Sport

Mistrz i Małgorzata, to zobowiązuje!

Rewelacja biegu na 800 metrów Margarita Koczanowa otrzymała imię na cześć słynnej powieści Michaiła Bułhakowa. Wygląda na to, że rok 2025 będzie życiowym w karierze byłej reprezentantki Białorusi w barwach Biało-czerwonych.

Margarita Koczanowa w tym sezonie już dwukrotnie biła rekord życiowy. Fot. Mateusz Sobczak/PressFocus

Została niedawno 17. biegaczką w historii polskiej lekkoatletyki, która na dystansie 800 metrów zeszła poniżej 2 minut - 1:59,94, a to już rodzaj pewnej nobilitacji. Zdarzyło się to w miniony piątek podczas Memoriału Ireny Szewińskiej w Bydgoszczy, w którym Margarita Koczanowa zajęła 3. miejsce, najlepsze z całej koalicji naszych zawodniczek, spychając w cień powrót na bieżnię utytułowanej Sofii Ennaoui. Był to już drugi rekord życiowy urodzonej w Grodnie lekkoatletki w ciągu kilku dni - tydzień wcześniej podczas Memoriału Kusocińskiego w Chorzowie też finiszowała trzecia z czasem 2:00,87. Obok halowej mistrzyni Europy Anny Wielgosz dziś wyrasta na najlepszą specjalistkę nad Wisłą na dystansie dwóch okrążeń.

Pierwsza i modelowa

Ma 26 lat, nie była anonimowa i nie jest wyjątkiem wśród lekkoatletek, które jeszcze kilka lat temu reprezentowały Białoruś, a dziś startują dla Polski. Bardziej znane były dotąd sprinterka Kryscina Cimanouska czy skoczkini wzwyż Maria Żodzik, ale to Koczanowa była pierwsza. Jej osobista historia jest modelowym wręcz odbiciem skomplikowanych ludzkich losów w naszej części Europy, a jej sportowa droga do reprezentowania nowej ojczyzny napotkała dramatyczne meandry.

Urodziła się w 1999 roku na Białorusi jako Marharyta Kaczanawa. Dziadkowie ze strony mamy byli Polakami, bo przed wojną Grodno było częścią II Rzeczpospolitej. Żeby było ciekawiej, ojciec jest Rosjaninem, ale sama Margarita czuła się Polką. - Jestem taką wybuchową mieszanką - powtarza.

Polska w sercu

Imię otrzymała zresztą na cześć bohaterki słynnej powieści Michaiła Bułhakowa „Mistrz i Małgorzata”, której wielbicielem był jej tata. - Jeszcze nie czytałam książki, ale wiem, że muszę nadrobić tę zaległość. Mistrz i Małgorzata, samo to określenie do czegoś zobowiązuje - uśmiecha się w rozmowie ze „Sportem”.

Ale podkreśla, że to Polska zawsze była w jej sercu. - Choć mieszkaliśmy na Białorusi, to w domu mówiło się po polsku. Od dziecka ten kraj był w moim sercu. Także ze względu na dziadków. Polski nigdy nie traktowałam jak obcego kraju, do którego przyjeżdżałam na wakacje do cioci. To był od zawsze mój drugi dom - mówiła trzy lata temu dla Onetu Przeglądu Sportowego. Mówi zresztą piękną czystą polszczyzną, bez śladu obcego akcentu.

Zaczęło się w Rio

Jej sportowa polska historia początek wzięła w… Brazylii. W 2016 roku na igrzyskach w Rio de Janeiro jej białoruski trener spotkał cenionego szkoleniowca Zbigniewa Króla i zaproponował mu objęcie opieką zawodniczki z polskimi korzeniami „dla jej dobra i rozwoju”. „King”, bo tak mówi się w środowisku o Królu, zgodził się. Margarita przeprowadziła się do Polski, najpierw do Łodzi, ale jeszcze w 2018 roku reprezentowała Białoruś w mistrzostwach świata juniorów w Tampere.

Po nich rozpoczęła procedurę zmiany obywatelstwa. Uzyskała je wiosną 2021 roku, zrzekając się białoruskiego, i w czerwcu pojechała z reprezentacją Polski do Tallina na młodzieżowe mistrzostwa Europy. Ale w Estonii były tylko łzy, a na bieżnię ostatecznie nie wyszła, bo światowe władze lekkoatletyczne z nie do końca jasnych powodów proceduralnych nie zatwierdziły jej do startu w naszych barwach, choć minęły 3 lata karencji od poprzedniego startu dla Białorusi. World Athletics zgodę na zmianę reprezentacji wydała dopiero w listopadzie 2021.

Już kończyła karierę

Zimą 2023 została halową mistrzynią Polski na 800 m i dwa tygodnie później zadebiutowała w biało-czerwonym stroju w mistrzostwach świata pod dachem w Stambule, a pół roku później wystąpiła w czempionacie globu na stadionie. W Budapeszcie odpadła jednak w eliminacjach, choć liczyła na więcej.

Po pięciu latach odeszła spod skrzydeł Króla i przeszła pod opiekę Andrzeja Gizy. Ale sezon olimpijski, z którym wiązała wielkie nadzieje, zakończył się niepowodzeniem. Nie było rekordów, nie było kwalifikacji, Paryż oglądała tylko w telewizji, zagryzając zęby ze zgryzoty, co dalej z sobą zrobić. - Bardzo przeżywałam to niepowodzenie, wylałam morze łez, zarzekałam się, że kończę karierę, że koniec ze sportem - wspomina.

Ale dała sobie jeszcze jedną szansę, a pomocną dłoń wyciągnęła do niej Aneta Lemiesz. Ta uznana na początku XX wieku specjalistka dystansu 400 i 800 metrów, srebrna medalistka halowych ME w sztafecie 4x400 (2002), to prawdziwy biegowy fenomen. Jest wielokrotną medalistką światowych mistrzostw weteranów, a jeszcze w ubiegłym roku, w wieku 43 lat, była rozchwytywanym pacemakerem podczas największych mityngów, bo gwarantowała szybkie tempo dla światowych gwiazd mknących po rekordy. Jej rekord życiowy na 800 metrów jest wciąż o 1 setną lepszy od najlepszego wyniku podopiecznej.

Dziękuje wszystkim

Teraz to Koczanowa idzie w jej ślady - była już „zającem” na niedawnej Diamentowej Lidze w Rabacie, szykują się kolejne występy w tej roli. Ale w przeciwieństwie do trenerki nie są celem samym w sobie - oczywiście pozwalają dorobić, ale mają też pomóc Margaricie w szlifowaniu własnej formy. A kto wie - za niedługo może w diamentowym cyklu sama będzie dobiegać do mety po czołowe miejsca i nagrody.

- Ten start pokazał, że trenerka wie, co robi. Chcę też podziękować moim poprzednim trenerom i wszystkim, którzy we mnie wierzyli, wspierali mnie i w tym uczestniczyli - cieszyła się po biegu na Stadionie Śląskim. A po kolejnej „życiówce” dodała: - Czekałam długo na bieg poniżej dwóch minut i wreszcie się udało. Wiem, że ten rekord życiowy będzie mnie teraz napędzał. Liczę, że jeszcze w przyszłości coś urwę z tego czasu - mówiła w Bydgoszczy w Polsacie Sport. Na stadionie Zawiszy zdobyła cenne punkty do rankingu, który może zapewnić jej występ we wrześniu w mistrzostwach świata w Tokio.

Tomasz Mucha