Sport

Jak nie teraz, to kiedy?

Rozmowa z Markiem Cieślakiem, legendą polskiego speedwaya, m.in. byłym trenerem kadry

Byłemu selekcjonerowi nie do końca podoba się obecny regulamin ligowy. Fot. Marcin Karczewski/PressFocus

ŻUŻEL

Przed sezonem wydawało się, że Motor jest skazany na czwarty tytuł z rzędu, ale im bliżej końca, tym jego notowania słabły.

- Tak się tylko mówi, że ktoś coś musi. Przez kontuzję w ważnym momencie wypadł im Wiktor Przyjemski, który regularnie robił siedem, a nawet więcej punktów. Okazało się, że w Toruniu nie miał kto za niego zapunktować. Według mnie to przeważyło na korzyść torunian. Do mistrzostwa zabrakło juniorskich punktów. Pozostali zawodnicy w pierwszym meczu również mieli słabszą dyspozycję - Jack Holder, Fredrik Lindgren pojechali poniżej swoich możliwości. Nawet Bartkowi Zmarzlikowi zdarzyło się raz przyjechać na końcu. W głupi sposób potracili dużo punktów. Rewanż był wyjątkowo ciekawy, bo można się było zastanawiać, czy Motor to odrobi. Kibice mieli się czym emocjonować. Duży wpływ na wynik rewanżu miały również wykluczenia. Byłem zresztą pierwszym, który powiedział, że na początku meczu powinien być wykluczony Patryk Dudek, bo to jednak on ściął do krawężnika, a Holder już tam był i nadział się na jego tylne koło. Być może właśnie to zdarzenie zadecydowało o złotym medalu? Lublinianie bardzo szybko odrobiliby osiem punktów i zdecydowanie inaczej by się im jechało. Toruń po takim mocnym strzale na początku mógłby mieć problem.

Trudno uwierzyć, że w Toruniu na mistrzostwo czekali aż 17 lat...

- Tak i ja im w żaden sposób tego tytułu nie umniejszam. Mistrzostwo Polski zdobyli zasłużenie, nikt Lublinowi nie bronił zdobyć dwóch punktów więcej. Według mnie nie można jednak rozstrzygnąć, która drużyna jest lepsza. Patrząc na skład, mocniejszy może wydawać się Lublin, ale wygrała jednak drużyna z Torunia. Czapki z głów przed nimi i koniec. To już historia.

Za rok Toruń będzie faworytem do obrony tytułu?

- Niekoniecznie, choć ufam w doświadczenie Piotra Barona. On potrafi chłopaków zmobilizować, a regulamin był jego sprzymierzeńcem. Mógł jechać różnie przez większość sezonu, ale w tym najważniejszym momencie jego drużyna była w najwyższej formie. Zrobił pod tym względem kawał dobrej roboty.

Nowy regulamin chyba się sprawdził? Mieliśmy w końcu emocjonujący finał.

- Tak, ale to nie jest idealny regulamin, za dużo meczów nie ma znaczenia. Jedni wiedzą, że pojadą w czwórce, pozostali rywalizują w play downie. Nie zrobiło to na mnie wielkiego wrażenia i raczej nie napędza ludzi na stadiony. Poprzedni regulamin z play offem dla sześciu drużyn również był błędem, bo niewiele trzeba było, aby się w nim znaleźć. Zobaczymy, co żużlowe władze wymyślą dalej.

Wydaje się jednak, że przy ośmiu drużynach obecny system jest optymalny. Widziałby pan lepsze rozwiązanie?

- Dlatego ten regulamin mi się nie podoba, ponieważ za dużo meczów jest o „pietruchę". Problemem jednak przede wszystkim jest za duża dysproporcja pomiędzy najlepszymi drużynami a drugą czwórką. Zresztą jakikolwiek regulamin by był, to zawsze komuś nie będzie się podobał. Trzeba wybrać po prostu mniejsze zło. To był pierwszy rok takiego systemu i dajmy mu trochę czasu. Za 2-3 lata będzie można powiedzieć, czy to się sprawdza. Za moich czasów, jak jeździłem we Włókniarzu, nie było żadnego play offu i każdy mecz był o wszystko. Po jednym przegranym spotkaniu szanse na tytuł już się oddalały. Nie było czegoś takiego, że pod koniec sezonu w zasadzie się zaczynało od nowa. Trochę mało jest też drużyn...

Ekstraliga powinna zostać powiększona?

- Byłbym za większą ekstraligą, ale z drugiej strony koszty wtedy rosną. Może wtedy należałoby skrócić play off? Przykładowo tylko dwumecz dwóch najlepszych drużyn o mistrzostwo? To są jednak tylko takie dywagacje, musimy się dostosować do tego, co jest.

Powinna wrócić kalkulowana średnia meczowa, swoisty limit przy tworzeniu kadry klubowej ?

- Podobnie i o tym możemy sobie porozmawiać, ale nie wróci, bo nikt się nie chce za to zabrać. Ja bym był za takim rozwiązaniem, przynajmniej na dwa lata, aby uspokoić rynek. To, co się dzieje teraz, nie jest normalne, zawodnicy już w kwietniu mówią, gdzie będą jeździć w kolejnym sezonie.

W końcu będziemy mieć silnego beniaminka.

- Unia Leszno - jaki to beniaminek? Miała po prostu roczną przerwę od ekstraligi i tyle. Zobaczymy jak będzie... Dobrze, że ten sezon już się kończy, bo pogoda się psuje (śmiech). Zleciało to wszystko bardzo szybko.

Został jeszcze rewanż barażu o ekstraligę. Jak ocenia pan szanse Polonii Bydgoszcz w Gorzowie? Cztery punkty zaliczki to niewiele, ale Włókniarz, jadąc tam na play down, miał niewiele większą przewagę z Częstochowy...

- Włókniarz miał jednak konkretnych liderów. Wygrał tam, mając trzech i pół zawodnika. Nie skazywałbym Polonii na pożarcie, cztery punkty zaliczki to faktycznie niewiele, ale stać ją na dobry wynik nawet na wyjeździe. Bydgoszcz ma zawodników, którzy potrafią zawalczyć. Faworytem na pewno będzie Stal, ale jeśli bydgoszczanie będą dobrze startować, to nie odbieram ich szans.

Trwa Speedway of Nations. Stadion w Toruniu w półfinałach świeci pustkami, nie pokochaliśmy jako Polacy tej formuły i czekamy chyba już na przyszłoroczny Drużynowy Puchar Świata.

- Ani to pary, ani to drużynówka. To taki nowoczesny wymysł, ale musimy się do tego dostosować i postarać się w końcu wygrać, bo jak nie teraz, to kiedy? Patryk Dudek jest w wybornej formie, jedzie na swoim torze, Bartek Zmarzlik to wiadomo, do tego Dominik Kubera w rezerwie. Myślę, że mamy olbrzymie szanse, aby w tym roku wygrać.

Duże zmiany zapowiadają się we Włókniarzu, ale na razie zapadła tam niepokojąca kibiców cisza...

- Na temat Włókniarza wolę się nie odzywać, zobaczymy, co będzie. Przykro mi, że mój klub doczekał takich czasów. Nawet jeśli dojdzie do zmiany właścicielskiej, to kim tu pojechać, żeby się utrzymać? Nie ma zawodników, a ci, o których się mówi, nie są na ekstraligę. Poczekajmy jak to wszystko się potoczy...

Rozmawiał Mariusz Rajek