Papiery nie grają
Rozmowa z byłym reprezentantem Polski i piłkarzem Lecha Poznań.
„Kolejorz” musi uważać, aby znowu nie został zatrzymany przez zespół walczący o utrzymanie. Fot. Piotr Matusewicz / Press Focus
NA KOLEJKĘ ZAPRASZA BARTOSZ BOSACKI
Lech i Jagiellonia mają po 41 punktów, Raków „oczko” mniej. Który z tych zespołów najbardziej się panu podoba?
– Ojejku, trudne pytanie... Powiedziałbym, że ostatnio zaimponował mi Raków Częstochowa za to, jak został przygotowany do meczu z Lechem Poznań. Było widać naprawdę dużą pracę włożoną w rozszyfrowanie i przeanalizowanie poznaniaków, a wykonaną przez trenera Marka Papszuna. Tak to spotkanie odebrałem, że właśnie pod tym względem Lech przegrał.
Polska czołówka znowu nie jest regularna. Dwie kolejki temu pierwsza czwórka przegrywała, Lech wygrał jeden z pięciu ostatnich meczów, a Raków trzy z dziewięciu. O co w tym chodzi, skoro to drużyny bardzo silne na papierze?
– Bo papiery nie grają i to już wielokrotnie się sprawdzało, nawet w poprzednim sezonie. Przez jakiś czas miałem wtedy wrażenie, że te zespoły, które mówiły, że chcą zdobyć mistrzostwo Polski, tak naprawdę tego nie chciały. Tak to wyglądało i nie mówię tu tylko o Lechu, ale też o Legii. Oczywiście niczego nie ujmując Jagiellonii, która nadal pozostaje w czubie tabeli, lecz właśnie dzięki temu zdobyła mistrzostwo. Takie sytuacje nie dzieją się więc tylko w tym roku, ale widzimy je już od jakiegoś czasu. Ostatnio rozmawiałem też na podobny temat. Kiedy my zdobywaliśmy z Lechem mistrzostwo w 2010 roku, to przegraliśmy tylko trzy mecze. W bieżącym sezonie moglibyśmy już teraz odbierać puchar, bo nie ma obecnie zespołu, który przegrał mniej meczów (śmiech).
Swego czasu wydawało się, że Legia – napompowana także ogromnymi pieniędzmi za pamiętny występ w Lidze Mistrzów – będzie seryjnie zdobywać mistrzostwa. A tymczasem szykuje się czwarty z rzędu sezon bez tytułu, gdzie dekadę temu nikt by o tym nawet nie pomyślał.
– Tak to jest i należałoby się zastanowić nad tym, z czego to wynika, ale to pozostawiam już tym, którzy rządzą klubami. Taka sytuacja nie napawa optymizmem i nawet nie chodzi o piłkę klubową, ale reprezentacyjną. Bo ta kadra powinna składać się w części z zawodników, którzy występują w naszej ekstraklasie. Ja nie mówię, że nie ma takich, którzy się nadają, ale ich forma jest różna i mało jest stabilności. Wracając do wcześniejszego pytania o to, która drużyna mi się najbardziej podoba, to jesienią najbardziej mi się podobał Lech. Widać tam było pomysł trenera, przygotowanie fizyczne i ogólnie – zespół. Dzisiaj z kolei coś nie zadziałało w ostatnich dwóch spotkaniach i pojawiła się niemoc. Nie wiadomo, z czego to wynika.
Trener Papszun powiedział ostatnio, że najmocniejszą kadrę w Polsce ma właśnie Lech. Zapytano o te słowa szkoleniowca „Kolejorza” Nielsa Frederiksena, który... się z tym zgodził. A co pan na to?
– Myślę, że tak, ale – jak mówię – to jest tylko papier, który przyjmie wszystko. Możemy mówić o piłkarzach, którzy doszli do Lecha w przerwie zimowej czy w letnim okienku, że zainwestowano duże pieniądze, co na papierze miało się zgadzać. Jednak ci zawodnicy nie są wiodącymi postaciami, bardziej siedzą na ławce. Przed rozpoczęciem poprzedniego sezonu nikt nie przypuszczał, że Jagiellonia może zostać mistrzem, co oczywiście w trakcie rozgrywek się zmieniło. Nikt też nie myślał, że po zeszłym sezonie Śląsk Wrocław będzie w takiej sytuacji, w jakiej znajduje się obecnie, a przecież w samej końcówce miał jeszcze szanse na to, aby zostać mistrzem. Coś się jednak zacięło i na pewno brakuje stabilności.
Brakuje też chyba trochę Polaków. W Lechu z Rakowem zaczęło ich trzech...
– Dla mnie to jest niezrozumiałe i tego nikt mi nie wytłumaczy, dlaczego tak jest w polskich zespołach. Mówi pan o trzech Polakach w składzie. Gdy widzę trzech, to się we mnie gotuje; gdy widzę czterech – jestem zadowolony.
W Rakowie Polakiem był z kolei tylko bramkarz.
– Zapytałbym selekcjonera Michała Probierza, czy takie mecze chce mu się w ogóle oglądać. Chociaż... cofnąłbym się też o kilka lat i zapytał o to, jak wyglądała jego kadra w Cracovii (śmiech). W Lechu tego nie rozumiem, bo patrząc na ostatnie lata ci zawodnicy, którzy odchodzili za większe pieniądze, byli Polakami. Obcokrajowcy odchodzili albo za darmo, albo za drobne. Nie rozumiem, dlaczego nie inwestuje się w Polaków, bo taki, który będzie siedział na ławce, nie będzie kosztował 5 mln euro, ale 500 tysięcy euro. Czemu nie daje się chłopakom grać? To jest dla mnie zagadka. Był taki czas, że się tym denerwowałem, ale trudno się denerwować na coś, na co się nie ma wpływu.
W najbliższej kolejce Lech zagra u siebie z walczącym o utrzymanie Zagłębiem Lubin. Chyba wypadałoby zaliczyć pewną wygraną?
– Kiedy dwie kolejki temu Lech jechał na przedostatnią Lechię, też nikt sobie nie wyobrażał innego wyniku. A wyszło, jak wyszło i nie dlatego, że Lechia miała tyle szczęścia, tylko zagrała dobrze, a Lech słabo. Zakładanie, że jest wielkim faworytem z Zagłębiem i nie ma innej opcji niż zwycięstwo, to pierwszy krok do tego, żeby wydarzyło się inaczej.
Rozmawiał Piotr Tubacki