Kac
Z DRUGIEJ STRONY - Paweł Czado
Generalnie nie piję alkoholu, wyrosłem już z niego, a teraz czuję się jakbym w półtorej godziny wychłeptał dwa litry wódki. Majaczę, mam zwidy i depresję okołofutbolową. Z trudem próbuję uśmierzyć ten ból, pisząc te słowa na boku, jednym palcem, z okładem na czole. Chodzi o ból świadomości: ciągle nie rozumiem bowiem jak to możliwe, że najlepsza drużyna zeszłego sezonu tak uwielbianej przeze mnie ligi, ligi rosnącej, z coraz piękniejszymi stadionami, z coraz bardziej imponującą frekwencją przegrywa z drużyną reprezentującą terytorium 27 razy mniejsze od Katowic, ledwie dwa razy większe od mojego Załęża, w którym żyje tylko trzy razy więcej ludzi niż w mojej dzielnicy, a ponad osiem razy mniej niż w moim mieście?!
Tak wiem, że czasy dziś takie, że można kupić sobie wszystko. Nawet tysięczna wioska zamieszkana przez milionerów może dziś opędzlować Real Madryt, jeśli stać ją będzie, żeby zainwestować w ten pomysł dochód krajowy małego europejskiego państwa. Jednak mistrz Gibraltaru nie ma takich pieniędzy: budżet klubu Lincoln Red Imps FC nie może nawet stać koło budżetu mistrza Polski. Oczywiście, jak w Lechu jest pełno stranierich. Obrońca o nazwisku Kolega jest Chorwatem, a kolega, który wbił pierwszego gola ekipie z Wielkopolski, ma paszport filipiński. Jak się okazuje - tam też potrafią grać w piłkę.
Tak się składa, że Lech dokładnie dziś, tyle że 35 lat temu, 25 października 1990 roku, w fantastycznym stylu ograł w Pucharze Europy Mistrzów Krajowych (ogarnia mnie niewypowiedziana nostalgia, gdy wymawiam tę nazwę) mistrza Francji – Olympique Marsylia. Można uznać, że był to bodaj najlepszy mecz w dziejach poznańskiego klubu na europejskiej arenie. Ekipa „Milionerów”, której podsypywał pieniądze Bernard Tapie, miała skład przyprawiający o zawrót głowy. Marsylczykom na stadionie Lecha nie pomógł jednak ani Jean-Pierre Papin, autor najpiękniejszych goli z woleja wbijanych na świecie ever, ani Eric Cantona, miłośnik talentu Rimbauda o talencie Rambo, ani pałąkowatonogi Chris Waddle, dla mnie najbardziej utalentowany Anglik w nowożytnych dziejach futbolu, czy też Jean Tigana, najskuteczniejszy gaz paraliżujący na pozycji defensywnego pomocnika, jaki można sobie wyobrazić! Lecha prowadził wtedy skromny 32-letni trener Andrzej Strugarek, który niewiele wcześniej zakończył sympatyczną karierę z powodu wady serca. A jednak Lech wygrał wówczas po szalonym boju 3:2!
Teraz zespół grający w Poznaniu z Gibraltarczykami/Gibraltarianami’Gibraltowcami/Gibraltorowianinami też stracił dwa gole, za to wbił ledwie jednego... Najgorsze jest to, że zostanie z tym wstydem na zawsze, do końca istnienia, bo obecna formuła rozgrywek nie daje mu możliwości rewanżu. Jeśli więc wrogie trybuny zakrzykną grającym na wyjeździe poznaniakom: „Lechu?!” – „Co? – „Gibraltar!” – ci będą mogli jedynie w milczeniu kraśnieć ze wstydu.
Mój kac jest także wyrazem bezsilności. Co zrobić, żeby było inaczej? Najprościej byłoby odwrócić proporcje. Pieniądze przeznaczane dotąd na pierwszą drużynę przeznaczać na akademię i odwrotnie. Oczywiście w Poznaniu nikt na to pójdzie, liczy się przede wszystkim „tu i teraz”. Tu i teraz! Tu i teraz. Tu i teraz… Za takie „tu i teraz” podziękuję. Idę zjeść „rosto” – potrawę z Gibraltaru, to rodzaj makaronu z wołowiną. Może po niej zrobi mi się lepiej? Choć ten rodzaj kaca, który mnie trawi - kibica polskiej ligi - już chyba nigdy nie ustąpi.
Nigdy.
