Ratujmy polską piłkę!
Martwimy się w redakcji "Sportu". Uważamy, że nie jest dobrze z naszym futbolem, a nie chcemy, żeby było jeszcze gorzej.
Cóż, w naszej opinii polska piłka jest obecnie jak pacjent z podanymi właśnie mocnymi lekami przeciwbólowymi i przeciwgorączkowymi i z lekka przypudrowany - żeby nie przerazić domowników. Wszystko obecnie działa, ale czy… będzie ciągle tak działać?
***
Perłą w koronie, która przyciąga zawsze najwięcej uwagi, jest reprezentacja. Skupia się na niej - w ważnych chwilach - uwaga nie tylko kibiców i mediów, ale i ludzi, którzy na co dzień nie interesują się piłką nożną. Wypełnia więc ważne zadanie: w istotnych momentach wręcz buduje nastrój ogółu społeczeństwa, który potem może rzutować na codzienność. Nie ma w tym sformułowaniu krzty przesady! Nie wszyscy z oczywistych względów mogą pamiętać, jak Polska uwierzyła w siebie w trudnych czasach stanu wojennego, gdy reprezentacja Antoniego Piechniczka nieoczekiwanie zdobyła trzecie miejsce na świecie dzięki fantastycznemu występowi podczas mundialu w Hiszpanii. My pamiętamy, więc zdajemy sobie sprawę, jak ważną rolę pozasportową może wypełniać futbol.
Ktoś powie: ale o co wam chodzi? Przecież reprezentacja potrafiła wyjść z grupy podczas ostatniego mundialu w Katarze. To już dużo, bo nie jest przecież mesjaszem piłkarskim wśród narodów świata, więc trudno oczekiwać, żeby zawsze była sensacją czy ozdobą mundialu.
To jasne, mamy jednak przeświadczenie, choć nie zależy nam, żeby graniczyło z pewnością, że jeśli tak dalej pójdzie, to sam awans na wielkie imprezy - mistrzostwa świata czy Europy - będzie szczytem możliwości polskiej piłki, a gdyby wydarzyło się coś więcej – znaczyłoby, że linia telefoniczna między ziemią a niebem rzeczywiście jest w dobrym stanie.
***
Pamiętamy jak się cieszyliśmy, gdy na początku lat 90. do polskiej ekstraklasy zaczęli trafiać cudzoziemcy. Traktowaliśmy to jako ubarwienie naszej zgrzebnej w opakowaniu ligi. Obecność zagranicznych piłkarzy była dla nas zwyczajnie, tak po ludzku, dodaniem jej atrakcyjności. Coś, co jednak w przeszłości dodawało kolorytu, rozrosło się do zaskakujących rozmiarów. Napęczniało w formie, która zaczyna niepokoić.
Wydaje nam się to oczywiste, ale z mocą, dla jasności, zaznaczamy: nie jesteśmy przeciwko obecności zagranicznych piłkarzy w Polsce, byłoby to absurdalne. Zdumiewa nas jednak, wręcz przeraża fakt, że polscy piłkarze są w polskiej lidze już w mniejszości. To stała tendencja: odsetek polskich piłkarzy w najwyższej klasie rozgrywkowej i nie tylko najwyższej spada z roku na rok. Dziś w ekstraklasie cudzoziemcy stanowią już bezwzględną większość! Skalę zjawiska niech uzmysłowi nam uchwała PZPN-u w sprawie zwiększenia liczby obcokrajowców spoza Unii Europejskiej, którzy mogą występować w meczowej jedenastce w zespołach 2 i 3 ligi. Zmiana weszła w życie 1 lipca 2024 roku, czyli od sezonu 2024/25. Można wstawić do pierwszego składu dwóch takich zawodników, a nie jak dotychczas – jednego. Podkreślenie – spoza Unii. Artykuł 15 wyraźnie głosi: każdy obywatel Unii ma swobodę poszukiwania zatrudnienia, wykonywania pracy, korzystania z prawa przedsiębiorczości oraz świadczenia usług w każdym Państwie Członkowskim. Wprowadzenie limitów obcokrajowców w polskiej ekstraklasie byłoby więc naruszeniem praw obywatelskich. To jasne: jest wolna konkurencja. Teoretycznie w kadrze polskiego klubu ekstraklasy mogłoby nie być żadnego Polaka. Dziwne? Cóż już zdarzają się mecze, gdzie w wyjściowym składzie właściwie ich brak.
***
Dlaczego kluby wolą sprowadzać piłkarzy z zagranicy? Bo to tańsze, szybsze i łatwiejsze. Oczywiście nie są to nazwiska znaczące na światowym rynku, takie, które są obecne w powszechnej globalnej kibicowskiej świadomości. To niemożliwe przy naszych możliwościach finansowych, zaznaczam ten truizm jedynie dla jasności wywodu. Dlaczego nasze kluby nie są w stanie konkurować finansowo choćby z ich odpowiednikami z europejskich krajów uznawanych za porównywalne z naszym pod względem zamożności społeczeństwa? Choćby dlatego, że nie ma u nas zbyt wielu prywatnych inwestorów chcących wejść w futbol. Wielu zwyczajnie nie interesuje się piłką nożną, a wielu z tych, którzy się interesują – uznają jego poziom za zbyt niski albo odstrasza ich fakt, że zbyt wiele do powiedzenia ma kibolstwo. Dlatego mnóstwo naszych klubów, także tych najbardziej zasłużonych, jest na kroplówce samorządów, które są często większościowymi udziałowcami, ale nie mogą pompować w futbol niebotycznych pieniędzy, bo sprzeciw społeczny byłby zbyt wielki. To oznacza, że wiele naszych klubów – także na Górnym Śląsku – może trwać, ale nie może się przesadnie rozwijać. Już samo trwanie jest często powodem do odetchnięcia pełnego ulgi – co tak obiektywnie oceniając jest bardzo smutne. Oczywiście – ciągła rywalizacja przynosi piękne przygody tworzących się drużyn, które – gdy ledwie wyrwą się ponad krajową przeciętność, zazwyczaj przestają istnieć. Ktoś mógł powiedzieć, że wyrywa im się trzonowe zęby, czyli zabiera kluczowych zawodników, ale to sformułowanie nie oddawałoby rzeczywistego stanu: te zęby trzonowe, jeśli nadarzyłaby się możliwość, same poprosiłyby o wyrwanie. Gdyby Real Madryt zaoferował dziś dziesięć milionów euro Ruchowi Chorzów za brylantowego siedemnastolatka o talencie Ernesta Willimowskiego, czy też Gerarda Cieślika, to nikt w Chorzowie – łącznie z głównym zainteresowanym - nawet by się nie zastanawiał, uznając to za cud (co bardziej cwani chcieliby jedynie wycisnąć coś więcej, może jeszcze z pół melona…). Piłka to pieniądze, jej romantyzm minął bezpowrotnie: nawet gdyby ten młodziak kochał Ruch całym sercem, to prawdopodobieństwo odmowy z tego powodu, że chce nadal grać dla „Niebieskich”, bo dobrze się w Chorzowie czuje - wynosi 0,00 procent.
Świat się zmniejsza, coraz częściej młodziutkie nastoletnie talenty w Polsce są monitorowane nie tyle przez najsilniejsze polskie kluby, to już oczywistość (reprezentant Polski Jakub Kamiński wyjechał z Szombierek do Lecha Poznań jako trzynastolatek), co przez zagraniczne. Nie ma dziś możliwości, żeby nagle znienacka polski futbol uszczęśliwił gracz o talencie światowej klasy, którego nikt wcześniej nie znał, bo zaszył się w Bieszczadach i największa miejscowość, jaką widział, to Ustrzyki Dolne. Dopływ talentów jest monitorowany, ale problem leży gdzie indziej: często nie są w stanie przebić się przez wspomnianą już ławę zagranicznych piłkarzy. Trzeba w tym momencie koniecznie zauważyć, że jeśli chodzi o graczy cudzoziemskich, to nasze kluby ściągają albo zawodników pierwszorzędnych z krajów drugorzędnych piłkarsko, albo drugo- lub trzeciorzędnych z krajów pierwszorzędnych piłkarsko. Postępowanie klubów wydaje się zrozumiałe, postawmy się na miejscu działaczy: kluby muszą wytrzymać konkurencję tu i teraz, ale gdy myślę o przyszłości - nie tylko polskiej ligi, ale polskiej reprezentacji - nie wróży to nic dobrego.
***
Dostrzegamy jeszcze jeden problem. Myślimy, że postępująca specjalizacja sprawia, że szkoleniem malców, którzy chcą być napastnikami powinien zajmować się napastnik z przeszłością, bramkarzami – bramkarz itd. Dlaczego? Bo praca trenera piłkarskiego z chłopakami jedynie na pierwszy rzut oka wydaje się prosta. To złudzenie! Łatwo się nabrać, że mógłby tym zajmować się ktokolwiek. Prawda jest taka, że specjalizacja postępuje, a jeśli tak - już dziećmi powinien zajmować się ktoś, kto grał w ekstraklasie, a nie zaprzyjaźniony pan Józio spod szóstki, którego doświadczenie polega na tym, że kocha piłkę. Prawda jest taka, że jeśli chłopiec nabierze złych nawyków albo nie wykształci dobrych - jako piłkarz przepadnie, choćby nie wiem, jakim był talentem. Poza tym, jeśli chcesz stać się lwem, musisz przebywać z lwami. Musisz obserwować jak się zachowują, czego unikają, a czego szukają. Tak samo – myślę - jest z dziećmi, które chcą być zawodowymi piłkarzami. Tego nauczą się jedynie od ludzi, którzy sami w przeszłości nimi byli.
Jak widać polska piłka to problem wielopłaszczyznowy. Chcemy mu się przyjrzeć od wielu stron, bo... nam zależy. Oddamy głos trenerom, zawodnikom, działaczom. Zaczynamy od rozmowy z Antonim Piechniczkiem. Będziemy w „Sporcie” publikować teksty poświęcone tej tematyce. Chcemy pomóc w ratowaniu polskiej piłki, bo wydaje nam się, że nadchodzi właśnie czas żeby nie stać obojętnie.
Za chwilę może być znacznie trudniej.
Paweł Czado
Turniej dla dzieci o Puchar Marszałka Województwa Śląskiego. Czy przynajmniej jeden z jego uczestników zagra kiedyś w naszej ekstraklasie? Fot. Marcin Bulanda / PressFocus