Musi być schron
Mieszkają i trenują we Lwowie, a na mecze do Polski dojeżdżają autokarem. Liderujące w Lidze Centralnej szczypiornistki Galiczanki marzą o powrocie do Orlen Superligi.
Milana Szukal (z prawej) to czołowa postać ekipy ze Lwowa i jej najlepsza strzelczyni. Fot. Paweł Andrachiewicz/PressFocsus
Jest kilka opcji
- Szukaliśmy optymalnego rozwiązania logistycznego, z odpowiednią infrastrukturą, jaka wymagana jest przez ZPRP. Nie było to łatwe, bo kilka hal, które szczególnie pod kątem potencjału publiczności były optymalne, z różnych powodów nie były dla nas dostępne. Braliśmy m.in. pod uwagę Jarosław, ale tam trwa remont. Nie wiem, jak to będzie wyglądać w przyszłym sezonie, ale mamy już kilka opcji. Nie ukrywamy jednak, że optymistycznie patrzymy na powrót do Superligi - powiedział Wasyl Turczyn, dyrektor ds. komunikacji i marketingu Galiczanki.
Niepokonany na zapleczu ekstraklasy zespół z Ukrainy podejmuje rywali w hali, która po rozłożeniu trybun maksymalnie może pomieścić 400 widzów. - Mała miejscowość, ale gra się nam tam bardzo dobrze. Zarząd hali oraz całego ośrodka sportowo-wypoczynkowego jest bardzo pomocny i nie możemy na nic narzekać. Czujemy się tam bardzo dobrze - dodał Turczyn.
Problemy na granicy
Zespół jest w pełni profesjonalny. 95 procent kadry to zawodowe szczypiornistki, które mieszkają i trenują we Lwowie, a na mecze do Polski dojeżdżają autokarem. - Jak gramy w Cmolasie, to mamy możliwość przyjechać dzień lub dwa wcześniej i potrenować. Podróże są mało komfortowe, a przede wszystkim obciążają zawodniczki. To był jeden z powodów, że w poprzednim sezonie mieliśmy dużo kontuzji. Teraz wzięliśmy to pod uwagę i mamy dużo młodych zawodniczek, które nas wspierają, więc mamy większą rotację w składzie. Czasami pojawiają się problemy na granicy, ale federacja i Straż Graniczna starają się je szybko rozwiązywać. To jest jednak trudny proces, szczególnie podczas wojny i pewnych procedur nie da się ominąć - tłumaczył Turczyn, który podkreślał, że priorytetem dla Galiczanki są mecze w Polsce, a władze ukraińskiej SuperLigi idą klubowi na rękę w dostosowaniu terminów, żeby występy ze sobą nie kolidowały. - Dziewczyny tego bardzo chcą i cały czas żyją marzeniem o awansie. Nie ma co jednak wybiegać za bardzo do przodu, bo w Lidze Centralnej też są ambitne i mocne zespoły. Na pewno jednak podchodzimy z optymizmem do dalszej części rozgrywek - zaznaczył dyrektor Galiczanki i poinformował, że w przypadku awansu - ze względu na kwestie logistyczne i bliskość granicy - drużyna nadal będzie chciała rozgrywać mecze na Podkarpaciu.
Od sezonu 2014/15 drużyna ze Lwowa zdobyła 10 z rzędu tytułów mistrza Ukrainy, a i w tym sezonie - podobnie jak w Polsce - jest bez porażki. - Na Ukrainie jesteśmy bezkonkurencyjni, dlatego Orlen Superliga jest dla nas ambitnym celem, który pomoże kontynuować rozwój. Jest w niej zdecydowanie dużo wyższy poziom niż na Ukrainie. Nasze rozgrywki to poziom polskiej Ligi Centralnej. Walczyliśmy też w europejskich pucharach, ale już zakończyliśmy rywalizację. Mamy ambicje, żeby tam też w końcu wygrać, bo do tej pory najwyżej dotarliśmy do półfinału - przekazał przedstawiciel Galiczanki.
Zagrożenie wojną
Zmagania ukraińskiej SuperLigi odbywają się w formie turniejów, które rozgrywane są w zachodniej części kraju. Jak przyznał Wasyl Turczyn, mimo że mecze mają miejsce w pobliżu granicy z Polską, to zagrożenie działaniami wojennymi cały czas istnieje. - Może w tym momencie jest troszkę „luźniej”, ale proces organizacji spotkań wciąż pozostaje bardzo skomplikowany. Musimy zadbać o bezpieczeństwo drużyn i gości, a proces rejestracji meczu jest bardzo wydłużony. Wymaga dopinania dużej liczby rozmaitych szczegółów, np. musi być dostępny schron. Podczas spotkań zdarzały się sytuacje, że był alarm i kilka razy przerwać mecz, zejść do schronu, a później wrócićna boisko - zakończył dyrektor lwowskiego klubu.
(ZC, PAP)