Sport

Nie chcę zostać w 1. lidze

Nikodem Leśniak-Paduch to jeden z najciekawszych młodych zawodników występujących na zapleczu ekstraklasy. – Chcę grać jak najwyżej – mówi „Sportowi” 19-latek.

Ruch może zarobić niezłe pieniądze na Nikodemie Leśniaku-Paduchu. Fot. Marcin Bulanda/Press Focus

RUCH CHORZÓW

Przed sezonem wydawało się, że Niebiescy będą mieli wielkie problem z obsadą „pozycji” młodzieżowca. Wyglądało, że numerem jeden będzie Jakub Sobeczko, że „podgryzać” go będą próbowali pozostali zawodnicy z chorzowskiego centrum szkolenia. Nie była to jednak opcja optymistyczna, ale wtedy objawił się Nikodem Leśniak-Paduch.

Szczęście i finalizacja

Na początku okresu przygotowawczego Ruch testował go razem z kilkoma innymi młodzikami z niższych lig, ale tylko on przekonał sztab i kierownictwo. Przyszedł z drugoligowej Skry Częstochowa, w której od listopada zeszłego roku był podstawowym zawodnikiem. Nie oczekiwano po nim cudów, tym bardziej że akurat na środku obrony Niebiescy mają przesyt zawodników, ale... to właśnie Leśniak-Paduch wywalczył sobie miejsce w wyjściowej jedenastce, od jakiegoś czasu tworząc nierozerwalny duet z Aleksandrem Komorem. Urodzonego w 2006 roku zawodnika trudno krytykować, broni się nie tyle statusem młodzieżowca, ile po prostu jakością. No i nie można mu odmówić ambicji, którą słychać było w rozmowie ze „Sportem” po ostatnim, przegranym 2:4 meczu z Wieczystą Kraków. – Jesteśmy niezadowoleni z tej przegranej. Myślę jednak, że gdyby obejrzało się ten mecz drugi raz, to zobaczyłoby się dwie drużyny, które starają się go kontrolować. Obie strony miały dogodne sytuacje, ale niestety zabrakło nam trochę szczęścia i finalizacji. Rywale mieli 4 dobre okazje i wszystkie wykorzystali, dzięki czemu wygrali – podsumował Leśniak-Paduch, zwracając też uwagę na stricte defensywny aspekt tego spotkania. – Oczywiście, dało się obronić te sytuacje, ale... też zabrakło szczęścia. Przy dwóch sytuacjach piłka odbijała się od zawodników i lądowała na nodze strzelca. Wiadomo, że wszystko powinno się wybronić, ale nie udało się – przyznał.

Od dechy do dechy

Od początku sezonu widać było, że Leśniak-Paduch jest jak Sergio Ramos – piłka szuka go w polu karnym przeciwnika. Młodzian regularnie dochodzi do okazji strzeleckich, ale do tej pory miał na koncie „tylko” 2 asysty (z Górnikiem Łęczna i Stalą Mielec) oraz bramkę anulowaną przez zagranie ręką (z ŁKS-em). Z Wieczystą w końcu udało mu się zaliczyć pierwsze trafienie dla Ruchu! – Miałem kilka sytuacji i w końcu udało mi się wykorzystać tę z Wieczystą. Przyjąłem klatką i strzeliłem, więc jestem zadowolony z debiutanckiej bramki w 1. lidze. Szkoda jednak, że w przegranym meczu – skrzywił się 19-latek, który swój chorzowski debiut zaliczył po wejściu z ławki w Niepołomicach, a potem – od starcia z Górnikiem w 2. kolejce – grał już wszystko od dechy do dechy. Stawiał na niego trener Dawid Szulczek, stawia też Waldemar Fornalik. – Niestety, nie miałem zbyt dużo okazji, aby potrenować z trenerem Szulczkiem, bo po kilku tygodniach go zwolniono. Nie mogę więc o nim wiele powiedzieć, ale z trenerem Fornalikiem na pewno trenuje się dobrze. Dużo jest treningów piłkarskich i analiz, to nam pomaga. Jak też widać z każdym meczem, nasza gra się poprawia, więc będziemy coraz lepiej punktować – przekonywał Nikodem.

Zagraniczny epizod

Forma Leśniaka-Paducha została dostrzeżona, bo po raz drugi otrzymał powołanie do reprezentacji Polski U-20. 13 października w Opolu w ramach Elite League będzie miał okazję zagrać przeciwko Szwajcarii. W kadrze zadebiutował we wrześniu z Portugalią i spisał się bardzo dobrze. – Dostałem kolejne powołania do kadry. Oczywiście, mam ambicje, żeby wybić się tak wysoko, jak się da, a nie zostawać w 1. lidze. Pracuję więc ciężko, robię swoje, staram się grać jak najlepiej, żeby to się wydarzyło. Chcę grać jak najwyżej – zaznaczył stanowczo piłkarz, który – jeśli utrzyma tempo rozwoju – długo w Ruchu nie zabawi. W chorzowskim zespole nie ma bardziej wartościowego graczaz takim potencjałem sprzedażowym. Jego kontrakt obowiązuje do 2027 roku i ma opcję prolongaty. To urodzony 12 stycznia 2006 warszawiak, który zaczynał w Legii. Potem był Legion Warszawa, ZWAR Międzylesie, Escola Varsovia oraz najciekawsza w jego CV: La Liga Academy. – To była szkoła, akademia w Hiszpanii, która ściągała do siebie ludzi z całego świata. Miałem takie szczęście i przywilej, że otrzymałem od nich stypendium. Wyhaczyli mnie. Przez rok tam trenowałem, chodziłem do szkoły. Wyjechałem, żeby poczuć trochę zagranicznej piłki i rozwijać się. Myślę, że to mi pomogło – opowiedział „Sportowi” o okresie, w którym... trenował go David Villa. Po powrocie do Polski trafił do Skry, no i teraz oglądamy go w Ruchu.

Bez respektu

Po Leśniaku-Paduchu widać nieudawaną pewność siebie. Mierzy 187 cm, waży 84 kg, nie opuszcza siłowni, jest bardzo skoczny. Niezależnie z kim się mierzy, nie obawia się go, nie okazuje przesadzonego respektu. Gdy zapytaliśmy go o Wieczystą, odpowiedział: – Mają jakość i nazwiska, było to widać, ale indywidualnie... nie odczuwałem tego tak bardzo. Według mnie to był wyrównany mecz – zaznaczył, zapowiadając w podobnym stylu kolejny mecz Ruchu, kolejny z krakowskim siłaczem, Wisłą przy Reymonta. To już w niedzielę. – To będzie ciężki mecz, ale nie patrzymy na to, jaka to jest drużyna. Po prostu wychodzimy na boisko, realizujemy swój plan i gramy swoje. Zobaczymy, co z tego będzie. Ważne, żeby pokazywać się z dobrej strony i... wygrywać – powiedział jasno i treściwie Nikodem Leśniak-Paduch.

Piotr Tubacki