Może być i do pustej, z metra!
Rozmowa z Jakubem Kiwiorem, stoperem FC Porto i reprezentacji Polski
W prestiżowym dla Porto meczu z Benficą skupienie Jakuba Kiwiora na zadaniach obronnych nie mogło dziwić, skoro za rywala miał m.in. Dodiego Lukebakio. IMAGO/PressFocus
Jesteśmy na Śląsku, więc pierwsze pytanie dotyczyć będzie... pańskich korzeni. Pański pierwszy trener w Tychach, Krzysztof Berger, powiedział mi kiedyś, że „chciałby zobaczyć Kubę strzelającego gola z 25 metrów, jak to miało miejsce 15 lat temu”. Chodzi panu czasem po głowie, by to „kropnięcie” w lewej nodze wykorzystać?
- W tamtych czasach byłem pomocnikiem i rzeczywiście czasem takie gole strzelałem. Teraz mam zupełnie inne obowiązki, gram trochę dalej od bramki przeciwnika. Ale... przydałoby się od czasu do czasu coś strzelić. Może niekoniecznie z 25 metrów, ale choćby do pustej, z metra (śmiech). Czasem kusi, by spróbować. Ale ostatecznie nie próbuję, bo tak naprawdę dziś na boisku skupiam się na czymś innym: najpierw muszę dobrze bronić, a dopiero później myśleć o atakowaniu.
Teraz będzie trochę łatwiej bronić, kiedy u boku ma się kolegę z drużyny klubowej?
- Powinno być łatwiej. W klubie - jak sądzę - czujemy się dobrze; w każdym razie ja się dobrze i pewnie przy Janku Bednarku czuję.
No i jesteście „polską ścianą”. Porto jeszcze nie straciło gola, gdy gracie obok siebie!
- Mam nadzieję, że w reprezentacji będzie tak samo. Generalnie zaś zawsze lepiej przyjeżdżać na kadrę z poczuciem, że grasz regularnie w klubie. Pewność siebie, pewność każdego zagrania jest dużo większa, dużo łatwiej i szybciej podejmuje się decyzje na boisku.
Po 2,5 roku spędzonych w Anglii, samo Porto – i portugalska ekstraklasa – potrafi czymś pana zaskoczyć?
- Na pewno zaskoczył mnie nasz trener - swym podejściem do piłki! Zwraca uwagę na bardzo małe detale. Kiedy rozrysowuje je na tablicy, czasem myślę sobie: „Nie wierzę, że tak można zagrać”. A potem na boisku okazuje się, że potrafimy to zrealizować.
Francesco Farioli jest Włochem, a więc też ma temperament południowca, jak Mikel Arteta w Arsenalu. Są podobni w pracy?
- Trener Farioli może nie jest specjalnie blisko zawodników, ale na pewno czuć bijącą od niego dobrą energię. Piłka - i praca przy niej - sprawia mu przyjemność, żyje nią w każdej chwili. Jak powiedziałem, ważne są dla niego boiskowe drobnostki. Może z tego powodu odprawy u niego są nieco dłuższe niż w Arsenalu.
Emirates to wielki stadion, ale Estadio do Dragao niewiele mu ustępuje. A atmosfera jest porównywalna?
- Angielska kultura kibicowska jest trochę inna. Wszyscy ludzie na trybunach bardzo żyją meczem, żywiołowo na każdą sytuację na murawie reagują. W Portugalii, jak zdążyłem się zorientować, jest podobnie jak w Polsce: jedna trybuna odpowiedzialna jest za nieustający doping. Akurat jestem świeżo po prestiżowym meczu z Benficą i chciałbym, żeby atmosfera z tego spotkania powtórzyła się w kolejnych grach.
Kiedy wychodzi pan na miasto, ludzie już poznają nowego stopera Porto?
- Bardzo krótko jestem na razie w zespole, więc raczej się to nie zdarza. I - prawdę mówiąc - niech tak zostanie (śmiech). Mam taki charakter, że nie potrzebuję tej wielkiej rozpoznawalności.
Słówko o reprezentacji: po remisie w Holandii i wygranej z Finlandią mecz z Litwą jest swoistą „miną”. Trzeba wygrać, a przecież z pozoru już wszystko w grupie „załatwione”. Mentalnie będziecie dobrze przygotowani?
- Każdy z nas wie, co robić. Mamy wielu zawodników doświadczonych, obeznanych ze światem piłki i jego zasadami. Wszystko, co było, zostawiamy za sobą. Ważne jest to, co przed nami. Jestem pewien, że mecz z Litwą będziemy mieć pod kontrolą. Że to my będziemy ustalać jego tempo, styl gry; że nie oddamy rywalom piłki i nie pozwolimy im pomyśleć, że mogą nam urwać punkt.
Mówi pan: „Ważne to, co przed nami”. A ja wrócę na chwilę do Holandii; remis w Rotterdamie znacząco was zbudował po wcześniejszym okresie niepewności co do własnych możliwości?
- Bardzo nam pomógł, choć myślę, że głównie w... relacjach z kibicami. Mam wrażenie, że ponownie w nas uwierzyli; że znów możemy liczyć na ich bezwarunkowe poparcie. A dzięki temu gra się łatwiej.
Zerka pan już czasem na sytuację w innych grupach? Wybiera pan ewentualnego rywala na baraże?
- Nie myślę o tym. Głównie dlatego, że wciąż mam nadzieję, że będziemy pierwsi w grupie i żadne baraże nie będą nam potrzebne. A gdyby nawet przyszło nam w nich zagrać, jestem pewien, że je przebrniemy i pojedziemy na mundial.
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski
