Na sukcesach Slovana korzystają wszyscy
Rozmowa z Alexandrem Tycem, dyrektorem sportowym Partizana Bardejów, w przeszłości piłkarzem m.in. Amiki Wronki czy Śląska Wrocław
Choć Partizan Bardejów gra na trzecim poziomie rozgrywkowym, dysponuje nie najgorszym stadionem. Fot. Mariusz Rajek
- O profesjonalizmie nie można mówić. Bardziej zawodnicy dorabiają do swojej normalnej pracy, trenuje się głównie wieczorami. Trzecia liga u nas to piłka amatorska. Na trzecim poziomie z samej piłki nikt by nie wyżył. Dwie czołowe ligi to co innego. My jesteśmy beniaminkiem, w poprzednim sezonie byliśmy jeszcze niżej, ale w Bardejowie piłka jest od 103 lat. Żeby myśleć o czymś wyżej, musiałby się pojawić duży sponsor, a tego nam brakuje. Gramy swoimi zawodnikami, w drużynie jest tylko czterech obcokrajowców.
Beniaminek trzeciej ligi na Słowacji ma lepszy stadion od Rakowa Częstochowa…
- Faktycznie, stadion mamy całkiem fajny i duży, bo kiedyś była tu ekstraklasa przez siedem sezonów. Spadliśmy potem aż na czwarty poziom, ale powoli się to odbudowuje. Celem naszym jest druga liga, ale jeszcze nie w tym sezonie. Na Słowacji teraz będą wybory, więc zobaczymy co to dla nas przyniesie. Może pojawią się pieniądze na piłkę?
Na trybunach można było usłyszeć doping… po polsku. Polacy często zaglądają do Bardejowa?
- To jest tylko 20 kilometrów do granicy, więc ta wymiana tutaj jest spora. Ja na przykład mam sporo kumpli w Krynicy, którzy często zaglądają na mecze. Trener Ryszard Kuźma pracował u nas przez rok. Mieliśmy też zawodników. Był u nas choćby taki Szymek Gruca, którego wyciągnęliśmy z czwartej ligi w Polsce, potem u nas grał w drugiej. Bardzo szybki zawodnik. W ogóle muszę powiedzieć, że szybkość jest atutem waszych zawodników. Polacy mają trochę inny charakter i mentalność. Czasami w naszych chłopakach brakuje mi takiej polskiej zawziętości.
Trochę pan pograł na polskich boiskach. Choć było to prawie 30 lat temu, słyszę że język polski został na dobrym poziomie.
- Tak, bo zawsze uważałem, że język to jest podstawa. Grałem w Austrii, tam nie znałem niemieckiego i zobaczyłem, że bez tego trudno jest cokolwiek osiągnąć. W Polsce postawiłem sobie to za pierwszy cel i po dwóch, trzech miesiącach już mówiłem po polsku. Duża piłka tego wymaga. Co do polskiej ligi, to jest ona na zdecydowanie wyższym poziomie niż na Słowacji. Jesteście dużym państwem, macie dużo pieniędzy, marketing na zdecydowanie wyższym poziomie. Staram się zresztą w miarę często jeździć do Polski, głównie na mecze reprezentacji do Warszawy.
Kontakty zostały?
- Pewnie. Ostatnio w Polsce widziałem się z moim przyjacielem Czesiem Michniewiczem. Mirek Kalita też jest moim dobrym kolegą.
Patrząc na opakowanie, faktycznie w Polsce nie mamy się czego wstydzić, ale z drugiej strony to Slovan Bratysława gra w miarę regularnie w Lidze Mistrzów. Mistrza Polski nie było tam od 10 lat…
- W tym sezonie Slovanowi się szczęśliwe poukładało, że trafił na takich rywali w eliminacjach. Awans do LM to są duże pieniądze, z których korzysta nie tylko Slovan, ale i inne zespoły ligowe. Bo nie oszukujemy się - Słowacja to biedny kraj, widać to choćby po piłce nożnej. W drugiej lidze grają przede wszystkim młodzi zawodnicy z akademii, nie ma tam jakichś wielkich transferów z zewnątrz.
Jak sukcesy Slovana przekładają się na inne kluby?
- Dwa lata temu, gdy Slovan awansował do fazy ligowej, to wszystkie zespoły z ekstraklasy z tego tytułu dostały potężne jak na Słowację pieniądze, mówimy tu o 800-900 tys. euro na klub.
Żylina napsuła w tym sezonie sporo krwi GieKSie Katowice.
- To jest bardzo młody zespół, taką mają filozofię od lat. Tam pracują z młodymi na bardzo dobrym poziomie już od 15-latków. Zagrali faktycznie niezły dwumecz, ale nie ma się co oszukiwać, polska piłka jest na innym, wyższym poziomie.
Polska liga wciąż jest ziemią obiecaną dla Słowaków?
- Jest bardzo dużo skautów u nas na meczach, którzy wyłapują talenty. Są też przykłady w drugą stronę. Jakub Kiwior to właśnie z Żyliny trafił do wielkiej piłki, Spezii, Arsenalu, a teraz Porto. Konkurencja u nas jest dosyć spora, zawodnicy muszą pokazać się z naprawdę dobrej strony, aby się ktoś nimi zainteresował. Poprzez polską ligę dla Słowaków jest bardzo dobra droga do naprawdę dużej piłki. Wystarczy spojrzeć na Ondreja Dudę, który poszedł do Warszawy, z Legii trafił już do topowych lig. Kto pracuje, ma dobre zdrowie, ten ma szansę załapać się do dobrego zespołu. Praca, praca i jeszcze raz praca.
To kiedy się pan teraz wybiera do Polski?
- Na ligę chcę przyjechać, szczególnie na Górnika Zabrze, tam jest niesamowita atmosfera. Fajnie, że Wisła Kraków wróciła, tam też czuć dobrą piłkę. Ja grałem w Polsce w czasach Citkomanii, wtedy na topie były Legia i Widzew. Z tamtych czasów dobrze pamiętam Marka Bajora, Sławka Majaka, czy Radka Bilińskiego. W Amice w ataku grałem z Pawłem Kryszałowiczem. To był bardzo poukładany klub w tamtych latach. „Fryzjer”? Na jego czasy się nie załapałem, akurat odszedłem do Wrocławia (śmiech).
Mariusz Rajek
Alexander Tyc jest doskonale zorientowany nie tylko w słowackiej, ale i polskiej piłce. Fot. Mariusz Rajek
