Na otarcie łez
Meczem z Amerykanami zakończyli Biało-czerwoni mistrzostwa świata. Stawką spotkania było 25. miejsce i Puchar Prezydenta IHF, który Polacy zdobyli po rzutach karnych.
Paweł Paterek – najlepszy zawodnik wczorajszego meczu. Fot. Piotr Matusewicz / Press Focus
Oba zespoły zajęły w swoich grupach ostatnie miejsca, ale już w rozgrywkach pocieszenia dla światowych outsiderów, czyli Pucharze Prezydenta, jedni i drudzy odnieśli komplet trzech zwycięstw. Mimo to byliśmy murowanym faworytem starcia o 25. miejsce. Ostatni akcent MŚ po prostu należało wygrać!
Spotkanie rozpoczęliśmy zgodnie z planem, od dwubramkowego prowadzenia, po czym... straciliśmy rozum. Nie rzuciliśmy bramki przez kolejne 10 minut, Amerykanie objęli trzybramkowe prowadzenie, a my po 10 minutach mieliśmy już siedem prostych strat i skuteczność rzutową na poziomie 43 procent. Czas dla polskiego selekcjonera niewiele zmienił w naszej grze. Arkadiusz Moryto rzucił karnego, ale drugą „siódemkę” zmarnował. I tak przez 30 minut. Błąd gonił błąd w meczu z amerykańskimi amatorami. To wstyd – cisnęło się na usta, gdy schodziliśmy do szatni, bo poza Marcelem Jastrzębskim w bramce graliśmy na żenującym poziomie.
Po przerwie w bramce pojawił się Adam Morawski, ale nasza gra nie wyglądała lepiej, a jeszcze w 38 minucie Michał Olejniczak podkręcił kostkę. Chwilę potem zniwelowaliśmy straty, ale po kolejnych koszmarnych błędach ponownie mieliśmy trzy gole na minusie. Na kwadrans przed końcem nasza sytuacja stawała się niepokojąca. Na szczęście ratował nas Morawski i wreszcie w 55 minucie po bramce Piotra Jędraszczyka doprowadziliśmy do remisu, a za moment wyszliśmy na prowadzenie. W tym ważnym momencie nerwy puściły naszemu selekcjonerowi, za co dostał dwie minuty kary, co natychmiast wykorzystali rywale. Na 55 sekund przed końcem o czas poprosił trener Robert Hedin, ale jego podopieczni nie wykorzystali szansy. Teraz my mieliśmy piłkę – Marcin Lijewski poprosił o minutę przerwy, lecz też bez efektu i do wyłonienia zwycięzcy konieczne były rzuty karne. A w nich nasi bramkarze stanęli na wysokości zadania, więc na otarcie łez po 25. miejscu, najgorszym w historii występów Biało-czerwonych na mistrzostwach świata, wracamy do kraju z Pucharem Prezydenta.
Zbigniew Cieńciała
◼ Polska - USA 21:21 (11:13) rzuty karne 3:1POLSKA: Jastrzębski, A. Morawski - Wojdan 1, Paterek 3, Jędraszczyk 3, Rogulski 2, Przytuła 3, Czuwara 2, Olejniczak 1, Gębala, Pietrasik 3, Adamski 2/2, Moryto 1/1, Czapliński, Bis, Marciniak. Kary: 4 min. Trener Marcin LIJEWSKI.
USA: Morkovszky, Otterstrom - Corning 2, Edwards, Stromberg 2, Chan 3, Skorupa, Hines,
Sędziowali: Belkhiri Youcef i Hamidi Sidali (Algieria). Widzów 120.
Przebieg meczu: 2:0 (2), 3:1 (4), 3:6 (12), 4:7 (14), 7:9 (19), 10:10 (25), 10:13 (30), 11:13 (30), 12:13 (31), 15:15 (39), 15:18 (45), 19:19 (55), 20:19 (56), 21:21 (60).
Rzuty karne 0:0 – Corning (broni Morawski), 1:0 – Adamski, 1:1 – Chan, 2:1 – Jędraszczyk, 2:1 – I. Hueter (broni Jastrzębski), 3:1 – Wojdan, 3:1 – P. Hueter (broni Jastrzębski).
Z piekła do nieba
Niebywałych emocji dostarczył pierwszy ćwierćfinał, po którym hala w Zagrzebiu wręcz eksplodowała z radości. Stało się to po ostatniej akcji, którą przeprowadzili Chorwaci. Przy stanie 30:30 mieli oni 9 sekund na przechylenie szali zwycięstwa. Wielu kibiców wątpiło i wolało zamknąć oczy, inni zastawiali twarze, godząc się na dogrywkę. Zvonimir Srna oraz Marin Sipić nie chcieli o tym słyszeć i przeprowadzili błyskawiczną akcję, a pewnym rzutem z sześciu metrów sfinalizował ją drugi z wymienionych. Gospodarze oszaleli, wpadali sobie w ramiona, tarzali się po parkiecie, bo nie potrafili uwierzyć, że znaleźli się w czołowej czwórce globu, a jeszcze przed dwoma dniami musieli walczyć ze Słoweńcami o miejsce w ósemce. U Węgrów natomiast dominowała rozpacz, bo zostali przegonieni z ogródka, w którym już witali się gąską. Tak bowiem można było określić czterobramkową przewagę, jaką osiągnęli w 55 minucie. Od tego momentu zaporą nie do pokonania stał się jednak Ivan Pesić (zastąpił świetnie spisującego się w całym turnieju Dominka Kuzmanovicia). Trzy kolejne kapitalne interwencje potężnego bramkarza tak nakręciły jego kolegów, że w ciągu czterech minut trafili aż pięciokrotnie. O tym meczu będzie się jeszcze mówić długo, a czekający od 12 lat na medal MŚ Chorwaci w półfinale zmierzą się z Francuzami, którzy późnym wieczorem po równie dramatycznym meczu i golu Luki Carabaticia z połowy boiska na... 0,3 sekundy przed syreną pokonali Egipcjan 34:33.
(mha)