Sport

Rządzi pieniądz i... układ

Rozmowa z Dariuszem Kłusem, byłym piłkarzem rozgrywek szczebla centralnego, obecnie trenerem

Czy polscy piłkarze w klubach ekstraklasy i I ligi są w pewnym sensie dyskryminowani przez trenerów? Na przykład w Rakowie Częstochowa mecz z reguły rozpoczyna Polak w bramce, czyli Kacper Trelowski, a w polu gra dziesięciu obcokrajowców...

– Powiem wprost – w takich klubach rządzi pieniądz i... układ. Utalentowanych zawodników zawsze znajdziesz, ale jest jeden problem – musisz ich poszukać. Znacznie łatwiej i wygodniej ich po prostu kupić i problem z głowy.

Jest jakieś wyjście z tej sytuacji?

– Wprowadziłbym limit obcokrajowców na boisku. W klubie możesz ich zatrudnić, ile dusza zapragnie, ale w trakcie meczu musi być zarezerwowanych sześć miejsc dla polskich piłkarzy. A zmiany powinny być dokonywane w systemie jeden do jednego – schodzi Polak, w jego miejsce musi wejść Polak. Tylko taki zapis pozwoli na rozwój naszych piłkarzy. Kiedy byłem na stażu w Red Bullu Salzburg, który wtedy prowadził Niemiec Marco Rose, to miał w kontrakcie zapis, że do kadry pierwszego zespołu musi wziąć trzech zawodników z klubowej akademii. To nie była decyzja uznaniowa, lecz obligatoryjna, w przeciwnym wypadku klub miał prawo rozwiązać z nim kontrakt. Mało tego – ci zawodnicy musieli wypełnić limit minut na boisku. Podobną politykę do pewnego momentu prowadził Lech Poznań i opłacało mu się to pod względem zarówno sportowym, jak i finansowym. Co roku „Kolejorz” sprzedawał do zagranicznych klubów młodych piłkarzy, zarabiając na tym 3-5 milionów euro. Skórka warta była wyprawki, prawda?

Czy pogoń za wynikami jest usprawiedliwieniem polityki kadrowej naszych klubów?

– Dla mnie nie, bo w dłuższej perspektywie źle to wygląda. W Polsce naprawdę nie brakuje uzdolnionych, utalentowanych chłopców, tylko trzeba na nich popatrzeć bardziej przychylnym okiem.

Z czego wynika niechęć wobec polskich piłkarzy? Są słabo wyszkoleni, zdecydowanie odstają od zagranicznych konkurentów?

– Bynajmniej nie są słabiej wyszkoleni, tylko często z niezrozumiałych dla mnie powodów nie dostają szansy zaprezentowania swoich umiejętności. Prezesi i trenerzy chcą mieć „produkt” na już, brakuje im cierpliwości. Nie dociera do nich, że najtańszymi piłkarzami są wychowankowie. Niech sprawdzą, ile wydają na „obcych” zawodników i ich menedżerów. Rachunek ekonomiczny powinien być ściśle powiązany z mądrym zarządzaniem klubem. Dobry skauting jest opłacalny, ale przecież łatwiej zadzwonić do trenera, menedżera czy dyrektora sportowego i załatwić sprawę na pniu. Legia i Widzew grały kiedyś w Lidze Mistrzów, mając w składzie w zasadzie tylko polskich piłkarzy. To łatwo sprawdzić.

W Rakowie Częstochowa roi się od obcokrajowców. Fot. Grzegorz Misiak / Press Focus

W reprezentacji Polski ze świecą można szukać piłkarzy grających w PKO BP Ekstraklasie. To pana nie niepokoi? W przyszłości może to być problem dla selekcjonera drużyny narodowej, ktokolwiek by nim był?

– Pójdę w drugą stronę, to problem współpracy pomiędzy polskimi klubami. Młody piłkarz zagra dwa dobre sezony i już ucieka za granicę. A moim zdaniem najbardziej uzdolnieni polscy piłkarze młodego pokolenia powinni trafiać do drużyn z czołówki polskiej ekstraklasy, a nie od razu być ekspediowani do klubów zagranicznych. Przykładowo Górnik Zabrze, GKS Katowice i inni mogą sprzedać chłopaka za 500 tysięcy euro. A dając go „na przechowanie” do Lecha, Legii, Rakowa czy Jagiellonii można zarobić o wiele więcej. Wymienione drużyny ze względu na swoją renomę mogą takich zawodników sprzedać za 4-5 milionów euro, z czego połowa powinna trafić do ich poprzednich klubów. To byłby dobry interes dla wszystkich, nikt by na tym nie stracił. Polskie ligi, nie tylko te najwyższe, po prostu są zalewane zagranicznymi piłkarzami i koło się zamyka.

Polska młodzież jest źle szkolona czy po prostu nie dostaje szans od trenerów, prowadzących pierwszy zespół danego klubu? A może brakuje nam talentów piłkarskich?

– Uważam, że jest nieźle szkolona, ale brakuje chęci i pieniędzy, by w nią inwestować.

Był pan na stażach trenerskich w Red Bullu Salzburg, Szachtarze Donieck, Gironie i Espanyolu Barcelona. Jakie podstawowe różnice zauważył pan w podejściu do szkolenia młodzieży?

– Po pierwsze tam są rozbudowane sztaby szkoleniowe, od U-10 czy U-11 począwszy. Z tymi drużynami pracują trener, jego asystent, trener przygotowania motorycznego i fizjoterapeuta. I każdy z nich naprawdę ma co robić. U nas jak trener ma asystenta, to już jest super. I nie jest tak, że oni tam wymyślają kwadratowe koła. Girona dopiero buduje kompleks treningowy, szkoleniowiec ich drużyny U-19 często trenuje na połówce boiska! Zapytałem go, dlaczego godzi się na taką „partyzantkę”, więc odparł z rozbrajającą szczerością: „Mam takie warunki i nic na to nie poradzę”. Są tam do dyspozycji trzy boiska: duże, średnie i orlik, wszystkie cały czas zajęte, do późnego wieczora.

Raczej nie ma szans, by spod ręki polskich szkoleniowców wyrósł drugi Lamine Yamal. Czy naprawdę w Polsce nie możemy wychować piłkarza europejskiego formatu?

– Dzisiaj problemem jest przejście z juniora do seniora, a pan i ja mieliśmy to pod blokiem, prawda? Problemem są nie tylko młodzi piłkarze, ale również ich rodzice, którym się wydaje, że syn jest obdarzony nie wiadomo jakim talentem. A podstawą powinny być praca i systematyczność. W Gironie zawodnicy, idąc na wspólną kolację, zostawiają smartfony w szatni, a w Polsce jesteśmy niewolnikami tych urządzeń, towarzyszą nam wszędzie i przy każdej okazji. Dla młodych piłkarzy telefon jest ważniejszy niż na przykład dodatkowy lub indywidualny trening.

Moim zdaniem zbyt mało byłych piłkarzy, grających w przeszłości na ligowym poziomie, jest zatrudnionych w klubowych akademiach. Trener powinien być nie tylko teoretykiem, lecz umieć pokazać adeptom futbolu czego od nich oczekuje i wymaga.

– Chodzi o to, by wychować piłkarzy, za których nie będziemy musieli się wstydzić, ale w tym momencie wracamy do początku naszej rozmowy. Koło się zamyka, jeżeli nie wprowadzimy limitu dla obcokrajowców.

Nie chce mi się wierzyć, że barierą nie do przeskoczenia są niskie place szkoleniowców zatrudnionych do pracy z młodzieżą. Skoro kluby wydają krocie na kontrakty zawodników, to jakieś okruchy z pańskiego stołu powinny trafić na rozwój klubowych akademii...

– Fakt, pobory są bardzo skromne, ale to wynika z braku zainteresowania ze strony przełożonych. My musimy nauczyć chłopców porządnego przyjęcia piłki, dokładnego podania. Kursy dla trenerów są zbyt długie, coraz bardziej rygorystyczne wymagania, a w 90 procentach to po prostu trzeba czuć, a nie wymagać biurokratycznych bzdur.

Kiedy pan grał w piłkę, nie było przepisu o młodzieżowcach. Wiek nie miał znaczenia, po prostu grali najlepsi, liczyły się umiejętności, nie metryka. Teraz teoretycznie było łatwiej przebić się młodym zawodnikom.

– Pozornie było łatwiej, bo proszę zauważyć, ilu młodych zawodników znika z horyzontu, gdy traci status młodzieżowca. Bo oni musieli grać ze względu na wiek, nie umiejętności, Chodzi o to, by stworzyć im szansę, a nie podawać wszystko na tacy w myśl zasady „bo mnie się należy”.

A może nasza dyskusja jest bezprzedmiotowa, bo zawsze najważniejsze będą interesy i układy z menedżerami. To z ich stajni wychodzą całe tabuny przeciętnych piłkarzy, co gorsza – przepłacanych. Zgadza się pan z moją tezą?

– Na pewno w lwiej części ma pan rację. Interesy plus układy odgrywają decydującą rolę. Trener naciska na prezesa, dyrektora sportowego: „musicie mi kogoś sprowadzić”. A to nie tędy droga. Bez sensownego pomysłu na zarządzanie klubem w perspektywie kilku lat daleko nie zajedziemy.

Rozmawiał Bogdan Nather

Dariusz Kłus

11 października skończy 44 lata. To wychowanek GKS-u Jastrzębie, który w barwach Odry Wodzisław Śląski, Cracovii i Łódzkiego Klubu Sportowego rozegrał w ekstraklasie 124 mecze, strzelając 7 goli. Na zapleczu elity wybiegał na boisko 157 razy, o II lidze nie wspominając. Pracę w charakterze szkoleniowca rozpoczął w 2018 r., pełniąc w Pniówku 74 Pawłowice funkcję asystenta Grzegorza Łukasika, a później Jana Wosia. Był też prawą ręką Jacka Trzeciaka w GKS-ie Jastrzębie i Odrze Wodzisław, samodzielnie prowadził Kuźnię Ustroń, Spójnię Landek i Unię Turza Śląska. Od wielu lat pracuje w Akademii GKS-u Jastrzębie.