Ma walczyć o ekstraklasę
Rozmowa z Kazimierzem Szachnitowskim, ikoną GKS-u Tychy
- Nie tylko w moim imieniu, ale także w imieniu kolegów z drużyny, która w 1976 roku zdobyła wicemistrzostwo Polski, mogę powiedzieć, że liczyliśmy na miejsce w pierwszej szóstce. Zresztą nasze oczekiwania oparliśmy na zapowiedziach ówczesnego trenera Dariusza Banasika. Rozmawialiśmy też z reprezentującym właściciela Maksem Kothnym. Padały wtedy słowa o tym, że zespół ma zdobyć minimum 51 punktów i że ma walczyć o ekstraklasę. Boisko jednak boleśnie zweryfikowało te plany i było słabo. Na szczęście końcówka roku sprawiła nam dużą niespodziankę, bo punkt przywieziony z Łęcznej, a następnie zwycięstwa w Legnicy i u siebie z Kotwicą pozwalają w trochę lepszych humorach udać się na przerwę zimową.
Kogo wyróżniłby pan za grę w tym w słabym półroczu?
- Na mnie najbardziej pozytywne wrażenie zrobił Austriak Julius Ertlthaler. Pomocnik, zdaniem także pozostałych kolegów, był jedynym zawodnikiem, który potrafił wziąć grę na siebie i pokierować zespołem. Wyróżniłbym też bramkarza Marcela Łubika. W sumie na słowa uznania zasłużył też najlepszy strzelec drużyny, czyli Jakub Budnicki, bo jako stoper zawstydził napastników, choć... słowo napastnik wobec dorobku Bartosza Śpiączki i Daniela Rumina to chyba nadużycie. Obaj zasłużyli na minusy z wykrzyknikiem. W 19 meczach zdobyli po 2 bramki więc nic dziwnego, że są w czołówce tych, którzy rozczarowali. Dopiero w ostatnich kolejkach zaczęli trafiać, ale przez całą pierwszą rundę zawodzili. Żartowaliśmy nawet w gronie kolegów, że chyba muszę ubrać buty i wyjść na boisko, a może bym ich zaskoczył i poprawiłbym swój dorobek, który wynosi 101 goli dla GKS-u Tychy. Atak i gra ofensywna to były nasze największe bolączki w tym sezonie, a fakt, że na półmetku rozgrywek z 10 golami w 17 meczach mieliśmy ostatnie miejsce pod względem skuteczności, jest tego potwierdzeniem. Dopiero w dwóch ostatnich spotkaniach, już z rundy rewanżowej strzeliliśmy 7 goli i odbiliśmy się od dna, więc to daje optymizm.
Co dla pana jest największą zagadką jesieni?
- Strata formy Nemanji Nedicia. Znaliśmy go jako ambitnego, solidnego i walecznego stopera, a nagle z filaru obrony stał się cieniem samego siebie. Gdy zniknął ze składu, analizując jedenastkę na każdy mecz, zadawaliśmy sobie to samo pytanie – co się dzieje? Był słaby, ale dlaczego piłkarz, który dał się poznać z bardzo dobrej strony, nagle stracił formę? Tego nie rozumiemy.
Jak pan ocenia efekty pracy Artura Skowronka?
- Na początku, czyli po przejęciu drużyny od Dariusza Banasika, było fatalnie. Wręcz nie dało się tego oglądać i nawet koledzy, choć ja tego tematu nie podejmowałem, sugerowali żeby go zmienić, bo – jak twierdzili – on ich już więcej nie nauczy. Okazało się jednak, że zaskoczył i uważam, że trzeba mu dać szansę. Niech przygotuje zespół w zimowym okresie i zobaczymy. Może akurat coś z tego będzie.
Czy sądzi pan, że GKS Tychy wiosną odrobi 12-punktową stratę do strefy barażowej?
- Jeżeli będzie grał tak, jak na finiszu rundy jesiennej, to jest to możliwe. Do rozegrania zostało 15 kolejek, więc na murawie leży 45 punktów i jeżeli zawodnicy ruszą z kopyta, wszystko jest możliwe. Nie ma jednak co ukrywać, że zadanie będzie bardzo trudne. Liczę jednak, że zimą zespół zostanie wzmocniony, albo że ci napastnicy, którzy przyszli latem, ale szybko doznali kontuzji, czyli Mamin Sanyang i Yannick Woudstra, wyleczą się i pokażą, że warto ich było sprowadzić do GKS-u. Mimo 7 goli strzelonych w ostatnich dwóch meczach – w Legnicy 2 z karnych i 4 strzelonych słabej Kotwicy – w dalszym ciągu uważam, że naszą najsłabszą formacją był atak i trzeba go na wiosnę wzmocnić, żebyśmy się mogli cieszyć z gry zespołu.
Rozmawiał Jerzy Dusik