Sport

Mizeria w ataku

Grając czterema młodzieżowcami i bez trzech zawodników z podstawowego składu, Górnik nie był w stanie przeciwstawić się coraz bardziej rozpędzonemu Rakowowi.

Zoran Arsenić trzymał w ryzach obronę Rakowa. Fot. Łukasz Sobala/Pressfocus.pl

Szkoda, że obie drużyny przystąpiły do piątkowego spotkania osłabione. W Rakowie zabrakło Frana Tudora, Petera Baratha i Michaela Ameyawa, za to po długiej przerwie spowodowanej kontuzją do gry w podstawowej jedenastce wrócił Ariel Mosór. W zespole z Roosevelta nie ujrzeliśmy pauzującego za kartki Lukasa Podolskiego oraz Luki Zahovicia, którego tuż przed meczem dopadł jakiś wirus, miał wysoką gorączkę i jego występ stał się niemożliwy.

Bezzębni górnicy

To nie był dobry mecz Górnika, a w ataku wręcz mizerny. W pierwszej połowie zabrakło nawet sytuacji podbramkowych, a w ogóle „Trójkolorowi” nie oddali celnego strzału przez 97 minut (!), co dawno im się nie zdarzyło. Co prawda Raków też sytuacji ich nie miał za wiele, jednak w ostatniej chwili pierwszej połowy zdobył gola „do szatni”, po bardzo dobrej akcji i strzale Władysława Koczerhina. W tym momencie było pewne, że po przerwie coś musi się zmienić w grze zabrzan. - Przegrywaliśmy, musieliśmy więc zagrać bardziej otwarcie, co spowodowało, że rywale częściej nas w drugiej połowie kontrowali i wtedy już mieli sytuacje. Próbowaliśmy różnych rozwiązań, zrobiliśmy sporo zmian, ale w dalszym ciągu nie potrafiliśmy wypracować klarownych sytuacji – trener Jan Urban wyjaśniał, dlaczego Górnik miał takie problemy z przodu. Jego reakcje nie zmieniły oblicza meczu, dlatego że... - Gdy grasz z Rakowem, który traci bardzo mało bramek (w tej statystyce są już najlepsi w lidze – dop. red.), wystawiasz czterech młodzieżowców i nie możesz liczyć na trzech zawodników z podstawowego składu, to nie można myśleć o nie wiadomo ilu sytuacjach. No, nie... – podkreślał. - Do pewnego czasu radziliśmy sobie jednak z pressingiem Rakowa, co lepszym od nas drużynom się nie udawało. Generalnie zabrakło nam jakości, zimnej krwi, zmiany też niewiele wniosły, ale też trzeba sobie powiedzieć, że Raków nie pozwolił nam na zbyt wiele. Nam zabrakło najlepszego strzelca, Luki Zahovicia, oraz Lukasa Podolskiego, który też potrafi przymierzyć, asystować. To są liderzy, których potrzebujemy - również wtedy, kiedy drużynie się nie układa. Potrafią zmobilizować, zmotywować, obudzić zespół. Nadać jej pewności siebie, pokazać, że można i da się. Nie mogę być jednak niezadowolony z naszej gry. Mimo porażki, zagraliśmy zdecydowanie lepiej, niż z Pogonią w Szczecinie (0:3).

Patrząc na bezsilność Górnika trzeba współczuć trenerowi Urbanowi, który co pół sezonu musi dokonywać gigantycznych wysiłków, by na nowo budować jakość zespołu, ponieważ działacze sprzedają czołowych graczy, a dokładają nowych, dużo słabszych – mówiąc eufemistycznie. - Nowi zawodnicy muszą swoje odczekać, nie są jeszcze wkomponowani w zespół. Jak mogą grać w meczach mistrzowskich, skoro nawet nie zagrali z nami sparingów? To są eksperymentujemy na żywym organizmie. Niektórym jeszcze sporo do tego brakuje, stąd było parę strat - w drugiej połowie po zmianach, których na tym poziomie nie powinno być – tłumaczył Jan Urban.

Zadowoleni kibice Rakowa

W piątkowy, mroźny, późny wieczór Marek Papszun i jego chłopcy dokonali czegoś niecodziennego. Trener Rakowa pierwszy raz wygrał z Janem Urbanem, a Raków wreszcie przełamał się na własnym boisku, nie rozdając gościnnie punktów. Po raz pierwszy od kilku spotkań bramkarz Górnika nie znajdzie się po meczu z Rakowem w jedenastce kolejki, wreszcie po wielu miesiącach Raków znów został po tym meczu liderem ekstraklasy!

- Nigdy nie rywalizowałem z trenerami, tylko z zespołami - odpowiadał na konferencji prasowej wyraźnie rozbawiany Marek Papszun. - Górnik zawsze był trudnym dla nas rywalem. Pamiętam tylko jedno spotkanie, gdy dość gładko wygraliśmy, w Zabrzu, a dwie bramki strzelił wtedy Ivi (Lopez), który dopiero dotarł do nas. Zawsze były to mecze na styku. Dziś na styku był tylko wynik i o to mam uwagi do moich zawodników; nie potrafili wcześniej zamknąć meczu. Powinniśmy to zrobić, by oszczędzić sobie i kibicom nerwów w końcówce. Przede wszystkim zależało nam na wygranej u siebie, bo ostatnio zawiedliśmy. Chcieliśmy się więc zrehabilitować. To było najważniejsze, bo późna pora, temperatura, zima, stadion zapełniony... Udało się i kibice zadowoleni opuszczali stadion.

Szkoleniowiec Rakowa ma ostatnio sporo powodów do zadowolenia, bo jego podopieczni po falstarcie po wznowieniu rozgrywek łapią mistrzowski rytm. Choć nadal wygrywają mecze „tylko” po 1:0 – szósty raz w tym sezonie – to już mało kto narzeka na brak artyzmu w ich poczynaniach, bo bronią się po prostu wynikami. - W pierwszej połowie brakowało nam intensywności w pressingu, przez co nie odebraliśmy tylu piłek, ile chcieliśmy. Brakowało też płynności, ciężko było nam z tego powodu wejść do strefy obronnej Górnika. Po przerwie zdecydowanie poprawiliśmy te elementy. Byliśmy bardziej energiczni, zdominowaliśmy całkowicie przeciwnika, stworzyliśmy kilka szans, a Górnik nie oddał celnego strzału. Oczywiście najistotniejszym momentem meczu był gol Koczerhina i jego bardzo dobre zachowanie. Zostaliśmy liderami, ale nie ma znaczenia, czy to miejsce utrzymamy, bo jeszcze wiele meczów przed nami. Ważne, że krok po kroku robimy swoje – jeszcze raz uśmiechnął się trener Marek Papszun.

Zbigniew Cieńciała