Sport

Nie bujać w obłokach...

Tyszanie po raz czwarty w tym sezonie pokonali GieKSę. Te drużyny mogą się jeszcze spotkać w play offie.

W „Satelicie" twarda walka była od początku do końca. Fot. Zbigniew Meissner / PAP

TAURON HOKEJ LIGA

Trzeba twardo stąpać po... lodzie, a nie bujać w obłokach – do takiego wniosku dochodzimy po emocjonujących i trzymających w napięciu derbach GKS-ów z Katowic i Tychów. Gospodarze mieli głowy w chmurach w pierwszej odsłonie, zaś goście w drugiej. Efekt? Wygrana lidera tabeli jednym trafieniem. Derby były „meczychem” przez duże „M”.

Ostrzyliśmy sobie zęby na rywalizację bramkarzy Johna Murraya i Tomasa Fucika z bramkostrzelnymi napastnikami z jednej i drugiej strony, ale – jak już informowaliśmy – tyszanie dokonali roszady i między słupkami stanął Kamil Lewartowski, który w tym sezonie bronił niewiele. Widać trenerzy doszli do wniosku, że „Lewar” musi mieć poważny sprawdzian przed play offem, bo licho nie śpi. Sami byliśmy ciekawi, jak się sprawdzi w tak poważnym starciu, wszak w GieKSie aż się roi od hokejowych snajperów. Lewartowski w pierwszej tercji zaledwie kilka razy był zmuszony do interwencji, ale nie miał żadnych problemów ze złapaniem krążków zmierzających w jego stronę. To zasługa kolegów, którzy solidnie pracowali w obronie i kilka razy zdołali zablokować gospodarzy. W całym meczu wypadł na plus i na pewno nie ponosi winy za stracone gole.

Nie tak chciał zakończyć derbowe spotkanie Murray. A tymczasem, po trzecim golu Jere-Matiasa Alanena w 10 minucie, zjechał z lodu i ustąpił miejsca Michałowi Kielerowi. To, co się wydarzyło przez ten okres, zapewne będzie długo wspominane przez gospodarzy. Goście rzucili się do ataku i już w 45 sekundzie Alan Łyszczarczyk bez większego trudu umieścił krążek w siatce. Asystę zapisał Olaf Bizacki, który sprytnie posłał krążek przed bramkę, a potem sam niepilnowany uderzył pewnie „gumę” do siatki. Przy tak wyrównanych drużynach w 151 sekundach było już 0:2. Na tym jednak nie koniec tyskiego festiwalu strzeleckiego. Alanen po raz wtóry udowodnił, że warto było podpisać z nim kontrakt. Szybka akcja i Fin otrzymał krążek jak „na patelni” i „Jasiek Murarz” nawet nie zareagował. Tuż przed końcową syreną Mateusz Gościński szarżował na bramkę i próbował podawać, ale jeden z obrońców gospodarzy tak niefortunnie interweniował, że wepchnął krążek do siatki. Trafienie, rzecz jasna, przypisano „Gościowi”, bo on był ostatni przy krążku. 0:4, to był prawdziwy nokaut!

Mało kto przypuszczał, że role się mogą jeszcze odwrócić, bo w drugiej tercji tyszanie trzymali rywali na dystans, a ci miotali się niczym ryba w sieci. Nieszczęście gości zaczęło się od kary Bartłomieja Pociechy w 29 minucie. Wówczas gospodarze rozpoczęli szturm na bramkę przyjezdnych. Raz po raz strzelali, zaś Lewartowski miał pełne ręce roboty. Gdy drzwi boksu kar się otworzyły, wówczas Kacper Maciaś popisał się celnym uderzeniem. Sporą pracę przed Lewartowskim zrobił Stephen Andreson, który skutecznie zasłaniał mu pole widzenia. W 36 minucie Marcus Kallionkieli ostro zaatakował Bartosza Ciurę, który się przewrócił i stracił krążek. Anderson go przejął i posłał do siatki. Kontaktowego gola zdobył Jean Dupuy i na lodzie zrobiło się gorąco. „Guma” po uderzeniu Grzegorza Pasiuta znalazła się po raz czwarty w tyskiej bramce, ale sędziowie po analizie wideo gola nie uznali, został bowiem zdobyty po czasie.

Ostatnia odsłona zaczęła się od przewagi gospodarzy, ale już w 40:41 Pontus Engund za atak kolanem na Joonę Monto otrzymał pięć minut oraz karę meczu. Goście przez 4:20 grali z przewagą jednego zawodnika, ale nic nie wskórali. Gospodarze umiejętnie się bronili i wybijali krążek z własnej strefy. W 45 minucie podczas gry w osłabieniu Bartosz Fraszko znalazł się sam na sam z Lewartowskim, ale ten okazał się lepszy. W rewanżu Dominik Paś miał okazję do zmiany rezultatu, ale nie zdołał pokonać uważnego Kielera. Trwała twarda, nieustępliwa walka i pod bramkami wiele się działo. W 58:59 trener Jacek Płachta wziął czas, a w 59:25 z tafli zjechał Kieler. Gospodarze atakowali z pasją, ale nie potrafili doprowadzić do dogrywki.

Goście mieli tylko 10 minut słabości, zaś gospodarze znacznie więcej i stąd punkty powędrowały do Tychów.

Włodzimierz Sowiński

◼  GKS Katowice – GKS Tychy 3:4 (0:4, 3:0, 0:0)

0:1 – Łyszczarczyk – Bizacki – Heljanko (0:45), 0:2 – Bizacki – Jeziorski (2:31), 0:3 – Alanen – Łarionows – Viinikainen (9:29), 0:4 – Gościński (19:44), 1:4 – Maciaś – Varttinen (30:50). 2:4 – Anderson – Kallionkieli (35:39), 3:4 – Dupuy – Sokay (36:45).

Sędziowali: Tomas Cabak i Wojciech Czech – Artur Hyliński i Michał Żak. Widzów 1439.

KATOWICE: Murray (9:30. Kieler); Runesson – Englund (7+20), Verveda – Norberg (2), Koponen – Varttinen, Maciaś; Wronka – Pasiut – Fraszko, Mroczkowski – Sokay – Dupuy (2), Kallionkeli – Andreson – Magee (2), Bepierszcz – Smal – Michalski. Trener Jacek PŁACHTA.

TYCHY: Lewartowski; Kakkonen – Viinikainen, Kaskinen- Bizacki, Pociecha (2) – Ciura, Bryk; Jeziorski - Monto – Viitanen, Heljanko – Komorski (2) - Łyszczarczyk, Paś – Turkin – Krzyżek, Gościński – Alanen – Łarionows. Trener Pekka TIRKKONEN.

Kary: Katowice – 31 (kara meczu dla Englunda), Tychy – 6 (2 tech.)