Sport

Miłość wygrywa na korcie

Rozmowa z Barbarą Olszą, wielokrotną mistrzynią Polski w tenisie, kapitanem reprezentacji kobiet w Pucharze Federacji

Nieoczekiwana triumfatorka Australian Open Madison Keys i jej mąż oraz trener w jednej osobie Bjorn Fratangelo. Fot. Sydney Low/Cal Sport Media/SIPA USA/PressFocus

Australian Open zakończył się wręcz sensacyjnie wśród tenisistek, bo wszystkie faworytki, w tym Igę Świątek, pogodziła Madison Keys, która w Melbourne w wieku niemal 30 lat wywalczyła swój pierwszy tytuł wielkoszlemowy. Czy pani też jest pod wrażeniem osiągnięcia tenisistki z Florydy?

- Oj tak, ale narozrabiała! Triumf Keys to dowód na to, jaką siłę, także w sporcie, daje miłość. Przecież ona nie grała sama, ona grała razem z mężem i dla męża, który jest jej trenerem (Bjorn Fratangelo - przyp. red.). Jak patrzyłam na nich, to przypominałam sobie, jaki to jest „power”. Ten jej wielki talent, który objawił się już w wieku 14 lat, być przyćmiony, dopiero teraz dojrzał do wielkich rzeczy. Widocznie potrzebował bodźca w postaci uczucia. To miłość ją zdopingowała.

Co pani przez to rozumie? Przecież same „amory” nie wygrywają na korcie…

- Oczywiście, ważna była też zmiana w jej grze, przede wszystkim bardzo poprawiła serwis, co też jest zasługą jej męża, zawodowego tenisisty. Wcześniej myślała, że już nic wielkiego w tenisie nie osiągnie, wygram albo przegram, będzie co będzie, a tu walczyła jak lwica o każdą piłkę. Jak tylko spojrzała na swojego męża w boksie, on ją mobilizował, i następną piłkę już poprawiła.

To naprawdę ciekawe, co pani mówi.

- Wiem sama po sobie. Gdy w styczniu 1976 wyszłam za mąż, tydzień później wygrałam halowe mistrzostwa Polski w hali Kwiatów w Parku Kultury i Wypoczynku. W finale pokonałam moją odwieczną rywalkę, Dankę Szwajową (patrz ramka), pierwszy raz pod nowym nazwiskiem, czego nie chciał mi wybaczyć ojciec, „bo tyle już zrobiłaś jako Barbara Kral”. Ale wcześniej wygrywałam dla rodziny, dla rodziców, u nas cała rodzina grała. Nieważne było, kto mi ściskał rękę i gratulował, cieszyłam się najbardziej, bo to było święto w domu, święto rodziny. Ale wtedy wygrałam dla mojego świeżo poślubionego męża.

Iga Świątek nie chciała wygrać dla swojego nowego trenera, Wima Fissette’a?

- Na pewno chciała, ale to już nie jest tak silna więź. On próbuje, ale jest taki nieśmiały, a ona może nie chce mu się narzucać, on może ją rozbroić fachowością, a u Keys była miłość, wielkie uczucie. Szkoda że w półfinale z Keys Iga nie wygrała tej ostatniej piłki, emocje były ogromne, ale ten mecz kosztował ją bardzo dużo energii, bo Amerykanka nie zwalniała ręki, grała bardzo mocno. Ale generalnie bardzo się cieszę, bo kobiety nieprawdopodobnie podniosły poziom, czołówka jest bardzo wyrównana, a ich półfinały i finały były dużo ciekawsze niż u mężczyzn.

Dominacja wśród panów Jannika Sinnera zaczyna być trochę monotonna, nie uważa pani?

- Ja bym chciała pochwalić Novaka Djokovicia, że doszedł tak daleko, pomimo wieku trzyma formę, kto wie, co by było, gdyby w półfinale ze Zverevem nie musiał skreczować z powodu kontuzji. Młodzi, owszem, atakują, ale nie mają tej formy jeszcze, co on miał w ich wieku, nie potrafią jeszcze wytrzymać pięciu godzin na korcie.

W Top 50 rankingu mamy trzy Polki, czwarta jest blisko Top 100, a u panów tylko jest Hubert Hurkacz, który właśnie wypadł poza dwudziestkę. Dlaczego?

- Dziewczyny mają większą szansę wybicia się, bo mają z kim trenować – czyli z mężczyznami. Gdy moja córka Ola (Aleksandra Olsza, mistrzyni juniorskiego Wimbledonu 2015 – przyp. red.) zaczynała osiągać wyższy poziom, szukaliśmy kogoś, kto jest w stanie przebić z nią przynajmniej osiem piłek. I trenowała z Tomkiem Lichoniem. Utrzymać piłkę – to często droga do sukcesu. Jak choćby w wypadku Magdaleny Fręch.

Łodzianka to w ogóle swego rodzaju ewenement – nie była czołową juniorką, ale krok po kroku przebijała się i dziś w wieku 27 lat jest w Top 30 na świecie. Może być taką naszą Madison Keys?

- Widziałam Magdę parę lat temu w Bytomiu, gdy zdobywała mistrzostwo Polski trzy razy z rzędu i myślałam sobie - okej, super, ale czy jest w stanie nawiązać walkę z najlepszymi... Zrobiła od tego czasu bardzo duży postęp, ma tę konsekwencję i regularność zagrań, choć na pewno jako filigranową, delikatną dziewczynę - w porównaniu z takimi Sabalenką czy Rybakiną – kosztuje ją to dużo zdrowia. Ale ona cały czas się rozwija i na pewno możemy liczyć na kolejne niespodzianki z jej strony. Wszystkiego najlepszego życzę też dziewczynie z Dąbrowy Górniczej Mai Chwalińskiej, która ma duży talent i mam nadzieję, że wkrótce przebije się do pierwszej setki na świecie. Iga to wiadomo, ale cieszę się, że coraz więcej naszych pań idzie w górę, bardzo im kibicuję.

Rozmawiał
Tomasz Mucha

Legendarna rywalizacja

W latach 1966-79 najcenniejszymi trofeami w żeńskim tenisie dzieliły się niemal wyłącznie dwie Ślązaczki – Barbara Kral-Olsza i 9 miesięcy młodsza Danuta Wieczorek-Szwaj. Ich rywalizacja przeszła do legendy. Licząc łącznie letnie, halowe i międzynarodowe mistrzostwa Polski w trzech konkurencjach Barbara (GKS Katowice) wygrywała 29 razy, w tym 13 w singlu, Danuta (Piast Gliwice) – 30 (11 w grze pojedynczej). W 1976 roku Barbara dokonała niezwykle rzadkiego wyczynu, wygrywając wszystkie 3 konkurencje międzynarodowych MP (wcześniej to samo osiągnęła w NMP 1973). Po raz ostatni zagrały w finale singla letnich MP 1979: Danuta wygrała, a Barbara zakończyła karierę. Olsza została w tenisie, m.in. w sezonach 1986 i 1996 była kapitanem reprezentacji kobiet w Pucharze Federacji, do 2020 roku była pracownikiem naukowym AWF Katowice (doktorat z nauk o kulturze fizycznej). Córka Aleksandra Olsza została pierwszą polską mistrzynią wielkoszlemową (juniorski Wimbledon 1995).


W 1976 roku Barbara Olsza zdobyła tytuł halowej mistrzyni Polski dla świeżo poślubionego męża. Fot. historiapolskiegotenisa.pl