Powroty z zagranicznych wojaży
Kilkunastu piłkarzy w minionym oknie transferowym zdecydowało się na powrót do polskiej ekstraklasy. Niektórzy wrócili do niej po bardzo długim czasie!
Kacper Urbański jeszcze niedawno cieszył się z gry w Serie A. Fot. Tomasz Jastrzębowski / Foto Olimpik / Press Focus
Minione okno transferowe było wyjątkowe dla naszych ligowych klubów. Wiele z nich sprowadziło do swoich zespołów zawodników dobrze znanych kibicom. Na liście powracających do Polski są piłkarze zagraniczni, byli reprezentanci kraju, a także ci, którzy nadal są w kręgu zainteresowania selekcjonera Jana Urbana.
Robert GUMNY
Z Polski wyjechał w 2020 roku. Augsburg zapłacił za niego Lechowi Poznań 2 miliony euro. Gumny wyjeżdżał z ojczyzny i w Niemczech miał stać się następcą Łukasza Piszczka w reprezentacji Polski. Był wówczas 22-latkiem z ogromnymi marzeniami. I w Bundeslidze dostawał regularne szanse gry w pierwszym składzie. W tym okresie zadebiutował też w biało-czerwonych barwach (rozegrał dla kadry narodowej sześć meczów). Przestało mu jednak dopisywać szczęście. Zaczął grać rzadziej, a w 2024 roku zerwał więzadła krzyżowe i od marca do listopada był poza grą. Gdy wrócił pod koniec rundy jesiennej sezonu 2024/25, za chwilę znów był kontuzjowany. Zaczął więc szukać dla siebie innych opcji. Tak właśnie powrócił do Kolejorza, który wziął do siebie zawodnika, który w poprzednich rozgrywkach rozegrał w Bundeslidze tylko 268 minut. W Lechu już zdążył doznać urazu stawu skokowego, ale mimo tego zagrał w ośmiu spotkaniach w ekstraklasie, kwalifikacjach do Ligi Mistrzów i Superpucharze (w sumie 356 minut).
Oliwier ZYCH
Ciekawe są losy 21-letniego bramkarza. Piłkarskiego rzemiosła uczył się w Arce Gdynia i Zagłębiu Lubin. W 2020 roku jego talent zauważyła Aston Villa. Jako niepełnoletni zawodnik wyjechał z kraju i zaczął trenować w młodzieżowych drużynach zespołu Premier League. Po trzech latach po raz pierwszy powrócił do ojczyzny, gdy w trakcie sezonu został wypożyczony do Puszczy, która była wtedy beniaminkiem ekstraklasy. Niepołomiczanie potrzebowali bramkarza po tym, jak po bójce w Wiśniczu Małym trafił do szpitala i został wykluczony z gry Kewin Komar. W ten sposób Zych szybko stał się numer jeden u trenera Tomasza Tułacza. W sumie zagrał 26 spotkań na poziomie ekstraklasy. To mogło sprawić, że jego kariera w The Villans po powrocie do Anglii ruszy z kopyta. Tymczasem w sezonie 2024/25 grał tylko w zespole U-21 i tylko kilka razy usiadł na ławce w spotkaniach Premier League i Champions Leauge. Tak trafił na kolejne wypożyczenie, tym razem do Rakowa Częstochowa, gdzie… patrzy z ławki na to, jak między słupkami radzi sobie niedawny młodzieżowy reprezentant Polski Kacper Trelowski.
Karol STRUSKI
Do 2022 roku ten pomocnik reprezentował Jagiellonię Białystok, do której trafił w 2017 roku, przenosząc się z juniorskiego zespołu Górnika Łęczna. Duma Podlasia dała mu szansę, a sezon 2021/22 był dla niego pierwszym, w którym grał regularnie na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. Dostawał szansę najpierw od Ireneusza Mamrota, a następnie od Piotra Nowaka. Po jednym sezonie zgłosił się po niego Aris Limassol. Na „dzień dobry” został mistrzem Cypru. Szybko stał się zawodnikiem pierwszego składu i to nie uległo zmianie w ciągu trzech lat. Dzięki temu w listopadzie 2023 roku dostał powołanie na zgrupowanie reprezentacji Polski, podczas którego zaliczył pierwszy i do tej pory jedyny występ w narodowych barwach w starciu z Łotwą (2:0), wchodząc z ławki. Teraz został skuszony ofertą Rakowa Częstochowa. Rozgrywki rozpoczął w pierwszym składzie, później przez kilka tygodni siedział na ławce, a przed październikową przerwą na kadrę znów wrócił do wyjściowej jedenastki.
Kamil Jóźwiak ostatnie lata spędził w Anglii, USA i Hiszpanii. Fot. Paweł Jaskółka / Press Focus
Kamil JÓŹWIAK
Nie jest to pierwszy lepszy zawodnik. To 22-krotny reprezentant Polski, którego kariera zaczęła ostatnio hamować. Do 2020 roku był piłkarzem Lecha Poznań. Wyróżniał się w ekstraklasie, więc trafił do Anglii, do Derby County. Tam jednak nie pograł długo, bo już po półtora roku przeniósł się do Stanów Zjednoczonych, gdzie reprezentował barwy Charlotte, gdzie grał razem z Karolem Świderskim i Janem Sobocińskim. Pomysł powrotu do Europy cały czas chodził mu jednak po głowie. W ten sposób w połowie sezonu 2023/24 przeprowadził się do Granady (razem z Kamilem Piątkowskim), która usilnie walczyła o utrzymanie w Primera Division. Cel ten był niemożliwy do zrealizowania. Pomimo spadku Jóźwiak pozostał w hiszpańskim klubie na kolejny rok, ale z pewnością nie zaliczy go do udanych. W 17 meczach ani razu nie zdobył gola, tylko raz asystując. W sumie na ligowe trafienie czeka od… 16 kwietnia 2023 roku, gdy pokonał bramkarza w meczu Charlotte z Colorado Rapids (2:2). We wrześniu postanowił wrócić do Polski, do Jagiellonii Białysok, gdzie czeka na przełamanie strzeleckiej niemocy.
Bartłomiej WDOWIK
W sezonie 2023/24, mistrzowskim dla Jagiellonii Białystok, szalał na boiskach ekstraklasy, 10-krotnie wpisując się na listę strzelców i 6-krotnie asystując. Radził sobie wyśmienicie, więc kwestią czasu pozostawał jego transfer na Zachód. Braga zapłaciła za niego 1,6 miliona euro, ale w Portugalii nie zadebiutował, bo od razu został wypożyczony do 2. Bundesligi, do Hannoveru 96, w którym wziął udział w 21 meczach. Portugalczycy wciąż nie znaleźli pomysłu na to, jak skorzystać z umiejętności 25-latka, więc znów zdecydowali się go wypożyczyć. Tak właśnie historia błyskawicznie zatoczyła koło, bo Wdowik wrócił do Jagiellonii, gdzie jest podstawowym piłkarzem w ekipie Adriana Siemieńca.
Jan BIEGAŃSKI
Pogoń Szczecin nie oszczędzała podczas minionego okna transferowego. Portowcy zatrudnili mnóstwo zagranicznych zawodników, w tym Benjamina Mendy’ego, byłego reprezentanta Francji. W Szczecinie nie zapomniano jednak o piłkarzach krajowych. Portowcy rozglądali się na rynku i w Turcji dojrzeli Jana Biegańskiego. Pomocnik po sezonie 2023/24, w którym Lechia Gdańsk grała na zapleczu ekstraklasy, trafił do Sivassporu. Turecka przygoda nie wiązała się jednak z pasmem sukcesów. Zawodnik urodzony w Gliwicach był tylko rezerwowym, a w sumie zagrał w 11 spotkaniach. Dlatego Sivasspor oddał go bez żalu i za darmo do Dumy Pomorza.
Kacper URBAŃSKI
To bez wątpienia najgłośniejszy powrót do ekstraklasy. Urbański w reprezentacji Michała Probierza grał pierwsze skrzypce. Pojechał na mistrzostwa Europy w 2024 roku, regularnie grał w ostatniej edycji Ligi Narodów. Wiązało się to z tym, że w sezonie 2023/24 w miarę regularnie występował w Bolonii, do której trafił jako nastolatek, przenosząc się z Lechii. Cieszył się sympatią trenera Thiago Motty. Gdy jednak włoski szkoleniowiec przeniósł się do Juventusu, a Bolognę przejął Vincenzo Italiano, Urbański stracił miejsce w składzie. Musiał ratować się wypożyczeniem do Monzy, która walczyła o utrzymanie w Serię A, ale dla pomocnika najważniejsze były minuty na boisku. Wypadł jednak ze składu, przez pół sezonu w Monzy zaliczył tylko osiem występów. Jego przyszłość stanęła pod znakiem zapytania, a przecież był uznawany za jeden z największych polskich talentów ostatnich lat. Urbański postanowił zagrać va banque. Nie zdecydował się na kolejne wypożyczenie, a zaakceptował ofertę Legii Warszawa. Na razie powoli wdraża się do systemu proponowanego przez Edwarda Iordanescu. W lidze jeszcze nie zagrał w pierwszym składzie.
Damian SZYMAŃSKI
Siedem lat trwał jego rozbrat z ekstraklasą. Po raz ostatni na polskich boiskach widzieliśmy go w 2018 roku, gdy reprezentował Wisłę Płock. Grał na tyle dobrze, że Nafciarze zarobili na jego sprzedaży 1,5 miliona euro. Trafił do Achmatu Grozny. W rosyjskiej lidze nie był jednak czołową postacią. W stolicy Czeczenii regularnie grał tylko przez pół roku, więc postanowiono go wypożyczyć. W AEK-u Ateny odnalazł swój piłkarski Eden. Po wypożyczeniu nastąpił transfer definitywny i tak Szymański spędził pięć lat w Grecji. Tam budował swoją markę i stamtąd przyjeżdżał na zgrupowania reprezentacji Polski. Z AEK-iem zostawał mistrzem kraju i zdobył Puchar Grecji. Był człowiekiem, na którym trenerzy ateńskiej ekipy mogli polegać. W sezonie 2023/24 stał się nawet kapitanem drużyny. Mimo tego musiał opuścić jej szeregi, a z tej okazji skorzystała Legia. Warszawianie zaprosili go do współpracy, z miejsca stał się zawodnikiem pierwszego składu.
Arkadiusz RECA
Z Wisły Płock odszedł w podobnym okresie, co Damian Szymański. Wybrał jednak inny kierunek i przeniósł się do Atalanty. W Bergamo się jednak zupełnie nie odnalazł. W sumie we wszystkich rozgrywkach zagrał w... pięciu spotkaniach, przez 140 minut będąc na boisku. Nie jest to wynik wybitny, a wynika on z tego, że Reca co chwilę był wypożyczany. Grał w SPAL, Crotone, Spezii, która po czasie wykupiła go z Atalanty za niecałe 4 miliony euro. W sumie zawodnik urodzony w Chojnicach spędził fajne kilka lat na Półwyspie Apenińskim. W Serie A rozegrał 113 spotkań. W Serie B ze Spezią rozegrał 39 meczów. Nie przebił się jednak do klubów z ligowej czołówki, więc teraz, po ukończeniu 30 roku życia, wrócił do ojczyzny. Legia, która chciała poszerzyć kadrę, przyjęła go bez zastanowienia.
Kamil PIĄTKOWSKI
Poprzedni sezon dla niego bardzo dziwny. Rozpoczął go jako piłkarz pierwszego składu RB Salzburg. Grał nie tylko w austriackiej Bundeslidze, ale także regularnie pokazywał się w spotkaniach Ligi Mistrzów. Wydawało się, że w jego karierze doszło do przełomu, że nareszcie odnalazł się w ekipie z Salzburga. Tymczasem po rundzie jesiennej zdecydowano się wypożyczyć go do Turcji i ostatnie pół roku Piątkowski spędził w Kasimpasie. Musiał przeżyć ogromny szok, bo przecież jeszcze w listopadzie 2024 roku tworzył trójkę defensorów reprezentacji Polski, zdobył nawet gola w meczu Ligi Narodów ze Szkocją (1:2), a nagle z Salzburga przeniósł się do Stambułu. Jego klub regularnie wypożyczał go po różnych zakątkach świata. Wcześniej grał w KAA Gent oraz w Granadzie. W końcu jednak okres notorycznych wypożyczeń się skończył. Legia wystawiła na stół miliony euro, dzięki czemu Piątkowski po pięciu latach przerwy znów zawitał do ekstraklasy. Wcześniej wybił się w niej, grając dla Rakowa Częstochowa.
Mateusz Klich po ponad 14 latach wrócił do ekstraklasy. Fot. Piotr Matusewicz / Press Focus
Mateusz KLICH
W 2011 roku opuścił Cracovię, przenosząc się do Wolfsburga. Od tego czasu wielokrotnie zmieniał kluby. Był zawodnikiem PEC Zwolle, Kaiserslautern, Twente, Leeds, Utrechtu, DC United, a do lata był piłkarzem Atlanty United. Zdecydował się na powrót tam, gdzie rozpoczęła się jego kariera. Pasy przyjęły zawodnika z otwartymi rękami. W końcu mowa o piłkarzu z niebanalnymi umiejętnościami. Klich jednym podaniem może stworzyć ogromne zagrożenie. To też bardzo doświadczony pomocnik, 41-krotny reprezentant Polski! 14 lat i 78 dni – tyle czasu minęło od jego ostatniego meczu w Cracovii w sezonie 2010/11 do pierwszego po powrocie do ekstraklasy w trwających rozgrywkach. Pod względem długości przerwy między kolejnymi grami w najwyższej klasie rozgrywkowej w naszym kraju nie jest jednak rekordzistą. Arkadiusz Radomski wyjechał z Polski w 1994 roku, a wrócił do ekstraklasy w 2010 i jego rozbrat z naszą ligą trwał aż 16 lat i 112 dni. Z kolei przerwa Artura Boruca (2005-2020) to 15 lat i 71 dni.
Mateusz PRASZELIK
Przeżył w ostatnich latach włoską przygodę. Hellas najpierw w 2022 roku wypożyczył go ze Śląska Wrocław, a później wykupił za 2 miliony euro. W Weronie jednak wiele nie pograł. Zagrał tam jedynie w dwóch meczach, na samym starcie przygody. Później skręcił kostkę i kompletnie o nim zapomniano. Dlatego Hellas zaczął wypożyczać go – najpierw trafił do Cosenzy, później do Sudtirolu. W ten sposób przez trzy lata zagrał w dwóch meczach w Serie A (Hellas) i 62 spotkaniach w Serie B jako zawodnik wypożyczony. Na Półwyspie Apenińskim nie miał więc wielkiego szczęścia, tym bardziej że nie przynosił „liczb”. W sezonie zdobył jedną bramkę i zaliczył jedną asystę przez 3624 minuty na boisku w barwach Cosenzy i Sudtirolu. Musiał zmienić otoczenie i w ten sposób przeniósł się do Cracovii. Trener Luka Elsner na razie jednak nie darzy go zbytnim zaufaniem, bo w sumie zagrał w ekstraklasie ledwie 119 minut.
Karol CZUBAK
Błyskawiczna i bardzo krótka była jego zagraniczna przygoda. Po rundzie jesiennej poprzedniego sezonu napastnik zdecydował się na transfer z Arki do belgijskiego KV Kortrijk. Wielu wówczas się dziwiło, dlaczego podjął taką decyzję, skoro przed nim i przed gdynianami była perspektywa awansu do ekstraklasy. Nie dał się jednak zatrzymać w Polsce. Tak właśnie bez debiutu w ekstraklasie wyjechał na Zachód i… po pół roku powrócił do ojczyzny. Tym razem trafił do Motoru Lublin, gdzie stawia pierwsze kroki na najwyższym poziomie w Polsce. Na razie w ośmiu meczach zdobył trzy gole.
MAURIDES
W sezonie 2021/22 Radomiak wyciągnął go z piłkarskiego niebytu. Brazylijczyk wcześniej grał w Korei Południowej, ale pół roku przed transferem do Radomia pozostawał bezrobotny. Trafił do beniaminka ekstraklasy i szybko udowodnił, że jest przydatnym zawodnikiem. Pomagał Karolowi Angielskiemu w zdobywaniu bramek. Widać było, że potrafi grać w piłkę. W Radomiu pograł jednak tylko przez półtora roku, bo zgłosiło się po niego Sankt Pauli. Niemiecki zespół miał nadzieję, że snajper będzie potrafił grać także poza granicami Polski. Przeliczył się. Maurides przez dwa i pół roku nie zdobył ani jednej bramki w lidze dla zespołu z Hamburga. W końcu władze klubu miały go dość i wiosną sezonu 2024/25 wypożyczyły zawodnika do VSC Debreczyn. Tam w 16 meczach zdobył 5 goli, po czym… znów zgłosił się po niego Radomiak. Nie musiał się szczególnie długo zastanawiać. Spakował się i wrócił na stare śmieci, gdzie jest jedną z ważniejszych postaci w ofensywie Joao Henriquesa.
Patryk SZYSZ
Zapomnieliśmy o byłym pomocniku Zagłębia Lubin. Gdy sięgniemy pamięcią do sezonu 2021/22, przypomnimy sobie, że był wówczas w fantastycznej formie. Nie byliśmy też zdziwieni, że zgłosił się po niego istambulski Basaksehir. Szysz całkiem nieźle wkomponował się w turecki zespół, ale jego przygodę nad Bosforem kompletnie popsuła kontuzja kolana. Przez nią stracił cały sezon 2023/24. Następnie przydarzały mu się kolejne kontuzje, więc Basaksehir tak naprawdę nie mógł liczyć na jego pomoc w walce o ligowe punkty. W pierwszym sezonie w Super Lig zagrał więc w 25 meczach, a przez kolejne dwa lata dodał do tego bilansu... trzy spotkania. Musiał zmienić otoczenie i wybrał propozycję Arki Gdynia, która po kilku latach przerwy wróciła do ekstraklasy. Na razie Dawid Szwarga daje mu szansę gry, głównie wprowadzając z ławki.
Marcin Kamiński błyskawicznie stał się liderem Wisły Płock. Fot. Dawid Figura / Press Focus
Marcin KAMIŃSKI
Odchodził z Lecha Poznań w 2016 roku jako ogromny talent. Przeniósł się do VfB Stuttgart rok po tym, jak został mistrzem Polski z Kolejorzem. W Niemczech przeżywał wzloty i upadki. Bywały sezony, w których grał regularnie, bywały takie, w których musiał pogodzić się z rolą rezerwowego, a miał też okres, w którym leczył kontuzję więzadeł krzyżowych. W sumie zwiedził trzy niemieckie kluby – poza Stuttgartem przez rok grał w Fortunie Duesseldorf, a ostatnie cztery sezony był piłkarzem Schalke 04. Pomimo tego, że w poprzednich rozgrywkach zagrał w 27 meczach w 2. Bundeslidze, zdecydował się na powrót do Polski. Wisła Płock potrzebowała doświadczonego stopera, który pomógłby jej w bezproblemowym wejściu w sezon po awansie z I ligi. Kamiński był idealnym kandydatem. Mariusz Misiura ceni jego umiejętności – już zyskał opaskę kapitana.
Kacper Janoszka
