Magowie i poeci żyją po śmierci
Powrót do korzeni, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza
Średnio rozgarnięci piłkarze, raczkujący dziennikarze, absolwenci kursów trenerskich w Białej Podlaskiej i im podobni dworują sobie z przedstawicieli klasycznej myśli szkoleniowej, nazywając ich wuefistami. Tymczasem dobry nauczyciel wychowania fizycznego potrafi ukształtować wartościowego pod każdym względem człowieka, a kiepski wprost przeciwnie: zniechęci do aktywności fizycznej na całe życie. Bardzo długo panem od wuefu etykietowano Oresta Lenczyka, maga trenerskiej profesji, człowieka ogromnej przenikliwości i mądrości życiowej. Pod przykrywką oschłości i nieprzystępności był Lenczyk osobą wrażliwą i myślącą dalekowzrocznie. Nie ma go już z nami, pozostały wspomnienia zawodników, których prowadził. Ci, którzy go kiedyś wykpiwali, dziś wspominają z szacunkiem i pewnie wstydzą się wypowiadanych wtedy bez zastanowienia słów.
Całkiem niedawno zmarł dr Krzysztof Zuchora, wybitny teoretyk sportu, wykładowca akademicki, nietuzinkowy poeta. Poznałem go, gdy byłem świeżo upieczonym absolwentem hungarystyki, to było lata świetlne temu. Gdy podarowałem Zuchorze moją pracę magisterską „Ideał sprawności fizycznej w literaturze i sztuce węgierskiej”, on natychmiast zaproponował mi otwarcie przewodu doktorskiego na warszawskiej AWF. Nigdy się do tego nie zabrałem, żałuję. Przynajmniej na drzwiach mieszkania i w nekrologu miałbym literki „dr” przed nazwiskiem. Na Węgrzech tytułem doktora mianuje się każdego absolwenta wyższej uczelni, czyli polskiego magistra. Stąd na ligowych boiskach nad Dunajem mamy całkiem sporo „doktorów”, a u nas pamiętam tylko Józefa Kurzeję z Górnika Zabrze (lekarza) i Macieja Plucińskiego ze Ślęzy Wrocław (ekonomistę). Krzysztof Zuchora opracował test poziomu sprawności fizycznej dla każdego. Jest aktualny do dziś, a polega na pomiarze parametrów skoczności, siły ramion, gibkości, wytrzymałości. Rzecz w określeniu zdolności do utrzymania wysiłku na dany czas. Społeczeństwo mamy otłuszczone i niesprawne, statystyki nie kłamią. Kiedyś test Zuchory większość zaliczała dostatecznie, a wielu nawet celująco. Dziś aż strach się bać, gdy przyjdzie do poważnego sprawdzianu. Mam zadanie dla Czytelników: proszę pobiec przez 10 sekund, unosząc wysoko kolana i klaszcząc w dłonie nad nimi. Minimum przyzwoitości do 12 razy dla kobiet i 15 dla mężczyzn, poziom wybitny to odpowiednio 35 i 40. Czytelnicy „Sportu” to ludzie prawdomówni i sumienni, zatem uwierzę w przesłane wyniki. Jako junior trenujący piłkę nożną i ręczną oszukiwałem czasami trenera w trakcie tzw. ćwiczeń stacyjnych. Zamiast 20 podciągnięć na drążku, robiłem 17, zamiast 30 pompek - 25 itd. Naiwnie sądziłem, że zajęty obserwowaniem innych trener tego nie zauważy. Jakże mi było głupio, gdy po treningu szkoleniowiec zaprosił mnie do swojej kanciapy i spokojnie, bez krzyków, zagaił: „Michał, oszukałeś mnie czy samego siebie? Tych niedokończonych ćwiczeń zabraknie ci kiedyś w ostatniej minucie meczu i przegramy”. Te słowa pamiętam do dzisiaj. Wielkiego humanistę sportu Krzysztofa Zuchorę pożegnam strofą z jego wiersza „Zostanie po mnie”:„nadciągnie zima, spadnie śnieg, popędzi konie mroźna zamieć, zostanie po mnie parę drzew, wiersz opuszczony jak przystanek”.
Zatrzymano dilerów narkotyków handlujących tym świństwem na wielką skalę. I bardzo dobrze, ich miejsce jest za kratami, dokąd popłyną idiotyczne pozdrowienia do więzienia z trybun. Komunikaty policji łączą kryminalistów z klubami piłkarskimi. To nieporozumienie i nadużycie, oni tylko wykorzystują stadiony do uprawiania haniebnego procederu zabijającego młodych ludzi. W wielotysięcznym tłumie łatwo się ukryć za udającym transparent prześcieradłem i kominiarką. Przede wszystkim można zwerbować kolejnych „żołnierzy” i kurierów. Ci źli ludzie nigdy nie uprawiali sportu, nie przestrzegali reguł. Nie mają pojęcia o sportowym wysiłku ani historii klubu, pod którego barwy się podszywają. Nawet wymienienie składu drużyny przekracza ich możliwości, oni w tym czasie handlują prochami. To nie są kibice ani nawet kibole, to zwykli przestępcy. Protestuję przeciw przyklejaniu ich do konkretnego klubu. Nikt nie tytułuje ich melomanami z powodu chodzenia na koncerty.
Dla mnie cinkciarz to facet ukryty w bramie i stamtąd proponujący przechodniom wymianę złotówek na dolary a kiedyś też na bony Pewexu. W schyłkowym okresie PRL byli królami życia, później zalegalizowali swoje biznesy przez kantory i domy uciech. Cinkciarzom nie brakowało sprytu i tupetu, gorzej z empatią i kulturą. Na bazie doświadczeń powstała prężna firma „Cinkciarz pl”. Szybko stała się potentatem, jej usługi reklamowali byli prezydenci: Bronisław Komorowski i Lech Wałęsa, sportowcy: Zbigniew Boniek i Marcin Gortat, na liście sponsorowanych były czołowe kluby: Jagiellonia, Ruch, Pogoń, Zagłębie Lubin, Polska Liga Koszykówki, a nawet słynni Chicago Bulls. Eldorado skończyło się przed rokiem, prezes Marcin P. jest poszukiwany przez Interpol, kwota oszustw przekracza 125 milionów, poszkodowanych są tysiące ludzi. Takie afery ze sportem w tle były, są i będą niestety. Sport potrzebuje wsparcia finansowego, a zweryfikowanie uczciwości każdego przedsiębiorcy nie jest możliwe. Sam tego doświadczyłem jako świeżo upieczony prezes PZPN. Za namową Zbigniewa Bońka podpisałem umowę z nikomu nieznaną firmą Berlo. Szczęście trwało krótko, skończyło się na spłacie jednej raty zamiast dwudziestu. Na pamiątkę pozostały mi stare dresy z nazwą firm-wydmuszki na plecach. W sporcie o wyniku decydują dziś niuanse, detale, ułamki sekund, ostatni rzut czy strzał. W biznesie podobnie. Nieważne jak kto zaczyna, ważne jak kończy.
Orest Lenczyk, mag trenerskiej profesji, człowiek ogromnej przenikliwości i mądrości życiowej. Fot. Paweł Andrachiewicz/Press Focus
Fot. Tomasz Błaszczyk / Press Focus
