Sport

Jeszcze natrzaska tych meczów!

Rozmowa z Rafałem Grodzickim, byłym kapitanem Ruchu Chorzów

Waldemar Fornalik to żywa ikona Niebieskich. W piątek zostanie trenerskim rekordzistą w liczbie meczów na ławce Ruchu. Fot. Marcin Bulanda/PressFocus

Wiedział pan, że podczas całej swojej przygody w Ruchu trener Waldemar Fornalik najczęściej korzystał właśnie z... pana? To – jeśli dobrze sprawdziłem – 180 meczów z 229 spędzonych na ławce.

– Kurcze, nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Jakbym tak sięgnął pamięcią, to faktycznie u trenera Fornalika miałem bardzo dużo meczów, bo kiedy mogłem, to grałem. Były takie momenty chociażby w spotkaniach Pucharu Polski z rywalami z niższych lig, że trener Fornalik dawał wolne większości podstawowego składu, a ja występowałem. Nie jestem więc zdziwiony, że tych meczów jest tak dużo, ale jestem zdziwiony, że... mam najwięcej.

Przez długi czas za trenera Fornalika był pan kapitanem, a nie był to łatwy okres w klubie. Czy to spowodowało, ze miał pan z nim jakąś bliższą relację?

– Pamiętam doskonale moment, kiedy zostałem kapitanem. Zmieniła się rada drużyny i też w niej byłem. Przed prezentacją zimową nie mieliśmy kapitana. Przyszła do mnie rzeczniczka prasowa i pytała, kto jest kapitanem, a ja cały czas odpowiadałem, że... nie wiem. Na szybko poszliśmy radą drużyny do trenera. Był Marek Zieńczuk, Wojtek Grzyb, Marcin Malinowski, chyba też Łukasz Janoszka. To była konkretna ekipa, ja byłem przy nich tym młodszym. Miałem jednak dobry kontakt z trenerem, może dlatego, że wiedział, że gdy trzeba stanąć za drużyną, ja staję, gdy trzeba stanąć za szkoleniowcem, ja staję – gdy trzeba iść „na górę” rozmawiać o rzeczach bieżących, to idę. A robiłem to... praktycznie codziennie, bo problemów było dużo. Wracając jednak do tematu, poszliśmy do trenera i mówimy: „Jest problem, nie mamy kapitana, a zaraz prezentacja”. Trener mówi: „Jak nie macie kapitana? No to Rafał, jesteś kapitanem”. Ja mówię, że się nie zgadzam. „Trenerze, muszą być wybory”, a on na to: „Nie, nie, nie. „Grodek” mamy w tym przypadku zbyt młodą drużynę, dla mnie jesteś kapitanem”. Popatrzył na Łukasza, na „Grzybka”, „Zienia”, „Malinę” i zapytał: „Macie coś do powiedzenia?”. Kiwnęli głowami, że nie, więc „Gratuluję, jesteś kapitanem!”. 

Od samego początku trener mi zaufał. W sezonie wicemistrzowskim nie dość, że musieliśmy walczyć na boisku, to kiedy przyjeżdżałem do klubu godzinę czy półtorej wcześniej, to rzadko zdarzało się, że siedziałem w szatni. Większość czasu spędzałem „u góry” i nie mówię, że były kłótnie, ale szukaliśmy rozwiązań, żebyśmy byli zadowoleni z tego, co robimy i żeby pieniądze były płacone. Trener mi ufał od początku, a ja starałem się odpłacać tak, jak tylko umiałem. Od początku byłem u niego ważną postacią, zresztą kiedy wróciłem do Chorzowa ze Śląska Wrocław, to bardzo szybko otrzymałem z powrotem opaskę.

Przyszedł pan do Ruchu za trenera Duszana Radolsky'ego, potem był Bogusław Pietrzak i trzecim w kolejności został Waldemar Fornalik. Pamięta pan okoliczności jego przyjścia? Co by nie mówić, w kwietniu 2009 roku zaczęła się pisać chorzowska legenda...

– Poznałem Waldemara Fornalika w GKS-ie Bełchatów. Przez krótki czas był tam trenerem Młodej Ekstraklasy, więc pierwszy raz się tam przepletliśmy. Był tam trener Orest Lenczyk, czyli osoba, która nas łączyła. Był tam też wtedy doktor Jerzy Wielkoszyński, z którym Waldemar Fornalik bardzo często współpracował. Nie był to więc człowiek, o którym nic nie wiedziałem. Natomiast gdy przychodził do Ruchu, my byliśmy w totalnej kropce. Za czasów trenera Pietrzaka byliśmy rozsypaną drużyną, która z niczym sobie nie radziła. Szło to w złą stronę, wyniki były fatalne. Wejście trenera Fornalika było czymś nowym. Ma charyzmę, autorytet, jest byłym piłkarzem, potrafi dotrzeć do każdego indywidualnie – i to zadziałało bardzo szybko. W pierwszym meczu od razu wygraliśmy na wyjeździe z Legią, co pokazało nam nowy impuls. Ale nie chodzi tu o „nową miotłę”, lecz o coś, czego brakowało tej szatni. Za trenera Radolsky'ego wszystko było jak w zegarku, nie mogliśmy sobie pozwolić na wiele, nie było luzu w szatni, z kolei za trenera Pietrzaka luzu było za dużo, a za mało treningu. Trener Fornalik to wypośrodkował i potrafił do nas dotrzeć. Cała drużyna szybko złapała z nim kontakt i poszło to w znakomitym kierunku.

Chorzowskie realia nie są łatwe i nie każdy może sobie z nimi poradzić. Jakie znaczenie miało dla sukcesu trenera Fornalika to, że jest człowiekiem „stąd”, że był wieloletnim piłkarzem Ruchu?

– Przede wszystkim znał realia klubu. Wiedział, jak ten funkcjonował. Od czasu jego kariery piłkarskiej niewiele się zmieniło w kontekście infrastruktury czy funkcjonowania miesiąc w miesiąc. Zdawał sobie z tego sprawę, tak jak i z tego, że musi być wymagający, ale też elastyczny na pewne rzeczy. Że aspekt mentalny będzie bardzo ważny – że musi zbalansować drużynę, że trzeba odgruzować „panów piłkarzy”, którzy mieli swoje problemy. Wiedział, że jeśli wyciągnie charakter poszczególnych zawodników – mam tu na myśli siebie, Wojtka Grzybka, Piotrka Stawarczyka czy Arka Piecha, mógłbym jeszcze kilku wymienić, że jeśli dokooptuje do tego swój pomysł - to będzie w stanie zrobić drużynę, która coś będzie znaczyła. To nie przypadek, że udało się jej zająć trzecie miejsce i zdobyć wicemistrzostwo, że dwa razy zagrała w finale Pucharu Polski. 

Powiedziałbym, że to jest klucz ostatnich sukcesów Ruchu Chorzów. Ludzie związani z regionem, z natury bardzo spokojni, podchodzący do wielu rzeczy analitycznie, potrafiący zarządzać szatnią. Nie muszą tam wchodzić, ale wiedzą, że pewne rzeczy są poukładane. Takim trenerem był i jest Waldemar Fornalik. Nawet dzisiaj widać, że to powrót do tego, jak trzeba zarządzać szatnią i jaki należy mieć pomysł na zawodników Ruchu. Trener absolutnie to ma. Bez dwóch zdań, jeśli myślę o Ruchu Chorzów, to – oczywiście – mam w głowie Gerarda Cieślika, ale też Waldemara Fornalika. Jestem przekonany, że za parę lat będzie niepodważalną ikoną klubu.

W piątek trener poprowadzi Niebieskich po raz 230., wyprzedzając Jerzego Wyrobka. Trzeba chyba przyznać, że akurat jego nazwisko na czele listy szkoleniowców pasuje idealnie, mimo że nie zdobył jako trener mistrzostwa.

– Dla mnie nasze wicemistrzostwo... było jak mistrzostwo. Po wielu latach śmiejemy się, że gdybyśmy wygrali wtedy ligę, to pokazalibyśmy problem polskiej piłki. Bez niczego, bez bieżących wypłat, bez wielu podstawowych rzeczy, które były w innych klubach, byliśmy o 20 minut od mistrzostwa Polski. Wiele nie brakowało, a zbudował to trener Fornalik. Od samego początku wiedział, co trzeba dołożyć i jak pracować. Dla mnie on już wpisał się w legendę Ruchu Chorzów, razem z Gerardem Cieślikiem, Jurkiem Wyrobkiem, także wybitną postacią. Myślę, że jeszcze natrzaska tych meczów w Ruchu i trzymam za niego mocno kciuki!

Rozmawiał Piotr Tubacki