Sport

Łobodziński jak Tochel

Obecny szkoleniowiec Zagłębia właśnie wyrównał rekord należący od 30 lat do legendy sosnowieckiego klubu.

Wojciech Łobodziński cieszy się, że kolejne zwycięstwa nakręcają jego chłopaków. Fot. Zagłębie Sosnowiec

ZAGŁĘBIE SOSNOWIEC

Cztery mecze, cztery zwycięstwa – to dorobek Wojciecha Łobodzińskiego w roli pierwszego trenera. Takiego startu nie miał w Sosnowcu nikt od 30 lat, a konkretnie od debiutu Krzysztofa Tochela. Były piłkarz czterokrotnego zdobywcy Pucharu Polski sezon 1995/96 zaczął od czterech kolejnych wygranych. Występujący wówczas w klasie okręgowej (wówczas piąty poziom rozgrywkowy) zespół pokonał Pilicę Wierbka 3:1, RKS Grodziec 3:0, Sarmację Będzin 2:1 oraz KS Olkusz 5:0. Zagłębie zostało zastopowane dopiero przez Czarnych Sosnowiec. Tamta kampania zakończyła się awansem do IV ligi, a czołowymi postaciami odradzającej się ekipy byli m.in.: wchodzący w dorosłą piłkę Artur Derbin (dziś trener mający za sobą m.in.: pracę w Zagłębiu, GKS-ie Tychy czy GKS-ie Bełchatów) czy Grzegorz Książek (do niedawna udziałowiec w klubie z Sosnowca z szansami na przejęcie pakietu większościowego w trwającej właśnie procedurze przetargowej). Olbrzymi wkład w tamten sukces mieli także uznani ligowcy jak Marek Bęben i Wojciech Sączek.

W minioną niedzielę rekord trenera Tochela wyrównał Wojciech Łobodziński, który w roli trenera Zagłębia debiutował w wygranym 2:1 meczu z Rekordem Bielsko-Biała. Potem było zwycięstwo ze Świtem Szczecin 3:0, wygrana z rezerwami ŁKS-u Łódź 3:1 i w końcu triumf nad GKS-em Jastrzębie 1:0 po golu w 7 minucie doliczonego czasu gry. Warto w tym miejscu zwrócić jeszcze uwagę, że trener Łobodziński prowadzi zespół walczący dwie klasy wyżej niż trener Tochel trzy dekady temu. Niewiele jednak brakowało, a wieloletni rekord nie zostałby wyrównany. Zaważyła dopiero ostatnia akcja... – Pewne jest, że po tym meczu przybędzie mi siwych włosów – stwierdził „Łobo”. – Walka trwała do końca i między innymi za tę determinację moim zawodnikom należą się brawa. Mimo że mecz rozstrzygnął się w samej końcówce, uważam, że graliśmy lepiej niż w ostatnim spotkaniu z rezerwami ŁKS-u. Owszem, źle zaczęliśmy, bo rywale od razu mieli klarowną okazję, ale potem to my dominowaliśmy, kreowaliśmy grę. Brakowało nam tylko i... aż bramki. Z każdą kolejną minutą goście coraz bardziej wierzyli w to, że nie muszą u nas przegrać i dlatego ten mecz wyglądał, jak wyglądał.

Szkoleniowiec Zagłębia nie ukrywał, że jego podopieczni to spotkanie powinni zamknąć wcześniej. – Było trochę nerwówki. Najpierw graliśmy w osłabieniu, potem w przewadze, ale ostatecznie przeważyliśmy szalę zwycięstwa. Zespół bardzo chciał wygrać, widać, że kolejne zwycięstwa nakręcają tych chłopaków. To mnie bardzo cieszy, dlatego trochę nie na rękę jest mi fakt, że w najbliższy weekend będziemy pauzować, a do gry wrócimy dopiero za dwa tygodnie – zaznaczył szkoleniowiec sosnowiczan, mając na myśli spotkanie w Stalowej Woli, do którego dojdzie 19 października.

Zaplanowany na sobotę mecz z Podbeskidziem został przełożony z powodu powołania do reprezentacji jednego z graczy bielskiego klubu. Do konfrontacji Zagłębia z Góralami dojdzie 22 października o 20.00.

Krzysztof Polaczkiewicz