Medale przykurzone
Rozmowa z Waldemarem Legieniem, dwukrotnym mistrzem olimpijskim z Seulu 1988 i Barcelony 1992
Waldemar Legień w roku 2025 i jego złoto, a polskie dżudo czeka na medal igrzysk już prawie 30 lat… Zdjęcia: UM Bytom, T. Mucha
Jest pan jednym z najbardziej utytułowanych polskich sportowców. Czy medale olimpijskie coś zmieniły w pana życiu?
- Na pewno, bo taki sukces zmienia podejście otoczenia do człowieka. Startowałem w okresie przejściowym, czyli pierwsze igrzyska były powiedzmy jeszcze w komunizmie, drugie już w okresie transformacji ustrojowej i gospodarczej. Dwa różne światy, ale sport zawsze w Polsce i w wielu państwach jest priorytetem. I nawet dzisiaj, jak podam gdzieś swoje nazwisko, to od razu inaczej się mnie przyjmuje, jestem innym klientem (śmiech). Skorzystałem też jeszcze, że Francuzi ściągnęli mnie do siebie. A dżudo francuskie jest na bardzo wysokim poziomie, bo są drużynowymi mistrzami olimpijskimi, mistrzami świata; oni i Japończycy to sam top. Zacząłem pracować z trenerem kadry francuskiej, który szkolił mnie również w klubie i to są niesamowite doświadczenia. Ta kumulacja wiedzy nas obu dała mi naprawdę dużo; dla mnie to była dobra decyzja. Bardzo dziękuję Francuzom, że mnie ściągnęli.
Co pan dostał za pierwsze złoto olimpijskie - w 1988 roku - jeszcze w PRL-u?
- Oficjalnie 10 tysięcy dolarów, a to było dużo pieniędzy na tamte czasy. Wygrywając plebiscyt na Sportowca Roku, dostałem masę pucharów, różnych innych nagród. Jest takie zdjęcie, że sporo osób musiało mi pomagać, żeby to wszystko gdzieś zanieść. Za Barcelonę z kolei było 20 tysięcy dolarów, a za zwycięstwo w plebiscycie dostałem Fiata Tipo. Miałem drugie auto, jeszcze... mniejsze. Sprzedałem oba, kupiłem większe. W miarę szybko po olimpiadzie wyjechałem do Francji. Naprawdę dobrze mi się pracowało i pracuje, nie żałuję.
Francuzi skorzystali, ale - chyba nie tylko ja mam takie wrażenie - że polskie dżudo nie skorzystało wystarczająco na sukcesach Legienia. Od 30 prawie lat ta dyscyplina nie zdobyła medalu olimpijskiego. Dlaczego?
- Były próby, żeby mnie ściągnąć. W dniu mojego przyjazdu do Francji miałem 14 dni na zastanowienie się, a kontrakt mogłem podpisać od razu. Natomiast, gdy ileś lat temu chciałem wracać do kraju i rozmawiałem w Polskim Związku Judo, to gadaliśmy o wietrze, coś będzie, coś się stanie… Do dzisiaj tak ten związek wygląda i myślę, że też przez to nie mamy wyników. W pewnym momencie pracowałem z kilkoma naszymi zawodnikami, wyniki się podniosły, ale też trzeba powiedzieć, że w sporcie jest raz góra, a raz dół. Dżudo w Polsce wyszło z szafy za sprawą moich medali, później był Paweł Nastula. Mieliśmy bardzo dobry moment. Mieliśmy niedawno mocną lekką atletykę, na igrzyskach w Tokio, teraz słabo jej poszło na igrzyskach w Paryżu. Dzisiaj w sportach walki dominują kobiety, to się u nas bardzo zmieniło. Kiedyś boks był mocny, ale wtedy był boks tylko i wyłącznie męski i mieliśmy potężną kadrę. W tej chwili tylko dziewczyny robią medale. Nie wiem, czy coś się u naszych chłopaków stało…
Inne pokolenie, inne czasy - znaczy gorsze?
- Są roczniki lepsze i gorsze, do tego praca klubów, poziomu w kraju… Trzeba powiedzieć, że poziom w Polsce się obniżył. Konkurencja za moich czasów była dużo większa, więc i walki były na zdecydowanie wyższym poziomie. Dzisiaj naszym zawodnikom trudno się przebić na tych wyższych poziomach. Taka Beata Pacut ma już duże doświadczenie olimpijskie i w tej chwili może tę młodą kadrę pociągnąć za sobą, powinna być dla niej przykładem. Natomiast ci młodzi muszą do niej jeszcze dociągnąć.
Na pewno moglibyśmy wiele zaszczepić z modelu francuskiego, ale to nie jest takie proste?
- Uważam, że mamy inną mentalność od Francuzów i środki finansowe też inne. Nad Sekwaną trenuje około miliona ludzi, w Polsce dużo mniej. Inaczej funkcjonujemy. Musimy znaleźć swoją drogę. Mieliśmy model polski, który przynosił sukcesy, teraz trzeba go trochę dopasować do sytuacji i znaleźć naszą metodę. Nie każda metoda się sprawdza. Gdy ja kogoś uczę techniki, to mówię, że musi znaleźć swój sposób na jej wykonywanie, bo kopiowanie ode mnie nie ma sensu. Może wykonywać wszystko niby tak samo jak ja, ale nie wiadomo, czy będzie rzucał tak jak ja.
Podobno pana olimpijskie medale leżały sobie parę lat za szafą?
- To prawda. Jak mieszkaliśmy we Francji, to moi synowie chodzili do liceum i college’u międzynarodowego. Była wymiana z chłopakiem z Krakowa, który chciał przed wyjazdem zrobić sobie zdjęcie z medalami. Ja mu te medale dałem, zrobiliśmy zdjęcia i odłożyłem je na książki, ale ścianka meblowa z tyłu się poluzowała, ktoś coś popchnął, już nie wiem, i medale się zsunęły, a mieliśmy tam... tonę książek. Trzeba byłoby wszystko zdemontować, przesunąć, przenieść. Nikomu się nie chciało. Leżały sobie tam 4-5 lat, dobrze były schowane (śmiech). Dopiero, jak robiliśmy remont i trzeba było wszystko przestawiać, to wyciągnęliśmy je z tego kurzu. Teraz są w Polsce. Jeszcze mam taką anegdotę. Zatrzymano mnie na lotnisku, kontrola, a miałem je w bagażu podręcznym. Mówię, wiem o co chodzi, proszę nie ruszać, to są medale olimpijskie. A skąd pan je ma? No, ukradłem. Jak to - pan ukradł?! No, że normalnie… Gdy żarty się skończyły, to nie bardzo mogli uwierzyć, że moje własne (śmiech).
Rozmawiał Tomasz Mucha
