Sport

Mały Szu?

REMANENT - Jerzy Chromik

Co miał wspólnego „Wielki Szu” z „Piłkarskim pokerem”? Ano dużo! Według Purzyckiego, gdyby nie ten pierwszy film, to Janusz Zaorski nie poprosiłby Janka o napisanie scenariusza tego drugiego. Reżyser zauroczył się bowiem obrazem o świecie karcianych blefów i uznał, że można spokojnie przenieść go do opowieści o polskiej piłce. W niedzielę życie napisało ciąg dalszy i potwierdziło, że futbol i szulernia są niedaleko od siebie.

Zabrze. Jak powiedział Charles de Gaulle, to najbardziej polskie ze wszystkich polskich miast. Odwiedzałem je bodaj najczęściej podczas zawodowych tułaczek stadionowych. Ostatni raz dopiero co, bo w sierpniu, gdy mogłem po dekadzie uściskać Janka Urbana. To po tym niezwykłym spotkaniu w redakcji „Sportu” wydawca zabrał mnie na wycieczkę do swego miasta.

– Patrz, w tym domu mieszkał długo Jurek Gorgoń.

– A teraz kto?

– Nie wiem, ale pewnie sprzedany.

A propos. To tam przed szatnią gospodarzy widziałem z bliska w latach 80., jak były gracz Górnika przekazywał miejscowemu pudełko butów w rozmiarze 8. Jerzy Engel do dziś utrzymuje, że nieprzypadkowo była to akurat „ósemka”. Innym razem właśnie przed budynkiem klubowym Górnika sędzia z Poznania otworzył bagażnik swego fiata 125p i zaoferował mi dwie koszule szyte na miarę korzystnej recenzji. Był niepocieszony, gdy usłyszał, że chodzę tylko w T-shirtach.

Takie tam obrazy z życia. Ale jest prawda czasu i prawda ekranu. Na koniec tej sierpniowej, nocnej wycieczki po Zabrzu zatrzymaliśmy się na słynnym parkingu przy Roosevelta. Wróciły inne wspomnienia. Biała gra z Czarnymi. A Marian Opania czeka na wynik meczu w wołdze z... panienką piłkarskich obyczajów. Było w kinie jak w prawdziwym życiu. Dobro ze złem walczy przecież codziennie.

Od dziecka moje sympatie kibica rozkładały się po równo: Orlęta Radzyń i Górnik Zabrze. Te niezapomniane tasiemce telewizyjne z AS Roma i finał w deszczu z Manchesterem City. Wyludniały się ulice polskich miast. Wszyscy siedzieli przed biało-czarnymi odbiornikami tv u sąsiadów albo mieli uszy przy radioodbiornikach tranzystorowych. Pewnie nie doczekam już polskiej drużyny w finale europejskiego pucharu, nawet tego klasy C. Bo ten konferencji jest przecież rywalizacją trzeciego wyboru. Ale bardzo chciałbym, by synowie taki zobaczyli...

Klasyk. Mecz powtarzalny do bólu. Dziś, pewnie już niedługo, będzie tak nazywany na wyrost mecz Lecha z Rakowem. Mam stały spór z adeptami w moim zawodzie. Bo przecież klasyk jest tylko jeden. Jak matka. Kiedyś naprzeciwko siebie Ernest Pohl i Lucjan Brychczy, potem Kazimierz Deyna i Włodek Lubański, a trzy dni temu? Sow i Rajović. Kpina? Nie, realia. Tyle nam zostało z tamtych lat i aż tak bardzo rozmienił się na drobne nasz futbol.

Iordanescu zagrał va banque. Drugi zespół w Lidze Konferencji, pierwszy przeciwko Górnikowi. Tak się nie gra, nawet o posadę. Przyszła fala prześmiewczych recenzji. A puenta po Wielkim Szu: – Szczęście? Szczęście trzeba umieć sobie zorganizować. Poker jest sztuką oszustwa, przyjacielu. Graliśmy uczciwie. Ty oszukiwałeś, ja oszukiwałem, wygrał lepszy...

Dawno, dawno temu nagradzany Złotym Piórem Zbigniew Wojciechowski miał felieton w krakowskim „Tempie” pod stałym i przewrotnym tytułem „Pisze z Łodzi, sam sobie szkodzi”.

Ja piszę z Warszawy. A sobie pomagam. Zrozumieć logikę stołecznego klubu.


Niezapomniany Wielki Szu. Fot. JC