Sport

Kibol musi się wygrzmocić

WYMIANA KOSZULEK - Wojciech Kuczok

Ruch niczego nie załatwił krakowskim targiem. Z Wieczystą zabrakło nieco szczęścia, a także sensownej ławki rezerwowych (Fornalik zwlekał ze zmianami, bo każda byłaby osłabieniem zespołu; Wieczysta w końcówce wprowadziła Rafę Lopeza i Jacka Góralskiego). Z Wisłą już Niebieskim szczęście sprzyjało, dlatego przegrali tylko 0:3. Siedem straconych goli w dwumeczu; kiełbasa śląska musiała dwukrotnie uznać wyższość podwawelskiej, choć prawdziwą rzeźnią zapachniało tylko przy Reymonta - Wiślacy z zimną krwią zarżnęli jakiekolwiek nadzieje Ruchu na nawiązanie walki. Fornalik przejął drużynę po Szulczku i owszem, wprowadził spokój, poukładał grę, tak że chłopaki wiedzą już, co mają robić na boisku, a numery w typie wymiany całej linii defensywnej podczas meczu nie przyszłyby do głowy byłemu selekcjonerowi kadry, ale niestety chorzowskim piłkarzom najzwyczajniej brakuje jakości. Z pustego i Salomon nie przeleje. Ruch to obecnie pierwszoligowy średniak i ten stan się nie zmieni nawet gdyby w Chorzowie postanowił zakończyć trenerską karierę Juergen Klopp. Wiśle wystarczył Mariusz Jop, w dodatku przez jedno p, bo miała w składzie piłkarzy gotowych na grę o klasę wyżej. Żaden z Niebieskich nie załapałby się w Wiśle nawet na ławkę. Wynik takiej okoliczności był oczywisty i sprawiedliwy. Mogę się założyć, że Angel Rodado, kiedy w końcu wejdzie do ekstraklasy, z marszu zostanie jej królem strzelców; James Igbekeme zaora kategorię najlepszych defensywnych pomocników, a Maciej Kuziemka to w ogóle z pominięciem ekstraklasy pewnie w przyszłym roku wyląduje w jakiejś lidze z europejskiego TOP 5. Zaprzyjaźniony fan Cracovii, którego przemyciłem incognito na stadion przy Reymonta, powiedział, że Wisła już w tej chwili jest ekipą na poziomie Pasów – ergo: na podium mistrzostw Polski. Gra w pierwszej lidze przez pomyłkę, fotela lidera już nie odda do końca sezonu, awans sobie przyklepie wczesną wiosną – szczęśliwi zatem ci, którzy się z nią zmierzą w maju, będzie można podreperować konto w tabeli kosztem wiślackich rezerw. Ruch zagra rewanż z Wiślakami na sześć kolejek przed końcem sezonu, trzeba w Chorzowie trzymać kciuki, żeby Biała Gwiazda już wtedy grała wyłącznie towarzysko, w przeciwnym razie kolejne manto jest pewne. Niestety, meczu w Krakowie nie dało się oglądać nie za sprawą jednostronnej drugiej połowy i widocznej gołym okiem różnicy klas, lecz wskutek przekraczającej granice absurdu dawki pirotechniki, którą sobie zafundowali zaprzyjaźnieni fanatycy obu klubów. Jeszcze do niedawna rozmyślałem, czy najlepszym sposobem na zakończenie tej zabawy nie byłaby jej legalizacja. Wszak widać wyraźnie, że największy fun mają kibole właśnie z tego, że bawią się w ciuciubabkę z policją i monitoringiem. Wybiega kilkunastu chłopa w kominiarkach, za to bez gaci i butów (żeby mieć pewność, że nikt ich potem nie rozpozna), ustawia się w szeregu i dziarsko pozuje do zdjęć, macha racami ochronie przed nosem, a potem odpala ją w ekstazie chwdp i jpzpn. Pozbawieni frajdy występku pewnie znaleźliby inną formę manifestowania swojej obecności. Nawet jeśli przez pewien czas mielibyśmy co tydzień sylwestrowe eksplozje na kilkudziesięciu (kilkuset) stadionach, bez smaku transgresji i przestępstwa kibole obejść się nie mogą, zatem urządzanie spektaklu „światło i dźwięk” dla pikników szybko uznaliby za żenadę. Niestety, nawet jeśli racowiska nikomu dotąd krzywdy nie wyrządziły, nie ma gwarancji, że zwaśnieni kibole, mogąc wnosić je legalnie na stadiony, w końcu nie zaczęliby do siebie strzelać. Najgorzej jednak, że już teraz efektowne w mniemaniu psychofanów pirozabawy mają bezpośredni wpływ na wydarzenia boiskowe. Sędzia kilkukrotnie przerywał mecz Wisły z Ruchem – aż do wyczerpania zapasów petard i świec dymnych na sektorach za bramkami. Sztuczna mgła mnie nawet bawi na przykład jako zwiewna instalacja w galerii sztuki współczesnej, ale kiedy na boisku nic nie widać uczucia mam mieszane. Owszem, dla drużyny słabszej może to być korzystne, by wybija z rytmu rywala w przewadze, choć w przypadku Ruchu akurat stało się inaczej. Z każdą kolejną przerwą na popisy pirotechniczne Niebiescy reagowali gorzej, grali jakby mgła wcale nie opadła, miotali się w niej bezładnie. W dodatku traf chciał, że jedyną sensowną okazję na wyrównanie Niebiescy zmarnowali z pomocą własnych kiboli. Pod koniec pierwszej połowy szansę w polu karnym dostał Piotr Ceglarz, nie była to setka, raczej trudna piłka na wolej - i z kilku metrów przestrzelił wysoko nad bramką, za którą akurat sektor Ruchu zaczął odpalać fajerwerki. Można mniemać, że Ceglarz był co najmniej rozkojarzony, by nie rzec: oślepiony tą świetlistą kanonadą. Gdyby Ruch wyrównał, i tak by później przegrał, bo akurat od Wisły był słabszy i nie miał sportowych argumentów, ale w bardziej wyrównanym meczu można by uznać, że w ten sposób kibice wypaczyli wynik, a to już niedopuszczalne. Można próbować psychoanalitycznie tłumaczyć to kibolskie zamiłowanie do zbiorowych ejakulacji świetlnych i hukowych – kibole Wisły wywiesili zresztą tandetną sektorówkę z gromowładnym Zeusem, która tłumaczyła, że to „wśród gromów i burzy objawia się potęga władcy”. Ok, rozumiem, każde stworzenie płci samczej ma swoje sposoby na okazywanie dominacji – pieski na przykład lubią dymać gościa w nogawkę, żeby pokazać, kto w domu rządzi – kibole muszą się wygrzmocić na racowisku. Gorzej, że w ten sposób manifestują też drugorzędność tego, co powinno stanowić meritum – wydarzenia boiskowe są traktowane absolutnie pretekstowo, wynik nie ma znaczenia, bo nawet jeśli nie ma czego fetować, sztuczne ognie się odpali, żeby ludożerka zakumała, jak się bawią ludzie.