest tak wysoka. Za szybko nie można skreślać człowieka.
Imponuje mi pana wiedza i zainteresowanie byłymi klubami. Podejrzewam, że I lidze poświęca pan jeszcze więcej czasu. Ma pan poczucie, że to obecnie taka mała ekstraklasa? Wisła, Śląsk, Ruch, ŁKS – same nazwy klubów robią wrażenie. W zasadzie w każdej kolejce jest jakiś hit.
– Zgadzam się z tym, że ta liga zrobiła niesamowity postęp. Nie tylko pod względem kibicowskim, zainteresowania, bo wiadomo, że grają tu poważne marki, ale też sportowo. Jest coraz więcej niespodzianek, nawet w Pucharze Polski. Wisła jako przedstawiciel I ligi grała w pucharach, więc ten poziom nie może być zły. Widać też po beniaminkach, ile wnoszą do ekstraklasy. Nawet II liga idzie do przodu, możemy się cieszyć z rozwoju całej naszej piłki, bo widać go gołym okiem.
Miał pan czas zajrzeć na jakiś mecz żużlowy w tym sezonie? Wiem, że lubi pan tę dyscyplinę.
– Tak, ale bardziej chodziłem na mecze w Lublinie. Za czasów gry w Górniku kilka razy udało mi się wybrać na spotkania Motoru. Za moich czasów zawsze wygrywali, teraz byłem trochę zaskoczony finałem, że tytuł odjechał do Torunia. Oglądałem rewanżowy mecz, wydawało się, że jest nie do odrobienia, a w sumie mało im brakło. Na Spartę Wrocław jeszcze się nie wybrałem, ale mam taki plan w nowym sezonie. Słyszałem już wiele pozytywnych sygnałów, że muszę koniecznie zajrzeć na Stadion Olimpijski. Robi on wrażenie nawet w telewizji, a od siebie nie mam tak daleko, więc liczę, że uda się to zrealizować.
Rozmawiał Mariusz Rajek
