Sport

Pędzilla atakuje

Alejandro Pedryc zwyciężył w turnieju Pro Golf Tour w Turcji. Jego nieokiełznany talent wreszcie eksplodował na międzynarodowej arenie.

Alejandro Pedryc z pierwszym trofeum Pro Golf Tour! Fot. Pro Golf Tour

Osobiście widziałam go wielokrotnie w akcji, począwszy od czasów, kiedy był dzieciakiem, potem jako potwornie zdolnego młodego amatora, aż po świetnie zapowiadającego się zawodowca. Kiedy gra swoje, oglądanie go jest ucztą dla oka. Wiele wskazuje na to, że może pójść w ślady Adriana Meronka czy Mateusza Gradeckiego.

Bez gwiazdorzenia

Uderza potwornie daleko, co robi piorunujące wrażenie, a swoją krótką grą potrafi zachwycać. To dobre połączenie. Przy tym jest naprawdę miłym chłopakiem, bez zadęcia, bez krztyny gwiazdorzenia. Gra spokojnie i cały czas stara się być pozytywnie nastawiony do tego, co robi, choć jak dobrze wiemy, w golfie to nie jest takie łatwe. Kiedy coś mu nie wyjdzie, nie rwie włosów z głowy, nie miauczy, nie rzuca się, nie ciska kijami, cierpliwie starając się grać najlepiej jak to możliwe. Jako amator zdobył niezliczone tytuły mistrza Polski, w tym sześciokrotnie wraz z drużyną Sobieni wywalczył trofeum klubowe, od samego początku będąc filarem tej najbardziej utytułowanej polskiej drużyny golfowej. Na koncie ma już zwycięstwa zawodowe, wygrywając chociażby w ubiegłorocznym Floating Garden Szczecin Open. Nigdy jednak nie zwyciężał w Pro Golf Tour – lidze będącej przedsionkiem HotelPlanner Tour.

Nieświadomy wygranej

W Turcji jego łupem padł 2026 Golf Mad Challenge. Triumfował z przewagą najmniejszą z możliwych, po dramatycznej rundzie finałowej, po której smakiem musieli obejść się trzej główni rywale: Niemiec Velten Meyer, Holender Koen Kouwenaar i Francuz Louis Bonte. Podczas wietrznego finału w malowniczym nadmorskim ośrodku Lykia Links walka o tytuł rozgrywała się tak naprawdę pomiędzy czterema zawodnikami. Kouwenaar, zwycięzca Staan Open 2024, jego partner Bonte i Meyer – który zaliczył najlepszą rundę dnia – byli już w budynku klubowym, licząc na dogrywkę. Walczący w ostatniej grupie Alejandro skutecznie pokrzyżował te plany. Pędzilla, jak pieszczotliwie jest nazywany Polak, trafił putta na birdie na ostatnim dołku i dopiero po reakcji Mateusza Gradeckiego, który spontanicznie został ostatniego dnia jego caddym, zrozumiał, że to uderzenie oznaczało pierwszy tytuł w Pro Golf Tour! „Wciąż próbuję to przetworzyć” – przyznał w szybkiej wypowiedzi zaraz po wygranej 24-latek, który jakimś cudem otrząsnął się po czterech kolejnych bogeyach na początku rundy, kontratakując sześcioma birdie na ostatnich dwunastu dołkach! „Początek nie był świetny, ale wiedziałem, że te dołki będą dla mnie trudne z powodu bocznego wiatru. Byłem cierpliwy i nie popełniłem żadnego błędu. Dla mnie powrót do rywalizacji po ostatnich rozczarowaniach to już zwycięstwo. Przez całe życie dużo inwestowałem w golfa i czasami czułem, że niewiele mi to daje. Dlatego to takie wspaniałe uczucie”.

Duet doskonały

Alex, który studiował w USA w Teksasie, a później Missisipi, dużo zawdzięczał w tym turnieju putterowi. „Mój putting był kluczem do sukcesu. Był fenomenalny przez wszystkie trzy dni. Zazwyczaj to niekoniecznie jest moja najmocniejsza strona, ale dziś mnie uratował. Bez dobrego puttingu nie wygrywa się turniejów, można przejść cut, ale nie walczy się o tytuł”. Dobry kolega gwiazdy Ryder Cup, Ludviga Aberga, z którym zaprzyjaźnił się podczas studiów w Texas Tech, był też pod wrażeniem wymagającego pola. „Szczególnie podoba mi się jego projekt: wydaje się naturalnie wkomponowany w krajobraz, a nie sztucznie w niego wciśnięty. Testuje każdy element gry – długość uderzenia z tee, grę ironami i nerwy. Z tylnych tee można by tu nawet zorganizować US Open”.

„Gradi”, trzykrotny triumfator w Pro Golf Tour i zwycięzca na Challenge Tour, który w pewnym sensie może spokojnie uważać się za ojca tego sukcesu, sam również grał w Turcji. Zabrakło mu nieco do awansu do finału, więc wspaniałomyślnie postanowił pomóc koledze... wygrać. „Jego nastawienie jest świetne – chwalił Pedryca. - Jest megapozytywny i nawet po czterech bogeyach z rzędu na start był w stanie iść dalej i grać swoje. Ja mu tylko podpowiadałem, żeby grał swoje, podejmował decyzje, z którymi się pewnie czuje i którym ufa. Do tego było dużo weselej między nami niż u dwóch współgraczy. Atmosfera w grupie była słaba, bo chłopaki ciągle narzekali i kiepsko się zachowywali. Alex był w tym aspekcie znacznie lepszy. Do końca wydawało się, że jest z tyłu wynikowo. Okazało się, że birdie na ostatnim dołku dał wygraną, chociaż nam zdawało się, że da tylko dogrywkę. Cieszę się, bo Alex jest top, ma świetną energię. Dużo wspólnie trenowaliśmy zimą w Hiszpanii i powoli widać tego efekty. Przyjdzie i na mnie czas” – dodał „Gradinho”.

Swoimi wrażeniami podzielił się też Michał Bargenda, z którym Alejandro sięgał wspólnie po wszystkie tytuły klubowego mistrza Polski. „Jestem bardzo dumny z Alejandro. Znamy się od dzieciaka, więc wiem, jak dużo pracy włożył w swoją karierę amatorską i zawodową. Spędziliśmy razem bardzo dużo czasu na treningach, marząc o zwycięstwach w zawodowym golfie. W ostatni dzień turnieju przyniósł nam na pewno sporo emocji, zaczynając od czterech bogeyów i kończąc birdie na ostatnim dołku. Sezon będzie jeszcze bardzo długi, ale na pewno to nie jego ostatnie słowo”.

Katarzyna Nieciak
_________________

Zastrzyk pewności siebie

Rozmowa z Alejandro Pedrycem

Jak grało się w Turcji?

- Było bardzo w porządku. Driver działał bardzo dobrze, irony raczej średnio. Krótka gra na bardzo dużym plusie. Myślę, że to ona tak naprawdę pozwoliła mi wygrać, głównie putting.

Kiedy zrozumiałeś, że jesteś blisko zwycięstwa?

- Tak naprawdę na sam koniec. Po tym jak zacząłem słabo, nawet nie patrzyliśmy na leaderboard. Chciałem tylko grać swoje, jak najlepiej mogę i nie przejmować się, czy prowadzę, czy jestem dziesiąty, czy piętnasty. Na drugiej dziewiątce wiedziałem już, że idę trochę lepiej i dostrzegłem, że z przodu pojawiły się jakieś bogeye, a na siedemnastce zobaczyłem, że Francuz przetoczył się przez green i zrobił bogeya. Więc mówię ok, może być blisko i kiedy wykonywałem ostatni putt, myślałem, że to jest na dogrywkę, a nie na zwycięstwo - może to nawet lepiej.

Jak „Gradi” spisywał się jako caddy?

- Był super! Chłonąłem od niego mnóstwo doświadczenia. On był w podobnych sytuacjach wiele, wiele razy, na różnych poziomach, więc myślę, że dużo mi pomógł, szczególnie na koniec i szczególnie ten ostatni putt. Przeczytaliśmy go razem i dalej tak naprawdę się wahałem, ale zaufałem temu, co on widział, mojemu pierwszemu przemyśleniu i... go trafiliśmy. Przez całą rundę mieliśmy bardzo dobre nastawienie, motywowaliśmy się nawzajem i naprawdę był super. Bardzo mu dziękuję, że ze mną poszedł. Było mi bardzo miło i mam nadzieję, że będę w stanie się odwdzięczyć.

Czy mocno denerwowałeś się w finale?

- Tak naprawdę jakoś się nie denerwowałem, przynajmniej tego nie czułem, ale na pewno były nerwy – ciężko, żeby ich nie było.

Zacząłeś słabo i potem się odbudowałeś. Jak ci się to udało?

- Szczerze mówiąc, nie wiem, po prostu nie przejmowałem się tablicą wyników. Byłem szczęśliwy, że w ogóle jestem blisko prowadzenia. Nie miałem niesamowitych oczekiwań, że dzisiaj muszę to wygrać, że koniecznie potrzebuję tego zwycięstwa. Wiadomo, każdy chce wygrać od czasu do czasu, ale nie wywierałem na siebie presji.

Zimą trenowałeś razem z Angelem Ayorą i Juanem Ochoą, zwycięskim duetem z GAC Rosa Challenge Tour. Czy Juan jest teraz twoim trenerem?

- Tak, zimą działaliśmy razem z Juanem i Angelem. Juan tak naprawdę zawsze był moim trenerem i teraz też jest. Współpracuję również z trenerem z Norwegii, z czasów college’u. Ale tak, od Juana biorę dużo porad co do swingu, gry, nastawienia, zawsze tak było. Fajnie było z nimi pograć. Dzięki ich znajomościom zagraliśmy na Valderramie, więc super. Trenując z Angelem, myślę, że dużo się nauczyłem. Grasz z kimś, o kim wiesz, że jest już tam, gdzie chcesz być. Widzisz, jak to wygląda, czego ci brakuje i czego potrzebujesz. Dużo się uczysz przy takim zawodniku.

Nie jest łatwo wygrać na PGT. Jak to odbierasz?

- Dużo znaczy dla mnie to zwycięstwo, ale też... i mało. Nie jadę na następny turniej z jakimś innym nastawieniem, niż gdybym nie wygrał w Turcji. Chcę tam pojechać i zagrać znowu jak najlepiej. Przede mną długi sezon, wiem, że zwyciężyłem i mam pewność, że mogę wygrać kolejne turnieje w tym roku. To przyjdzie w swoim czasie. Teraz chcę parę dni odpocząć, potrenować. Przygotować się jak najlepiej na kolejny turniej i grać jak najlepiej. Co będzie, to będzie, maszyna losująca coś wylosuje. Na pewno dostałem zastrzyk pewności siebie. Fajnie też poczuć, że to, co robię, idzie w dobrym kierunku.

Jakie masz plany na ten sezon?

- Pro Golf Tour to moja liga w tym roku, tak czy siak taki był plan. Chcę grać tam jak najwięcej, żeby zdobyć jak najwięcej punktów i znaleźć się w piątce czy szóstce, która awansuje na Challenge Tour w przyszłym sezonie.

Powodzenia!

Rozmawiała Kasia Nieciak

Alejandro z głównymi rywalami. Fot. Pro Golf Tour

Mamy to! Fot. mitukiewicz.pl