Niedościgniony
Rory McIlroy przeszedł do historii jako czwarty golfista w dziejach, który obronił tytuł mistrzowski w turnieju Masters. Jako pierwszy zrobił to rok po skompletowaniu w Auguście Wielkiego Szlema.
Radość i ulga po drugim zwycięstwie w Auguście. Fot. PAP / EPA
Kiedy Tiger Woods bronił tytułu w 2002 roku, miał już na koncie Wielkiego Szlema, wygrywając The Open w 2000 roku. Zwycięstwo w Masters 2001 było częścią tzw. Tiger Slam, ale nie było brakującym elementem do Karierowego Wielkiego Szlema. Jack Nicklaus wywalczył Grand Slam dopiero w lipcu 1966 roku, wygrywając kluczowe The Open kilka miesięcy po obronie tytułu w Masters. Nick Faldo triumfował w Auguście w latach 1989 i 1990, ale nigdy nie zdobył Wielkiego Szlema, do którego zabrakło mu tytułów w US Open i PGA Championship. McIlroy jest więc jedynym zawodnikiem z takim osiągnięciem i raczej nie zanosi się, żeby ktoś szybko go doścignął.
Emocje do końca
Oczywiście Rory nie byłby Rorym, gdyby zrobił to bez ekstra pakietu emocji. Taki już po prostu jest - nigdy nie wiadomo, czy nie zafunduje sobie i fanom czegoś specjalnego, kiedy wszystko wskazuje na to, że już jest bezpieczny. Nie Rory! Kiedy wchodząc na start ostatniego dołka, prowadził dwoma uderzeniami przed spokojnie siedzącym sobie już w domu klubowym Scottiem Schefflerem i wydawało się, że nic złego już zdarzyć się nie może, on pokazał, że przynajmniej można próbować. Fani doczekali się chwil, które u co bardziej wrażliwych mogły skończyć się przynajmniej napadowym migotaniem przedsionków. Najpierw wystrzelił z tee straszliwie w prawo, lądując w lesie, niemal na dziesiątym fairwayu. Stamtąd musiał zagrać popisowego hooka tak, żeby ominąć stojące przed nim sosny. Najpierw długo przesuwał kibiców, potem wystrzelił i długą chwilę w ogóle nie wiadomo było gdzie jest piłka. Okazało się, że leży w bunkrze przed greenem, po jego lewej stronie, i jest delikatnie wbita w piasek. Stamtąd na szczęście posadził ją jakieś trzy metry od flagi i wreszcie można było odetchnąć - czekały go dwa putty na zwycięstwo i naprawdę trudno było to zepsuć. Druga Zielona Marynarka była jego!
Ścigany
- Powiedziałbym, że momentem największego stresu było schodzenie z osiemnastego tee, nie wiedząc, gdzie jest moja piłka. Ta mogła polecieć wszędzie. Nie było zbyt wiele do powiedzenia. Myślę, że obaj po prostu mieliśmy nadzieję, że piłka nie jest w naprawdę złym miejscu lub za drzewem... Po prostu liczyłem na to, że będę miał jakiekolwiek pole do zamachu - komentował przygody na osiemnastce i komunikację ze swoim caddiem i bliskim przyjacielem, Harrym Diamondem. - Nie ułatwiam sobie tego – podsumował z uśmiechem, odnosząc się do trudności, jakie sprawiła mu obrona tytułu w Auguście. Turniej rozpoczął od współprowadzenia wraz z rywalem z Bethpage Black - Samem Burnsem. W piątek wystrzelił - po fantastycznej rundzie 65, uzyskując rekordową na półmetku turnieju przewagę sześciu uderzeń. W sobotę wynikiem 73 dość niefrasobliwie wyzerował licznik, współprowadząc ze zwycięzcą The Players - Cameronem Youngiem, również członkiem ekipy amerykańskiej z Nowego Jorku. Podobnie jak rok temu niedziela w Auguście była prawdziwą wojną nerwów. Atakował partner z ostatniej grupy - Young, przyjaciel z drużyny Ryder Cup - Justin Rose, znikąd wyskoczył Russel Henley, Tyrrell Hatton i przede wszystkim postraszył nieobliczalny Scottie Scheffler. Ostatecznie po przygodach na osiemnastce Rory zakończył turniej z wynikiem 12 poniżej par, wygrywając jedno uderzenie przed Schefflerem, który grał niesamowicie przez dwa ostatnie dni, jako pierwszy od 84 edycji nie notując żadnego bogeya na ostatnich 36 dołkach. Na trzeciej pozycji finiszowali Hatton, Henley, Young i Rose, który rok temu w Auguście przegrał z nim dogrywkę. Decydujące okazały się birdie McIlroya na dołkach 12 i 13, będących częścią Amen Corner, które pozwoliły mu odzyskać prowadzenie po tym, jak wcześniej stracił przewagę na rzecz Justina Rose'a i Camerona Younga.
Radość i ulga
Kiedy dokończył dzieła, pieczętując historyczną obronę tytułu, nie krył emocji. To nie była tylko zwykła radość – to była ulga i euforia po jednym z najtrudniejszych dni w karierze. Za greenem czekali na niego najbliżsi - córka Poppy, żona Erica i rodzice, Gerry i Rosie. To właśnie rodzice byli z nim w najtrudniejszych momentach 11-letniej posuchy bez wielkoszlemowego tytułu, więc ich obecność w Auguście przy obronie trofeum miała wymiar symboliczny. To oni ciężko pracowali, żeby kariera syna w ogóle była możliwa. Tysiące kibiców skandowało jego imię, tworząc niesamowitą wrzawę. Scena ta była idealnym domknięciem historii – od załamania w 2011 roku, kiedy to prowadząc przed niedzielą czterema uderzeniami, w finale zupełnie się rozsypał, dopisał szokujące 80 uderzeń i spadł na piętnastą pozycję. Rok temu skompletował Wielkiego Szlema, a teraz triumfalnie obronił tytuł w otoczeniu najbliższych. Podczas ceremonii wręczenia Zielonej Marynarki oraz na późniejszej konferencji prasowej, Rory był wyraźnie wzruszony obecnością swoich rodziców. - Mieć ich tutaj oboje, na osiemnastym greenie, znaczy dla mnie wszystko. Widzieli moje najgorsze chwile na tym polu w 2011 roku, a teraz widzą, jak bronię tytułu jako mistrz. To, że mogliśmy wspólnie przeżyć ten moment, znaczy dla mnie więcej niż sama marynarka - mówił o wspólnym domknięciu historii. - Mój tata zawsze powtarzał, że wierzy we mnie bardziej niż ja sam. Widzieć jego uśmiech, gdy trafiałem ostatniego putta... wiedziałem, że on czuje to samo co ja – że ta podróż wreszcie zatoczyła pełne koło. Mama zawsze była moim głosem rozsądku i ostoją spokoju. Jej uścisk po zakończeniu rundy sprawił, że cała ta presja i gorączka ostatnich godzin po prostu ze mnie zeszły. Bez ich wsparcia i tego, jak mnie wychowali, nie stałbym tu dzisiaj.
Z Holywood do Augusty
To szóste wielkoszlemowe zwycięstwo w karierze 36-letniego McIlroya, które potwierdziło jego dominację w Auguście. A wszystko zaczęło się w miasteczku Holywood w Irlandii Północnej, gdzie podobnie jak wiele innych cudowny dzieci, mały Rory został zaszczepiony swoją życiową pasją przez oszalałego na punkcie golfa ojca. Grający z zerowym handicapem Gerry podarował 2-letniemu synowi pierwsze plastikowe kije. Ten machał nimi jednak z taką pasją, że natychmiast je połamał. Tata znalazł rozwiązanie i obciął swojego starego „Johna Lettersa” do kuriozalnej długości, przy której trzonek był długości uchwytu. Kiedy rodzice zorientowali się, jakim talentem obdarzony jest ich syn, nadzorem nad edukacją golfową zajęła się cała rodzina – począwszy od rodziców, a skończywszy na zastępach wujków, dziadków i stryjków. Aby sprostać wydatkom związanym z grą i podróżami tata pracował od rana do nocy nawet na trzy zmiany. Rano sprzątał w lokalnym klubie sportowym, po południu pracował jako barman w Holywood Golf Club, a wieczorami dorabiał w barze w ośrodku sportowym. Mama ciułała na nocnej zmianie w fabryce 3M, aby w ciągu dnia móc zajmować się domem i wspierać syna w treningach. Ważną rolę odegrał ojciec Gerry’ego – Jimmy – również świetny golfista, który często grywał ze swoim wnuczkiem. Podobną funkcję spełniali też wujkowie, Brian i Colm, którzy często wspominali zwolnienia ze szkoły, jakie wypisywali przyszłej gwieździe golfa. Dodatkowo opiekowali się oni maluchem, kiedy rodzice musieli być w pracy. „Rors”, jak zaczęła wołać na niego mama, kiedy irlandzka pogoda nie nastrajała do treningu na świeżym powietrzu, często posyłał piłki z dywanu w przedpokoju do otwartych drzwi pralki, która stała w łazience. Opieka nad nim stała się w zasadzie rodzinnym biznesem, gdzie logistyka, zgranie w czasie i podział obowiązków były kluczem do sukcesu. Później tę drużynę wsparł sztab fachowców, na czele z pierwszym trenerem z Holywood Golf Club - Michaelem Bannonem i takimi sławami, jak Darren Clarke czy Nick Faldo.
Co jeszcze ma w zanadrzu Rory McIlroy? Na pewno nie raz dostarczy nam emocji, jakie tylko on potrafi wygenerować.
Kasia Nieciak
Ojciec i syn. Fot. Masters Tournament
