Póki się UEFA nie połapie
Z DRUGIEJ STRONY - Dariusz Leśnikowski
Mniej więcej w tym okresie, kiedy rdzewiała i kruszyła się, a potem zupełnie opadła, żelazna kurtyna dzieląca nasz kontynent na świat wolnego rynku i wolnego głosu oraz świat pod butem sowieckiego sołdata – w środowisku piłkarskim dojrzewać zaczął proces dokładnie odwrotny. Czymże innym była bowiem idea Ligi Mistrzów, jak nie stworzeniem futbolowej „Europy dwóch prędkości”? Ba; to slogan mocno eufemistyczny. Stworzyła raczej UEFA mechanizm, który zdrowych i bogatych czyni(ła) jeszcze zdrowszymi i jeszcze bogatszymi, daleko poza granice przyzwoitości. Biednych i chorych spychała zaś na margines: nie tylko europejskiej piłki, ale też w świadomości działaczy i kibiców z krajów przypisanych do elity. Rosnące z dekady na dekadę wpływy – głównie ze sprzedaży praw medialnych do Champions League – trafiać miały (i trafiały) wyłącznie do elitarnego grona federacji. Stąd owo powiększanie grona uczestników LM – a więc i beneficjentów rosnących przychodów UEFA – o kolejnych przedstawicieli topowych związków krajowych i topowych lig. Drugi, trzeci, czwarty, w końcu nawet i piąty zespół tabeli, a każdy z nich dysponujący możliwościami finansowymi o niebo większymi niż najbogatsze kluby z tej części Europy. Ta za najważniejsze zadanie na przełomie wieków uznała nadrabianie dystansu gospodarczego do „starej” Unii Europejskiej, spychając futbolową dyplomację – nawet w obliczu brutalnej segregacji – na plan dalszy.
Tej segregacji sprzyjała też technologia; rozwój globalnej sieci i mediów społecznościowych. Dzięki skutecznej socjotechnice wyrosło w krajach „drugiej prędkości futbolowej” całe pokolenie, dla którego świętem ważniejszym od meczu Górnika z Ruchem czy Legii z Lechem była konfrontacja Milanu z Liverpoolem czy Bayernu z Barceloną. Cóż z tego, że wybudowano w każdej gminie orlika, skoro po sztucznej trawie dzieciaki biegały w koszulkach Ronaldo i Messiego, a nie lokalnego bohatera muraw: Kowalskiego czy Nowaka?
Jak ów przydługi wstęp ma się do rozpoczętej w czwartkowy wieczór fazy zasadniczej Ligi Konferencji? Ano tak, że rozgrywki te – fakt, niejako „trzecioligowe” w hierarchii europejskich pucharów – budują (a może właściwsze słowo: odbudowują) popularność rodzimej ekstraklasy (i szerzej – piłki) wśród rodzimych fanów. Nie tylko w Warszawie, Poznaniu czy Białymstoku, gdzie już obowiązkiem jawi się dotrwanie na międzynarodowej arenie do rundy wiosennej, ale też w tych ośrodkach, w których wciąż kultywuje się pamięć o wielkich pucharowych bojach sprzed lat i dekad (Zabrze w pierwszej kolejności, ale przecież też Łódź, Kraków, a nawet Katowice), i o nawiązaniu do się marzy.
To wymiar emocjonalny pucharowych zwycięstw Jagi, Legii czy Lecha, rzutujący na całą ligę. Ale jest też wymiar całkiem praktyczny. Na razie UEFA jeszcze utrzymuje zasady, w myśl których „trzecioligowa” wygrana Jagiellonii z Maltańczykami ma dokładnie taką samą wartość punktową w rankingu, jaką miałoby zwycięstwo Dumy Podlasia na przykład nad PSG w „pierwszoligowej” Lidze Mistrzów. A kolejne punkciki, ciułane – jak w czwartek – w lepszym (Lech) czy gorszym (Jagiellonia) stylu przybliżają całą polską piłkę do tego miejsca przy pucharowym torcie, w którym nie będzie już trzeba czekać na odpadki spadające z pańskiego stołu, ale będzie można „poskrobać” ów tort osobiście? Niech więc sobie gadają i piszą o trzeciej lidze albo pucharze pasztetowej. Wy, panowie na murawie, róbcie swoje... Póki się UEFA nie połapie!
