Sport

Polska mistrzem Polski

Rzut zza boiska - felieton Piotra Płatka

Kadra Polski najlepsza w Katowicach. Fot. PZKosz 3x3

To nie jest dobry rok dla polskiego basketu 3x3. Zwykle po serii dotkliwych porażek zaczyna się bolesny rachunek sumienia. W naszym wydaniu postanowiono jednak nie marnować czasu na samokrytykę i od razu przejść do terapii szokowej. A nikt przecież nie zadba o zszargane morale reprezentantów lepiej niż związkowi stratedzy, którzy potrafią zorganizować drogę na skróty jak nikt inny.

Przypomnijmy tło, bo jest ono kluczowe dla zrozumienia skali determinacji działaczy. Czerwcowe mistrzostwa świata w Warszawie zakończyły się bilansem, o którym wszyscy woleliby zapomnieć. Obie nasze reprezentacje przegrały absolutnie wszystko, co było do przegrania. Później wcale nie było lepiej. Męska kadra regularnie zbierała baty w kolejnych turniejach, momentami ulegając zespołom, które w świecie koszykówki 3x3 stawiają dopiero pierwsze kroki.

Gdy w powietrzu wisiała katastrofa wizerunkowa, w gabinetach rozpoczęła się burza mózgów. Jak zapewnić Orłom smak zwycięstwa? Jak podbudować morale przed kolejnymi wyzwaniami? Genialne w swojej prostocie rozwiązanie nasunęło się samo – trzeba im dać „dziką kartę” do finałów mistrzostw Polski, a najlepiej od razu dwie!

Zanim jednak doszło do turnieju w Katowicach, trzeba było pochylić się nad formalnościami. Regulamin niespodziewanie nabrał wyjątkowej elastyczności, a jego zapisy modyfikowano jeszcze w trakcie trwania sezonu. A przecież pierwotne zasady brzmiały jednoznacznie: „Dopuszcza się udział zespołów posiadających więcej niż jednego zawodnika zagranicznego i zespołów Kadr Narodowych, ale taki zespół nie uzyska awansu do turnieju finałowego”.

Co na to ligowa rzeczywistość? Zwykłe drużyny z całego kraju – od maja do początku sierpnia – tłukły się w turniejach eliminacyjnych. Wylewały siódme poty na palącym słońcu, żeby wygrać choć jeden upragniony przepustkowy turniej i po przejściu gęstego sita zameldować się w Katowicach. Tymczasem tuż przed finałami podsunięto im pod nos rozwiązanie systemowe. PZKosz zdecydował, że w turnieju mężczyzn przyzna dwie „dzikie karty”. Obie – co za niezwykły zbieg okoliczności! – trafiły do reprezentacji Polski, umownie nazwanej Warsaw 3x3 Team I i Warsaw 3x3 Team II.

Scenariusz dopisano do końca. Kadrowicze przejechali się po stawiających opór lokalnych ekipach, zameldowali się w wielkim finale i na oczach kibiców sami ze sobą zagrali o tytuł. Wygrała Polska, przegrała Polska, a puchar i tak został w rodzinie.

Niby formalnościom stało się zadość. Podpisy złożono, medale wręczono, a w komunikatach odnotowano triumf. Pozostał jednak spory niesmak. Trudno bowiem oprzeć się wrażeniu, że zamiast czystej sportowej rywalizacji zafundowano nam spektakl z góry napisanym scenariuszem. A największymi przegranymi tego układu stali się ci, którzy przez całe lato uczciwie i bez taryfy ulgowej walczyli o swoje miejsce w turnieju głównym.